Od razu na początku chciałabym podziękować wszystkim, którzy to czytają - zbliżam się do 10 rozdziału i na prawdę cieszy mnie to, że nie piszę tego sama dla siebie! Komentarze i gwiazdki (głównie na Wattpadzie) naprawdę motywują :)
______________________________________________________________
Minęły trzy dni, od porwania Amy, a Doctor i Rory nie dostali żadnego znaku życia od dziewczyny. Zaczęli się coraz bardziej martwić, a Władca Czasu desperacko próbował odnaleźć sygnał z komunikatora Amy, tylko za pomocą pierwszego kontaktu z nią. Jednak TARDIS to chyba nie wystarczało. Potrzebowała aktualnego połączenia z nią. Williams natomiast chodził cały czas tymi samymi ścieżkami, podenerwowany. Doctor w pewnym momencie kopnął, wkurzony, w panel kontrolny maszyny i łapiąc się za obolałą stopę, usiadł zrezygnowany na krześle. Poczochrał swoje włosy i rozejrzał się dookoła, szukając pomocy w czymkolwiek. Wyjął komunikator z kieszeni i czekał. Po prostu siedział i próbował powstrzymać nieodpartą chęć robienia czegokolwiek. Obracał urządzenie w palcach, dopóki do pomieszczenia nie wszedł Rory. Doctor schował szybko przyrząd i wrócił do rozkręcania czegoś pod panelem TARDIS. Nie rozmawiali ze sobą za wiele. Zwykle ograniczało się to, do krótkiej rozmowy na temat Amy i tego czy się odzywała.
W pewnym momencie Doctor usłyszał ciche pikanie komunikatora i wyciągnął go najszybciej jak mógł. Wyczekiwał w napięciu, aż dziewczyna powie cokolwiek. Tak tęsknił za jej ciepłym głosem. Rory pobiegł do niego, widząc, że coś się dzieje i ustał kawałek za nim. Po chwili Amy powiedziała słabo:
Przepraszam, że to tyle trwało...
Obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą i nachylili się lekko ku urządzeniu.
Nie mam pojęcia co tu się dzieje, ale chyba zwiększyli straże. Raz na jakiś czas ktoś do mnie podchodzi, ale wciąż nic nie widzę. Mam nadzieję, że macie już chociaż jakieś poszlaki i niedługo po mnie tu przyjdziecie. Liczę na wejście smoka!
Po tych słowach Rudowłosa zaśmiała się niewesoło, a Doctor pobiegł z powrotem na górę, do panelu TARDIS i zaczął szukać źródła sygnału. Wehikuł nie miał z tym większych problemów i szybko wyszukał koordynaty. Doctor krzyknął ze szczęścia i zaczął już ruszać statek, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nie ma żadnego planu. Miał trzy dni i nic nie wymyślił! Z drugiej jednak strony, nie wiedział nic o porywaczach Amy. Musiał zbadać tamto miejsce, zanim zaatakuje. Postanowił wylądować gdzieś niedaleko ich celu i wyjść się rozejrzeć. Tymczasem komunikator nagle ucichł. Doctor westchnął i schował go do kieszeni.
- Amy, nadchodzimy - szepnął i ze szczerym śmiechem odpalił maszynę. Jednak po chwili zauważył, że coś jest nie tak. TARDIS zatrzęsła się niespokojnie, po czym nagle w coś uderzyła, przewracając obu mężczyzn na ziemie. Przekręciła się parę razy, przez co oni jeszcze bardziej poobijali się o różne rzeczy na pokładzie statku. Na koniec, wehikuł przewrócił się na bok. Rory zjechał po schodach i uderzył w jedną ze ścian, a Doctor zatrzymał się na barierkach.
- Nic ci nie jest?! - krzyknął i spróbował się podnieść, uważając, żeby nie spaść z prętów. Drugi mężczyzna mruknął coś i też się podniósł. Spadł z jakichś czterech metrów. Dziwił się, że nie miał nic złamane. Po prosto wszystko było obolałe. Złapał się szybko za plecy i spróbował wyprostować.
- To pewnie dzięki tej maści, którą ci dałem, po tym jak cię postrzelili. Wzmacnia kości lepiej niż te wasze witaminy! - odparł Doctor i powoli ruszył po barierkach w bok. Nie było to łatwe, ale musiał zdobyć swoją kotwicę. Kiedy już trzymał ją w dłoniach, spojrzał w górę, a potem w dół na Rory'ego. Zaczepił przyrząd o poręcz i zrzucił mężczyźnie linę. Ten trochę nieudolnie się po niej wspiął i znaleźli się na jednym poziomie. Stali chwilę, myśląc co robić. W końcu szatyn zaczął wspinać się po barierkach ku górze. W którymś momencie zawisnął w powietrzu, ale posuwał się dalej, niczym dziecko na placu zabaw. Podciągnął się na górną część poręczy i teraz mógł już dorzucić kotwicę do otwartych na oścież drzwi maszyny. Spuścił linę niżej, żeby ułatwić zadanie swojemu towarzyszowi. Kiedy znalazł się koło niego, lekko zdyszany, spróbował uśmiechnąć się pocieszająco.
- Obawiam się, że prawdopodobnie nie jesteśmy tam gdzie Amy, tylko TARDIS nas gdzieś wywiozło. To tak, żebyś się nie zmartwił - przejechał palcami po swoich ciemnych włosach i odwrócił się szybko. - Wejdę pierwszy - dodał i zaczął się wspinać po linie. Wyskoczył na zewnątrz, dość żwawo, ale ku jego zdziwieniu, TARDIS była otoczona ze wszystkich stron przez uzbrojonych ludzi. Większość miało miecze, niektórzy włócznie. Doctor od razu uniósł ręce ku górze.
- Spokojnie, nie chcemy wam nic zrobić! - wtedy dopiero się rozejrzał i zobaczył, w co uderzyła jego maszyna. Pomnik władcy miasta był pozbawiony głowy, a sąsiedni budynek, wyglądający jak bank, miał wielką wyrwę w ścianie. Doctor przebadał wszystko wokół swoim śrubokrętem, ale zaraz został go pozbawiony. Jeden z wojowników przystawił mu swój oręż do piersi, zmuszając, by wycofał się do ściany TARDIS. Wtedy z budki wyczołgał się Rory, upadając na ziemie, przed nogami ludzi. Wstał pospiesznie, otrzepał się, ale skończył tak jak Władca Czasu.
- Czternasty wiek, Włochy, a dokładnie Florencja - oznajmił cicho Doctor, spoglądając po wrogich twarzach ludzi.
- Milczeć! Kim jesteście i skąd macie te urządzenie?! - wrzasnął jeden z nich, wskazując na TARDIS. Doctor chciał wyjąć psychiczny papier, ale zdał sobie sprawę, że wypadł podczas wypadku.
- My tu przejazdem - uśmiechnął się Doctor i już chciał zacząć się wycofywać, ale jeden z mężczyzn związał mu ręce na plecach. Doctor jęknął cicho, ale nawet nie próbował się oswobodzić, w przeciwieństwie do jego towarzysza.
- Uspokój się! - warknął do niego i dał się poprowadzić do przodu.
Przepraszam, że to tyle trwało...
Obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą i nachylili się lekko ku urządzeniu.
Nie mam pojęcia co tu się dzieje, ale chyba zwiększyli straże. Raz na jakiś czas ktoś do mnie podchodzi, ale wciąż nic nie widzę. Mam nadzieję, że macie już chociaż jakieś poszlaki i niedługo po mnie tu przyjdziecie. Liczę na wejście smoka!
Po tych słowach Rudowłosa zaśmiała się niewesoło, a Doctor pobiegł z powrotem na górę, do panelu TARDIS i zaczął szukać źródła sygnału. Wehikuł nie miał z tym większych problemów i szybko wyszukał koordynaty. Doctor krzyknął ze szczęścia i zaczął już ruszać statek, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nie ma żadnego planu. Miał trzy dni i nic nie wymyślił! Z drugiej jednak strony, nie wiedział nic o porywaczach Amy. Musiał zbadać tamto miejsce, zanim zaatakuje. Postanowił wylądować gdzieś niedaleko ich celu i wyjść się rozejrzeć. Tymczasem komunikator nagle ucichł. Doctor westchnął i schował go do kieszeni.
- Amy, nadchodzimy - szepnął i ze szczerym śmiechem odpalił maszynę. Jednak po chwili zauważył, że coś jest nie tak. TARDIS zatrzęsła się niespokojnie, po czym nagle w coś uderzyła, przewracając obu mężczyzn na ziemie. Przekręciła się parę razy, przez co oni jeszcze bardziej poobijali się o różne rzeczy na pokładzie statku. Na koniec, wehikuł przewrócił się na bok. Rory zjechał po schodach i uderzył w jedną ze ścian, a Doctor zatrzymał się na barierkach.
- Nic ci nie jest?! - krzyknął i spróbował się podnieść, uważając, żeby nie spaść z prętów. Drugi mężczyzna mruknął coś i też się podniósł. Spadł z jakichś czterech metrów. Dziwił się, że nie miał nic złamane. Po prosto wszystko było obolałe. Złapał się szybko za plecy i spróbował wyprostować.
- To pewnie dzięki tej maści, którą ci dałem, po tym jak cię postrzelili. Wzmacnia kości lepiej niż te wasze witaminy! - odparł Doctor i powoli ruszył po barierkach w bok. Nie było to łatwe, ale musiał zdobyć swoją kotwicę. Kiedy już trzymał ją w dłoniach, spojrzał w górę, a potem w dół na Rory'ego. Zaczepił przyrząd o poręcz i zrzucił mężczyźnie linę. Ten trochę nieudolnie się po niej wspiął i znaleźli się na jednym poziomie. Stali chwilę, myśląc co robić. W końcu szatyn zaczął wspinać się po barierkach ku górze. W którymś momencie zawisnął w powietrzu, ale posuwał się dalej, niczym dziecko na placu zabaw. Podciągnął się na górną część poręczy i teraz mógł już dorzucić kotwicę do otwartych na oścież drzwi maszyny. Spuścił linę niżej, żeby ułatwić zadanie swojemu towarzyszowi. Kiedy znalazł się koło niego, lekko zdyszany, spróbował uśmiechnąć się pocieszająco.
- Obawiam się, że prawdopodobnie nie jesteśmy tam gdzie Amy, tylko TARDIS nas gdzieś wywiozło. To tak, żebyś się nie zmartwił - przejechał palcami po swoich ciemnych włosach i odwrócił się szybko. - Wejdę pierwszy - dodał i zaczął się wspinać po linie. Wyskoczył na zewnątrz, dość żwawo, ale ku jego zdziwieniu, TARDIS była otoczona ze wszystkich stron przez uzbrojonych ludzi. Większość miało miecze, niektórzy włócznie. Doctor od razu uniósł ręce ku górze.
- Spokojnie, nie chcemy wam nic zrobić! - wtedy dopiero się rozejrzał i zobaczył, w co uderzyła jego maszyna. Pomnik władcy miasta był pozbawiony głowy, a sąsiedni budynek, wyglądający jak bank, miał wielką wyrwę w ścianie. Doctor przebadał wszystko wokół swoim śrubokrętem, ale zaraz został go pozbawiony. Jeden z wojowników przystawił mu swój oręż do piersi, zmuszając, by wycofał się do ściany TARDIS. Wtedy z budki wyczołgał się Rory, upadając na ziemie, przed nogami ludzi. Wstał pospiesznie, otrzepał się, ale skończył tak jak Władca Czasu.
- Czternasty wiek, Włochy, a dokładnie Florencja - oznajmił cicho Doctor, spoglądając po wrogich twarzach ludzi.
- Milczeć! Kim jesteście i skąd macie te urządzenie?! - wrzasnął jeden z nich, wskazując na TARDIS. Doctor chciał wyjąć psychiczny papier, ale zdał sobie sprawę, że wypadł podczas wypadku.
- My tu przejazdem - uśmiechnął się Doctor i już chciał zacząć się wycofywać, ale jeden z mężczyzn związał mu ręce na plecach. Doctor jęknął cicho, ale nawet nie próbował się oswobodzić, w przeciwieństwie do jego towarzysza.
- Uspokój się! - warknął do niego i dał się poprowadzić do przodu.
***
Poprowadzili ich prosto do celi, w której mieli czekać na werdykt sędziego. Z tego co wiedział Doctor, trafili akurat na surowego władce miasta i mogli mieć spore problemy za zniszczenie jego statuy. Szatyn przechadzał się niecierpliwie w kółko, zastanawiając się co może zrobić bez śrubokrętu i TARDIS.
- Ratowałem już świat bez ich pomocy - syknął sam do siebie, czochrając swoje włosy. Spojrzał na Rory'ego, który siedział pod ścianą i wydawał się go nie słuchać. Szatyn u milkł i starał się usiedzieć spokojnie w miejscu, ale po chwili poderwał się do góry i wrócił do swojego poprzedniego toru. Chodził w kółko, dopóki Williams nie wstał gwałtownie i nie złapał go za ramię.
- Sam kazałeś mi się uspokoić - żachnął się i wkurzony usiadł z powrotem na swoje poprzednie miejsce.
- Bo by cię zabili, jakbyś stawiał opór - odparł oschle Doctor i kopnął w kraty. - Nie możemy tak tu siedzieć i nic nie robić!
- Daj spokój! - warknął Rory, patrząc mu wrogo w oczy.
- Ja przynajmniej próbuję coś robić, a nie...
- Czego ty ode mnie chcesz?! Nie jestem kosmitą, z odległej planety, który wie wszystko. Najlepiej, by było jakbyś na nią wrócił i wypieprzył się z mojego życia! - krzyknął Rory, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że powiedział coś nie tak, bo Doctor nie odzywał się, tylko stał w ciszy spoglądając na niego. Nie potrafił opisać, jak bardzo teraz nienawidził tego człowieka. Oddychał trochę szybciej i podświadomie uciekał wzrokiem na boki.
- Nie wiesz ile straciłem. Nie wiesz, że jestem ostatnim z mojego gatunku, ale mimo to komentujesz to co robię - odparł dziwnie beznamiętnie, patrząc w jakiś punkt na podłodze. Rory jednak wydawał się niezbyt przejęty. Zaśmiał się nawet niewesoło.
- Na pewno. Nauczyłem się jednego - tobie się nie ufa - powiedział cicho do siebie.
- Twoja żona jakoś ufa mi bezwarunkowo! - wybuchnął Doctor. Chciał odejść jak najdalej od tego człowieka, ale zatrzymywały go kraty. Rory nagle podniósł się i stanął twarzą w twarz z Doctorem.
- A to co miało znaczyć? - spytał cicho, starając się zachować spokój. Szatyn zaśmiał się krótko, ale nie powiedział nic więcej. Nie chciał jeszcze pogarszać swojej relacji z Rory'm, informując go, że całował jego narzeczoną... dwa razy, a raz dzień przed ślubem. Stali chwilę w ciszy, unikając swojego wzroku. Pierwszy odezwał się Williams, lekko ochrypłym głosem.
- Ty ją kochasz...
- Oczywiście, że...
- To nie było pytanie! - burknął mężczyzna i usiadł z powrotem pod ścianą. - Powiedz to teraz, prosto z mostu i będzie po sprawie! Dalej będziemy walczyć, ale będę chociaż wiedział.
Doctor nic nie odpowiedział, tylko oparł się o kraty.
- Musimy się stąd wydostać...
- Odpowiedz!
Szatyn przyśpieszył oddech i czuł jak emocje w nim buzują. Miał szczęście, bo do ich celi poszedł jeden z wojowników i wyprowadził ich na zewnątrz, ku wyjściu z budowli. Kazali ustać na niewielkim podwyższeniu. Rory spojrzał niespokojnie na Doctora. Koło nich ustał jakiś szlachcic i zaczął przemawiać do ludzi zgromadzonych niżej.
- Tych dwóch ludzi... - na to Doctor odchrząknął znacząco, ale mówca nie zwrócił na niego uwagi. - Dopuściło się niewybaczalnej zniewagi naszego wspaniałego władcy. Zarządził on, że ci niewdzięcznicy zapłacą za to swoimi głowami!
Ludzie wiwatowali głośno - dla nich to była jakaś rozrywka. Natomiast Rory zaczął się wiercić i próbować wyrwać.
- Nie uciekaj, bo cie zestrzelą - syknął cicho Doctor i wskazał głową na pobliskie wieże. - Siedź cicho. Przepraszam! Mogę najpierw porozmawiać z waszym władcą? - zapytał i uśmiechnął się. Szlachcic najwyraźniej trochę się speszył, ale po chwili wrócił do wyprostowanej i pewnej postawy.
- Absolutnie...
- Że tak - odparł głos, gdzieś za nimi i na platformę wszedł, drogo odziany, mężczyzna z dwoma strażnikami za sobą. - Słucham - mężczyzna miał oschły i nieprzyjemny głos.
- Mogę wam się przydać... Żywy - zaczął Doctor spokojnie ważąc słowa.
- Niby w jaki sposób? - prychnął władca i wydał polecenie, żeby przygotować towarzyszy do ścięcia.
- Znam technologie, o których wy nie macie jeszcze pojęcia - mówił Doctor podniesionym głosem. - To jak, układ?
Człowiek zastanawiał się chwilę, aż w końcu wskazał dłonią na Rory'ego.
- A twój znajomy?
- On mi pomaga - odrzekł szybko i krótko Władca Czasu. Po krótkim zastanowieniu, władca przytaknął.
- Uwolnić ich!
- Mogę najpierw naprawić swoje urządzenia? Nie są groźne - powiedział Doctor, ruszając obolałymi nadgarstkami. Rory zrobił to samo i spojrzał z podziwem na towarzysza. Każdy go słuchał. Dlaczego? Bogato odziany mężczyzna, powiedział coś do jednego ze swoich ochroniarzy, który wrócił z śrubokrętem sonicznym. Doctor podziękował i już chciał ruszyć do TARDIS, ale zatrzymał go ten sam wojownik.
- On będzie cię pilnował - oznajmił władca i wrócił do swojej willi. Szatyn westchnął niechętnie i ruszył razem z Rory'm i nowym 'kompanem' do swojego statku. Był już na szczęście postawiony do pionu, ale w środku wciąż lekko dymił. Władca Czasu od razu wziął się za naprawianie go, a strażnik ustał w drzwiach, rozdziawiając usta, na widok wnętrza wehikułu. Po paru godzinach Doctor zniknął gdzieś z boku i wrócił z czymś wyglądającym na pistolet. Rzucił go do Rory'ego, który ostrożnie ledwo go złapał. Mrugnął do niego i uśmiechnął się, chociaż ten nie wiedział za bardzo o co chodzi.
- Sztuczny - wyszeptał szatyn i gwałtownie odsunął się od panelu swojej maszyny, która wyglądała już, jakby nigdy nie została zniszczona. - Rory! Puść to w tej chwili! Pomyśl co robisz!
Strażnik odwrócił się do nich, z niemałym zaciekawieniem wpatrując się w broń. Doctor szybko skinął na niego głową, a Rory powoli zaczynał rozumieć. Nakierował pistolet na jego głowę i trzymał palec przy spuście. Zastanawiał się co ma krzyknąć i tylko zaśmiał się z udawaną wyższością.
- To już twój koniec! Jakieś ostatnie życzenie? - zdawał sobie sprawę, że to tekst z co drugiego filmu przygodowego, ale nie miał lepszych pomysłów. Doctor rzucił się na kolana, a strażnik już chciał biec do Rory'ego, ale ten nakierował broń w jego stronę. Widząc, jak bardzo przyrządu boi się szatyn, wycofał się jak najbliżej wyjścia. Wtedy Williams zwrócił się znowu do Doctora i nacisnął spust, wiedząc, że nie jest prawdziwy. Ten upadł na ziemie, udając, że nie żyje. Wtedy wojownik wybiegł czym prędzej na zewnątrz i pognał przed siebie, wypuszczając z ręki włócznie. Wtedy Władca Czasu klepnął mężczyznę w ramię.
- Dobra robota - zaśmiał się na widok uciekającego ochroniarza.
- Po co to przedstawienie? Nie dało się prościej? - zapytał Rory, siląc się na ukrywanie niechęci do tego typu zagrań.
- Oj przestań! Tak było zabawniej! Teraz musimy zwiewać, bo jeszcze ktoś nas zatrzyma.
Władca Czasu przekręcił po kolei kilka dźwigni i wystartował - tym razem liczył, że dotrą już do Amy. Kiedy tylko maszyna przestała się trząść, wyjrzał na zewnątrz. Byli w jakimś lesie, ale śrubokręt Doctora wykrył, że ich cel jest niecałe dwieście metrów na północ od nich. Ruszyli w tamtą stronę w ciszy i zatrzymali się dopiero na skraju lasu, skąd już widzieli wielkie ruiny, w których prawdopodobnie przetrzymywali Amy. Doctor zacisnął pięści, ale zachowywał spokój.
- Pójdziemy tam rozejrzeć się w nocy. Na razie musimy zostać tutaj - odparł lekko zniecierpliwiony. - Też mnie to nie cieszy, uwierz. Przygotujmy się chociaż jakoś.
- Ale jak?
- Zjedzmy coś - po tych słowach szatyn wszedł trochę głębiej w las i rozpalił najmniejsze ognisko jakie potrafił. Od razu zasłonił nie od strony ich celu patykami i kamieniami. Wyjął opakowania kiełbasek i pianek. i rzucił po jednej Rory'emu. Nie rozmawiali ze sobą i czekali, aż się ściemni. Późnym wieczorem ognisko zdążyło już zgasnąć, a Doctor odszedł na bok, żeby posiedzieć w samotności. Nagle usłyszał dźwięk komunikatora. Chciał już pobiec po swojego towarzysza, ale nagle poczuł, że nie chce tego robić. Włączył go i zamknął oczy.
Hej, co tam? Zresztą, i tak nie możesz mi odpowiedzieć...
Doctor poczuł jak łzy mimowolnie napływają mu do oczu. Rory miał racje. Kochał ją.
Wiesz co? Nigdy nie powiedziałam ci jaki jesteś dla mnie ważny. Sprawiasz, że się uśmiecham, a wszystko wydaje się możliwe. Przy tobie mogę być dzieckiem i cieszyć się każdą chwilą. Dlatego wciąż na ciebie czekam. Tak jak czternaście lat temu.
Wtedy nie wytrzymał i poczuł jak łzy spływają mu po policzkach. Wytarł je szybko, jak dziecko, które próbuje ukryć swój smutek. W sumie był jak dziecko... Tylko większe w środku.
- Idę po ciebie. Teraz - powiedział do komunikatora, wstał i ruszył do Rory'ego. Wskazał głową na ruiny, a on szybko się podniósł i ruszył za nim. Musieli uratować ich Amy.
_________________________________________________________
W sumie słaby ten rozdział, średnio długi i na dodatek długo go pisałam :P Mam tylko nadzieję, że kolejny będzie lepszy. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy w ogóle to czytają :D
Doctor nic nie odpowiedział, tylko oparł się o kraty.
- Musimy się stąd wydostać...
- Odpowiedz!
Szatyn przyśpieszył oddech i czuł jak emocje w nim buzują. Miał szczęście, bo do ich celi poszedł jeden z wojowników i wyprowadził ich na zewnątrz, ku wyjściu z budowli. Kazali ustać na niewielkim podwyższeniu. Rory spojrzał niespokojnie na Doctora. Koło nich ustał jakiś szlachcic i zaczął przemawiać do ludzi zgromadzonych niżej.
- Tych dwóch ludzi... - na to Doctor odchrząknął znacząco, ale mówca nie zwrócił na niego uwagi. - Dopuściło się niewybaczalnej zniewagi naszego wspaniałego władcy. Zarządził on, że ci niewdzięcznicy zapłacą za to swoimi głowami!
Ludzie wiwatowali głośno - dla nich to była jakaś rozrywka. Natomiast Rory zaczął się wiercić i próbować wyrwać.
- Nie uciekaj, bo cie zestrzelą - syknął cicho Doctor i wskazał głową na pobliskie wieże. - Siedź cicho. Przepraszam! Mogę najpierw porozmawiać z waszym władcą? - zapytał i uśmiechnął się. Szlachcic najwyraźniej trochę się speszył, ale po chwili wrócił do wyprostowanej i pewnej postawy.
- Absolutnie...
- Że tak - odparł głos, gdzieś za nimi i na platformę wszedł, drogo odziany, mężczyzna z dwoma strażnikami za sobą. - Słucham - mężczyzna miał oschły i nieprzyjemny głos.
- Mogę wam się przydać... Żywy - zaczął Doctor spokojnie ważąc słowa.
- Niby w jaki sposób? - prychnął władca i wydał polecenie, żeby przygotować towarzyszy do ścięcia.
- Znam technologie, o których wy nie macie jeszcze pojęcia - mówił Doctor podniesionym głosem. - To jak, układ?
Człowiek zastanawiał się chwilę, aż w końcu wskazał dłonią na Rory'ego.
- A twój znajomy?
- On mi pomaga - odrzekł szybko i krótko Władca Czasu. Po krótkim zastanowieniu, władca przytaknął.
- Uwolnić ich!
- Mogę najpierw naprawić swoje urządzenia? Nie są groźne - powiedział Doctor, ruszając obolałymi nadgarstkami. Rory zrobił to samo i spojrzał z podziwem na towarzysza. Każdy go słuchał. Dlaczego? Bogato odziany mężczyzna, powiedział coś do jednego ze swoich ochroniarzy, który wrócił z śrubokrętem sonicznym. Doctor podziękował i już chciał ruszyć do TARDIS, ale zatrzymał go ten sam wojownik.
- On będzie cię pilnował - oznajmił władca i wrócił do swojej willi. Szatyn westchnął niechętnie i ruszył razem z Rory'm i nowym 'kompanem' do swojego statku. Był już na szczęście postawiony do pionu, ale w środku wciąż lekko dymił. Władca Czasu od razu wziął się za naprawianie go, a strażnik ustał w drzwiach, rozdziawiając usta, na widok wnętrza wehikułu. Po paru godzinach Doctor zniknął gdzieś z boku i wrócił z czymś wyglądającym na pistolet. Rzucił go do Rory'ego, który ostrożnie ledwo go złapał. Mrugnął do niego i uśmiechnął się, chociaż ten nie wiedział za bardzo o co chodzi.
- Sztuczny - wyszeptał szatyn i gwałtownie odsunął się od panelu swojej maszyny, która wyglądała już, jakby nigdy nie została zniszczona. - Rory! Puść to w tej chwili! Pomyśl co robisz!
Strażnik odwrócił się do nich, z niemałym zaciekawieniem wpatrując się w broń. Doctor szybko skinął na niego głową, a Rory powoli zaczynał rozumieć. Nakierował pistolet na jego głowę i trzymał palec przy spuście. Zastanawiał się co ma krzyknąć i tylko zaśmiał się z udawaną wyższością.
- To już twój koniec! Jakieś ostatnie życzenie? - zdawał sobie sprawę, że to tekst z co drugiego filmu przygodowego, ale nie miał lepszych pomysłów. Doctor rzucił się na kolana, a strażnik już chciał biec do Rory'ego, ale ten nakierował broń w jego stronę. Widząc, jak bardzo przyrządu boi się szatyn, wycofał się jak najbliżej wyjścia. Wtedy Williams zwrócił się znowu do Doctora i nacisnął spust, wiedząc, że nie jest prawdziwy. Ten upadł na ziemie, udając, że nie żyje. Wtedy wojownik wybiegł czym prędzej na zewnątrz i pognał przed siebie, wypuszczając z ręki włócznie. Wtedy Władca Czasu klepnął mężczyznę w ramię.
- Dobra robota - zaśmiał się na widok uciekającego ochroniarza.
- Po co to przedstawienie? Nie dało się prościej? - zapytał Rory, siląc się na ukrywanie niechęci do tego typu zagrań.
- Oj przestań! Tak było zabawniej! Teraz musimy zwiewać, bo jeszcze ktoś nas zatrzyma.
Władca Czasu przekręcił po kolei kilka dźwigni i wystartował - tym razem liczył, że dotrą już do Amy. Kiedy tylko maszyna przestała się trząść, wyjrzał na zewnątrz. Byli w jakimś lesie, ale śrubokręt Doctora wykrył, że ich cel jest niecałe dwieście metrów na północ od nich. Ruszyli w tamtą stronę w ciszy i zatrzymali się dopiero na skraju lasu, skąd już widzieli wielkie ruiny, w których prawdopodobnie przetrzymywali Amy. Doctor zacisnął pięści, ale zachowywał spokój.
- Pójdziemy tam rozejrzeć się w nocy. Na razie musimy zostać tutaj - odparł lekko zniecierpliwiony. - Też mnie to nie cieszy, uwierz. Przygotujmy się chociaż jakoś.
- Ale jak?
- Zjedzmy coś - po tych słowach szatyn wszedł trochę głębiej w las i rozpalił najmniejsze ognisko jakie potrafił. Od razu zasłonił nie od strony ich celu patykami i kamieniami. Wyjął opakowania kiełbasek i pianek. i rzucił po jednej Rory'emu. Nie rozmawiali ze sobą i czekali, aż się ściemni. Późnym wieczorem ognisko zdążyło już zgasnąć, a Doctor odszedł na bok, żeby posiedzieć w samotności. Nagle usłyszał dźwięk komunikatora. Chciał już pobiec po swojego towarzysza, ale nagle poczuł, że nie chce tego robić. Włączył go i zamknął oczy.
Hej, co tam? Zresztą, i tak nie możesz mi odpowiedzieć...
Doctor poczuł jak łzy mimowolnie napływają mu do oczu. Rory miał racje. Kochał ją.
Wiesz co? Nigdy nie powiedziałam ci jaki jesteś dla mnie ważny. Sprawiasz, że się uśmiecham, a wszystko wydaje się możliwe. Przy tobie mogę być dzieckiem i cieszyć się każdą chwilą. Dlatego wciąż na ciebie czekam. Tak jak czternaście lat temu.
Wtedy nie wytrzymał i poczuł jak łzy spływają mu po policzkach. Wytarł je szybko, jak dziecko, które próbuje ukryć swój smutek. W sumie był jak dziecko... Tylko większe w środku.
- Idę po ciebie. Teraz - powiedział do komunikatora, wstał i ruszył do Rory'ego. Wskazał głową na ruiny, a on szybko się podniósł i ruszył za nim. Musieli uratować ich Amy.
_________________________________________________________
W sumie słaby ten rozdział, średnio długi i na dodatek długo go pisałam :P Mam tylko nadzieję, że kolejny będzie lepszy. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy w ogóle to czytają :D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz