środa, 13 stycznia 2016

Rozdział 3

    Tymczasem Amy i Rory zagłębili się kawałek w las, po czym zaczęli szukać jakiegoś zejścia na dół. Wprawdzie nie zajęło im to zbyt wiele czasu. Już po parunastu minutach znaleźli się w miejscu gdzie powinien czekać na nich Doctor. Rozejrzeli się wokoło, ale nigdzie go nie dostrzegli. Przeszło im nawet przez myśl, że ich zostawił, ale Amy odgarnęła prędko te myśli.
- Coś mu się musiało stać - odparła stanowczo, z nutą troski w głosie, ale Rory tylko westchnął i ironicznie odpowiedział:
- Przestań go idealizować. Nie może być idealny. Po prostu nas zostawił.
- On, by mnie nie zostawił - warknęła dziewczyna rozglądając się w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. - Patrz! Ktoś kogoś ciągnął po ziemi. To pewnie Doctor! Trzeba mu pomóc! - Już zaczynała biec, ale Rory złapał ją za nadgarstek.
- To niebezpieczne, Amy. Wracajmy do TARDIS. - Rory mówił powoli, ale stanowczo, ale rudowłosa nie była typową damą w opałach. Wyrwała mu rękę i spojrzała w jego oczy z lekką pogardą. 
- Nie sądziłam, że jesteś tchórzem - syknęła i odwróciła szybko twarz. Otarła pojedynczą łzę i ruszyła przed siebie. Nawet jak starała się taka nie być dla mężczyzny, w rzeczywistości wychodziło na odwrót. Puściła się biegiem, powstrzymując się przed zajrzeniem przez ramię na Rory'ego. Ten stał przez chwile nie wiedząc co robić. Kopnął jakiś kamień, który leżał przed nim i pobiegł za ukochaną. Nie potrafił jej zostawić. Biegli przez większość czasu po gęstej dżungli i niewiele brakowało, żeby Rory zgubił dziewczynę. Nagle tuż przed nimi, niemalże z ziemi wyrósł wulkan, w którym była jakiś tunel. Przy wejściu do niego Amy zobaczyła kawałek materiału, z którego była zrobiona marynarka Doctora. Przekręciła fragment materiału w ręce, po czym bez zastanowienia wbiegła do tunelu. Rory, nieco zdyszany próbował ją dogonić. W tunelu złapał ją za ramię, a ona wydała zduszony krzyk. Jednak widząc kto jej dotknął mimowolnie się uśmiechnęła.
- Więc jednak nie jesteś tchórzem - odparła i uderzyła go lekko pięścią w ramię.
- Ja cię nie opuszczę - bąknął, niezbyt zadowolony z ograniczonej reakcji dziewczyny. - W przeciwieństwie do niego - dodał trochę oschłym tonem. Ruda spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Ty nic nie rozumiesz. Nigdy nie zrozumiesz - jej głos był cichy, a ona sama odwróciła się od niego i poszła przed siebie. Szli przez jakiś czas wzdłuż niezwykle białych i czystych ścian, które były tak blisko siebie, że przyprawiały o klaustrofobie. W końcu doszli do rozwidlenia, na środku którego znajdowało się wielkie pomieszczenie, oszklone z każdej strony. W środku Doctor wisiał do góry nogami, z rozciętą prawą stroną głowy. Widząc ludzi odetchnął z ulgą. Amy podbiegła do szyby i oparła się o nią, przyglądając się uważnie wszystkiemu w pomieszczeniu. To znaczy, nie było za bardzo czemu się przyglądać. Był tam tylko władca czasu i jakieś puste biurko. Wydawało jej się, że szatyn coś mówił, ale nic nie słyszała. Domyśliła się, że szyby są dźwiękoszczelne. Uderzyła w nie parę razy z całej siły, ale Rory po raz kolejny złapał ją za nadgarstek.
- To ci nic nie da, trzeba znaleźć inną drogę - mówił spokojnie, nie patrząc jej w oczy. - Chodźmy.
Amy powoli odsunęła się od okna i krzyknęła do Doctora, że zaraz po niego wrócą, chociaż wiedziała, że prawdopodobnie jej nie słyszy. Poszła z Rory'm dalej korytarzem, okrążając pomieszczenie. Nagle Rory zauważył, że do pomieszczenia wchodzi jakieś dziwne stworzenie. Dotknął Amy za ramię, a ta się odwróciła. Widząc istotę pociągnęła go za róg, ukrywając się w cieniu. Przełknęła ślinę i zaczęła przyglądać się kosmicie. Był on wysokości człowieka, ale miał wielkie czarne oczy i był niebieski. Miał na sobie biały kitel, a w trzy palczastych dłoniach trzymał jakieś papiery. Przeszedł się wokół pomieszczenia, a potem zaczął rozmawiać z Doctorem, który najwyraźniej nie był zadowolony z tematu tej rozmowy. Kosmita wyglądał, jakby powoli się denerwował, a że był odwrócony do nich plecami, dwójka towarzyszy wybiegła z ukrycia i pobiegła czym prędzej, w stronę skąd wszedł tam obcy. Znaleźli sporę drzwi, ale były rzecz jasna zamknięte. Amy zaczęła w nie kopać i je uderzać, chcąc się dostać do środka, ale szybko uświadomiła sobie, że to i tak nic nie da. Razem z Rory'm zaczęła rozglądać się dookoła.
- Jak my się tam dostaniemy? - zapytała i potrząsnęła nim lekko. Czuła się taka bezradna. Chciała znowu uderzyć w drzwi, ale one same się otworzyły. Doctor potrząsnął gwałtownie głową, ale Amy już wskakiwała do pomieszczenia. Rory chcąc ją zatrzymać zrobił to samo. Drzwi się za nimi zamknęły, a kosmita przyjrzał im się dokładnie.
- To też są Władcy Czasu? - zapytał Doctora.
- Pewnie, że nie - ten powiedział to tak, jakby to było coś oczywistego.
- Co tu się dzieje?! - krzyknęła podenerwowana Amy, spoglądając na twarze różnych osób w pomieszczeniu.
- Ten gatunek - zaczął szatyn i wskazał głową na dziwną istotę. - Chce, żebym powstrzymał apokalipsę, bo chcą się osiedlić na ziemie. Jak zapewne zauważyłaś niedługo wybuchnie wulkan nad nami, potem może jakieś trzęsienie ziemi, kometa i po Ziemi.
Ludzie popatrzyli po sobie, przełykając ślinę.
- Czemu tego nie zrobisz? - zapytał Rory, na co Doctor wypuścił powietrze poirytowany.
- Zmienił bym przyszłość i to diametralnie. Pomyśl! Jeśli teraz jakiś gatunek osiedli się na Ziemi, na której nie będzie apokalipsy - dinozaury nie wyginą, klimat się nie zmieni, a ludzie nigdy nie powstaną. Jeśli nawet im się to uda, to ten gatunek byłby dominującym, więc szybko byście wyginęli. Tak jak te wszystkie gatunki, które zginęły z waszych rąk.
Kosmita poszedł do biurka, otworzył jakąś szafę i wrócił z liną.
- Muszę was teraz związać - odparł tak spokojnie, że Amy miała ochotę go uderzyć.
- I myślisz, że my tak po prostu ci pozwolimy? - zapytała.
- Musicie - oznajmił i wrócił do biurka, żeby wyjąć coś jeszcze. - Jak nie to przyśpieszę wybuch tego wulkanu, który jest nad nami.
- Mają porozkładane bomby - powiedział Doctor, a w jego głosie dało się czuć nutę bezradności. Kosmita powoli zbliżał się, najpierw do Amy, ale Rory kopnął go najmocniej jak umiał. Stworzenie przewróciło się, a przycisk poleciał w róg sali. Przez chwilę wszyscy myśleli, że spadł guzikiem w dół, ale ku ich wielkiej uldze, tak się nie stało. Amy pobiegła tam i wzięła go do ręki. W tym czasie Rory zaczął rozwiązywać Władcę Czasu. Gdy ten spadł głucho na podłogę, po chwili otrzepał się jak zwykle. Otarł czoło, na którym miał niewielką ranę, która już przestała krwawić.
- Chodźcie, ale musimy uważać, bo może ich tu być więcej - oznajmił Doctor i pociągnął za sobą do drzwi towarzyszy. Szybko wybiegli z tunelu, ale na zewnątrz już czekało na nich stado kosmitów. Natomiast wulkan zabulgotał niepokojąco, a z jego otworu zaczął unosić się dym. Szatyn wyszedł na przód pewnie.
- Witajcie moi drodzy! Powiedzcie mi teraz proszę czemu nie uciekacie?! - starał się przekrzyczeć odgłosy wielkiej góry.
- To planeta zdatna do życia! Chcemy tutaj pozostać! - krzyczała jedna z istot.
- Przykro mi, ale jest już zarezerwowana, dla pewnego głupiego, ale jakże wspaniałego gatunku, którego przedstawicieli mam tuż za sobą. Jest po prostu zajęta! Teraz powinniście uciekać czym prędzej, bo inaczej to wszystko wybuchnie!
- To ty powstrzymasz ten wybuch!
- Nie mogę i dobrze o tym wiecie! Poza tym już od wielu wieków chronię ten gatunek i nie ma powodu, by to się zmieniło! Jestem Doctorem i jeszcze nigdy nikt nie powstrzymał mnie przed ratowaniem Ziemi. Zawsze mi się udaję! Więc radzę uciekać w tej chwili - po tych słowach Doctor poprawił marynarkę i uśmiechnął się sam do siebie. Kosmici zawahali się przez chwilę. Szeptali coś między sobą.
- Nie myśl, że tak po prostu opuścimy tak wygodną planetę - odparł jeden z nich i wyciągnął przed siebie rękę z bronią. Wycelował ją w głowę Doctora, ale ten tylko się zaśmiał.
- A ty chyba nie uważasz, że boję się śmierci? Umierałem już wiele razy - mówił poważnie, z nutą drwiny w głosie. Rory pierwszy raz miał przed sobą te mroczniejszą stronę Doctora i przełknął szybko ślinę.
Kosmita zaśmiał się krótko i przesunął broń w stronę Amy. Ona zrobiła kilka kroków do tyłu i z nieudolnie ukrywanym przerażeniem spoglądała w stronę strzelby. Starała się stać wyprostowana, by pokazać, że się nie boi. Podświadomie i nawet nie zdając sobie z tego sprawy, chciała zaimponować szatynowi. Ten stał teraz i patrzył w te samą stronę, o wiele lepiej skrywając emocje. Amy, w przeciwieństwie do Rory'ego wiedziała, że w jego środku teraz buzuje od sprzecznych myśli. Jej narzeczony patrzył z niedowierzaniem na Doctora.
- Zrób coś! - krzyknął, przez co kosmici zaczęli się śmiać.
- Siedź cicho - władca czasu warknął na mężczyznę.
- Też złap kogoś z nich czy coś - upierał się Rory, ale Doctor tylko coraz bardziej się denerwował.
- Nie rozumiesz! Oni nie mają takich uczuć jak my. Pamiętaj, że to kosmici. Ich mózgi funkcjonują inaczej. Jeden zakładnik za całą planetę to dla nich nic.
Wtedy mężczyzna ucichł i co jakiś czas zerkał nerwowo na ukochaną.
- Ale za to cały gatunek to dla nich zbyt wiele - powiedział sam do siebie Doctor i stanął przed Amy. Tak po prostu. - Jeśli mnie zabijecie, nikt wam nie pomorze.
- Zabijemy was wszystkich!
- Nieprawda! Nie kłam mi prosto w oczy! - władca czasu był oschły i mówił z jasno wyczuwalną wyższością. - Nie macie chyba zamiaru wyginąć dla honoru?! To dla was zbyt ludzkie - ostatnie słowa powiedział bardzo cicho. Stworzenia w końcu zaczęły się zastanawiać i szeptać między sobą. - Uwierzcie mi! Ta planeta nie jest tego warta! - dodał Doctor i czekał na ich reakcje. Oni już zaczynali się cofać, gdy jeden z nich cofnął się, wystrzelił i zawrócił. Rory wybiegł przed Doctora i dostał w lewą rękę. Zawył cicho, czując jak pocisk przebija się przez ścięgna, a on traci panowanie nad całym ramieniem, które zaczęło zwisać bezwładnie z boku jego ciała. Doctor jęknął cicho.
- Po co żeś to zrobił?! A jakbyś dostał w ważniejszą część ciała? Jesteś pod moją opieką...
- Nie jestem pod niczyją opieką!
Władca Czasu westchnął i przetarł twarz dłońmi i przejechał nimi po włosach, zaczesując je lekko do tyłu. Zaraz jednak wróciły na swoje miejsce.
- My też chyba musimy uciekać. Podziękujemy sobie na pokładzie TARDIS - odparł łapiąc Amy za nadgarstek, jak to miał w zwyczaju. Ona złapała Rory'ego w ten sam sposób i pobiegli w stronę, z której wcześniej tu przybiegli. Dziewczyna powoli przestawała nadążać za Doctorem, aż w końcu się o coś potknęła i upadła na ziemie, przed sobą. Jej narzeczony, tak jak i drugi szatyn szybko zaczęli jej pomagać. Ona spojrzała o co się potknęła. Koło niej leżało niewielkie gniazdko, w którym siedziały lekko przestraszone małe dinozaury, które bardziej przypominały jej jakiś nieznany gatunek jaszczurek. Podeszła do nich na czworaka i wzięła jednego w rękę.
- Nie możemy ich tu zostawić - szepnęła, bo podświadomie nie mogła sobie wyobrazić, że za paręnaście minut one będą już martwe. Były takie małe, niewinne.
- Nie żartuj, Amy - mówił Doctor spokojnie. - Pomyśl co by się stało, jakbyśmy zabrali je do waszych czasów. Jeśli w ogóle, by przeżyły taką zmianę klimatu, to znowu po Ziemi chodziłyby dinozaury. Wyobraź sobie co, by się działo.
- Ale... - nie skończyła, bo szatyn przerwał jej nagle.
- Wybacz - odparł szybko i pociągnął ją trochę brutalnie za nadgarstek. - Jeśli chcemy przeżyć, musimy wiać!
Rory chciał jakoś zareagować na czyn Doctora, ale po chwili zrezygnował. Tamten znowu pociągnął ich za sobą, zmuszając Amy do zapomnienia o małych dinozaurach. Po chwili znaleźli się w TARDIS. Władca Czasu od razu pobiegł do panelu.
- Zabieraj nas stąd natychmiast - powiedział do maszyny, przekręcając poszczególnie dźwignie. W końcu wehikułem zatrzęsło, a on nieco się uspokoił. Westchnął cicho i jak zwykle kiedy przeżyli coś niebezpiecznego, oparł się o panel kontrolny TARDIS.
- P-przepraszam. Przeze mnie mogliśmy zginąć - rudowłosa chciał się tłumaczyć, ale Doctor przerwał jej, przytulając ją mocno do siebie.
- Siedź cicho. Ważne, że wszyscy trzej jesteśmy cali - odparł po czym puścił ją i poklepał jeszcze Rory'ego po plecach.
- Te małe stworzenie, one...
- Tak - ku zdziwieniu wszystkich powiedział to Rory, który też chciał objąć Amy zdrową ręką. Ona pozwoliła mu na to. Nie wiedziała co ma myśleć. Czuła, że on dobrze się nią opiekuje, że ją kocha, ale... Odgoniła wszelkie myśli dotyczące jej narzeczonego i skierowała się w stronę korytarzy.
- Muszę się przespać. Idę do mojego pokoju - oznajmiła, zostawiając dwójkę mężczyzn samych. Oni popatrzyli na siebie, ale żaden się nie odezwał. Dopiero gdy rudowłosa zniknęła daleko w korytarzach, odezwał się Doctor:
- Chodź ze mną. Musimy po coś pójść - powiedział, nacisnął parę guzików i uważając, żeby tym razem za bardzo nie trzęsło, przeniósł ich w czasie i przestrzeni. Gdy skończył podszedł do drzwi, otworzył je i przepuścił mężczyznę. Mimo, że nie darzył go zbyt wielką sympatią, nie chciał, żeby źle się czuł w jego towarzystwie. Wychodząc na zewnątrz, ujrzeli wielki targ. Na poszczególnych straganach widniały wszelkiego rodzaju przedmioty i nie tylko. Tam były ubrania, gdzie indziej drób, albo słodycze. Ale Doctor szukał jednego konkretnego straganu. Spoglądał szybko w każdą stronę i w przeciwieństwie do towarzysza, nie przyglądał się wszystkiemu dokładnie.
- Jest! - zawołał i podszedł do straganu z ziołami. Powiedział coś do kupca i wręczył mu kilka rdzawych monet. W zamian dostał słoik z jakąś mazią. - To na twoją ręką - odparł i wsmarował trochę w miejsce rany. - Spokojnie, do jutra powinno się zagoić - dodał i ruszył dalej wzdłuż targu.
- Coś jeszcze? - zapytał Rory, zdziwiony, że ból tak nagle ustał. Ruszył szybko za szatynem.
- Coś dla Amy - odparł tamten zamyślony. Drugiego mężczyznę ukłuło uczucie zazdrości. Burknął coś tylko pod nosem i dalszą drogę praktycznie się nie odzywał.
    Po niedługim czasie Doctor zauważając coś, podbiegł tam. Stanął przed straganem i zaczął spoglądać do wiklinowego koszyka, w którym podskakiwały i bawiły się małe kociaki. Rory dołączył do niego i wydawał się jeszcze bardziej zdziwiony niż kiedy dostał dziwną maść.
- Musisz mi pomóc - odparł Doctor głaszcząc jednego kociaka po grzbiecie. - Znasz Amy dłużej ode mnie. Który najbardziej jej się spodoba? - zapytał nie patrząc na niego. Ten zaczął drapać poszczególne stworzonka. Dopiero kiedy jeden z nich się nie dał, wziął go w ręce, oglądając dookoła. Był biało rudy i próbował podrapać go po rękach.
- Wykapana Amy, nie uważasz? - zażartował i podał go szatynowi, którego kociak podrapał po nosie, zostawiając niewielką bladą szramę. Ten tylko się zaśmiał i podrapał go pod brodą, przez co zwierzak zaczął wesoło przebierać tylnymi nóżkami w powietrzu i mruczeć.
- Tak, masz całkowitą racje! - potwierdził i zaśmiał się. Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie, po czym Doctor zapłacił za kota i niewielki koszyk, w którym chciał go przenieść. Drogę znowu przeszli w ciszy, aż nie byli bardzo blisko TARDIS. Wtedy Rory zatrzymał się, spojrzał uważnie na swojego przewodnika. Tamten odwrócił się do niego wyczekująco.
- Kochasz ją? - zapytał Rory, nie spuszczając z Doctora oczu.
- Oczywiście, że nie - Ten odparł, lekko się uśmiechając, ale atmosfera była napięta, bo obaj wiedzieli, że kłamał.

***

    Znajdując się we wnętrzu maszyny, zaczęli przygotowywać zwierzaka na spotkanie z Amy. Doctor co chwila gdzieś biegał lub prosił TARDIS o jakieś przedmioty, który ku zdziwieniu Rory'ego wyrastały z otworów w panelu. Wyczesali kociaka, chociaż nie było łatwo, potem jeszcze go nakarmili i postanowili, że zrobią mu posłanie w pokoju Amy. Wstali, biorąc ze sobą zwierzaka i ruszyli ku pokojowi dziewczyny, z zadowoleniem. Doctor zapukał parę razy i nie czekając, otworzył je na oścież. Amy leżała na łóżku, do połowy odkryta. Jeszcze w ubraniu, które miała na Ziemi. Doctor spojrzał na Rory'ego, oddał mu kotka i podszedł do jej łóżka. Potrząsnął nią lekko i po cichu coś do niej, mówił, chcąc ją wybudzić. Po chwili rudowłosa otworzyła powoli swoje kasztanowe oczy, którymi nieprzytomnie spoglądała w twarz przyjaciela. Jak tylko trochę się wybudziła usiadła na łóżku obok Doctora, a jej narzeczony powoli podszedł do niej trzymając kotka przed sobą. Wręczył go w ręce zszokowanej Amy, która po chwili trzymania go w rękach, spojrzała pytająco na obu towarzyszy. 
- To dla ciebie. No wiesz... - zaczął Rory.
- Za te dinozaury... Przepraszam, nie mogłem nic zrobić... i za to, że byłem może trochę za ostry - wytłumaczył powoli Doctor i pocałował ją w czoło. Amy nie mogła powstrzymać napływu szczęścia i usadziła sobie kociaka na kolanach i zaczęła drapać za uszami. Była pierwszą osobą, której na to pozwolił. Mężczyźni popatrzyli na po sobie, pamiętając jak się to dla nich kończyło i zaśmiali się dość cicho.
- Zostajesz na dłużej? - zapytał Doctor Rory'ego, klepiąc go w ramię.
- Czemu nie - odpowiedział tamten, próbując ukryć, że niezwykle go to ucieszyło.
- Więc, zostają ze mną moi chłopcy? - zagadała Amy i podeszła do nich, wciąż trzymając w ręku kociaka. Pocałowała każdego w policzek i uśmiechnęła się zmysłowo, po czym wyszła z pokoju. Prawdopodobnie poszła po jakieś materiały, żeby urządzić posłanie dla zwierzątka. Obaj mężczyźni odruchowo dotknęli policzków i obejrzało się, spoglądając na rudę włosy falujące za dziewczyną. Obaj przełknęli ślinę, obu rozszerzyły się źrenice i żaden nie mógł wydusić ani słowa. Z zamyślenia ocknęli się dopiero po chwili. Pierwszy odezwał się Rory:
- Nie jesteśmy jej chłopcami - zażartował.
- Oczywiście, że jesteśmy - odparł z przekonaniem Doctor, po czym obaj parsknęli śmiechem. Dziewczyna wróciła z garścią poduszek i materiałów. Ułożyła je w rogu i pozwoliła kociakowi się rozejrzeć po nowym legowisku.
- To jak go nazwiemy? - zapytała po chwili, głaszcząc go po niewielkiej główce.
- Może Snickers? - zaproponował Rory.
- Nie! Mars! - zawołał Doctor.
- Co wy macie z tymi batonami? Może jeszcze 3Bit? - zażartowała, ale jej towarzysze pokiwali ochoczo głowami. - 3Bit?
- Noo - oznajmili z przekonaniem, a rudowłosa się zaśmiała.
- Więc od dziś zwiesz się 3Bit! - zawołała, wciąż cicho chichocząc i głaszcząc kociaka. Reszta dnia zeszła im na zabawie ze zwierzakiem.
_______________________________________________________________________
Mam nadzieję, ze się podobało, chociaż ledwo się wyrobiłam w moim wyznaczonym tygodniu, na napisanie tego :P Tak czy siak, kolejnego rozdziału też możecie się spodziewać w przeciągu tygodnia ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz