poniedziałek, 21 marca 2016

Rozdział 12

    Doctor obudził się wczesnym rankiem. Jeszcze przed wschodem słońca. I tak nie potrzebował zbyt wiele snu. Wypił prędko herbatę i poszedł obudzić resztę załogi. Mimowolnie zastanawiał się co się stało z River. Od ślubu Pondów gdzieś zaginęła. W końcu jednak stwierdził, że pewnie po prostu nie chce jej się uciekać z więzienia. Podświadomie był na nią za to zły, chociaż wiedział, że może nie ma z nią kontaktu z poważnych powodów. Tymczasem oni mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia niż zastanawianie się nad losem tajemniczej kobiety. Kiedy tylko wszyscy już byli gotowi, Doctor poprowadził ich do niestrzeżonego wejścia, do ruin. Tym razem w środku nie było ciemno. Wszędzie paliły się pochodnie. Doctor badał teren przed nimi śrubokrętem sonicznym, ale odczyty nic mu nie mówiły. W sumie nie miał pojęcia dokąd muszą iść. Dlatego szedł przed siebie, a reszta, ufając mu, szła z tyłu. Dopiero kiedy trzeci raz minęli identyczną wyrwę w ścianie, Amy zapytała nieśmiało:- Doctor, wiesz gdzie idziemy? Ten milczał przez dłuższą chwilę, ale w końcu zirytowany jęknął. - Nie mam pojęcia. To jeden wielki labirynt - odparł i rozejrzał się wokół. - Musimy po prostu szukać jakichś drzwi - dodał i nieznacznie się uśmiechnął. Dziewczyna nieco się uspokoiła, ale reszta nie zauważała takich detali jak uniesiony kącik ust. Brnęli wgłąb korytarzy przez bardzo długi czas, a kobieta, która im towarzyszyła zaczynała się już męczyć. Poprosiła o krótką przerwę, na co Władca Czasu bez problemu przystał. Ludzie usiedli przy ścianie. Tylko Doctor nerwowo chodził na różne strony i szukał jakichkolwiek wnęk w ścianie czy innych zakamarków. Nagle doszedł do niego dźwięk. Bardzo dziwny. Przeszywający i nieprzyjemny. Odwrócił się w stronę swoich towarzyszy. Wydawali się nic nie słyszeć. Odpoczywali dalej spokojnie. Po krótkim namyśle zaczął biec w stronę, z której dobiegał odgłos.  Taki już był. Uznał, że oni sobie poradzą. Dźwięk nasilał się i był coraz bardziej drażniący. Pulsował w całej jego głowie, ale szatyn nie zatrzymywał się. Nagle w biegu poczuł jakby uderzał w niewidzialną ścianę, ale nie upadł tylko pojawił się w zupełnie innym miejscu. Stanął w miejscu i zamrugał parę razy. Miał przed sobą wielki ogród, pełny wysokich kwiatów i drzew. Wszędzie było pełno kolorów. Doctor powoli ruszył przed siebie. 
- Amy by się tu spodobało - powiedział sam do siebie i szeroko się uśmiechnął. Czuł się dziwnie. Jakby wszystkie jego zmartwienia prysły razem z tunelem. Wtedy przed oczami ukazał mu się widok przez niego niezwykle upragniony. Zobaczył siebie i Rudowłosą leżących na trawie i patrzących w chmury. Amy była taka jak w najwspanialszych chwilach ich podróży. Spokojna, zadziorna i zabawna. Taką Doctor ją pokochał i taką zapamiętał, cokolwiek by się w tym czasie nie działo. Uśmiechnął się i podchodził coraz bliżej, ale para go nie widziała. Ustał zaledwie dwa metry od nich i zamknął oczy. Czuł jakby leżał na trawie. Jakby to on był tam gdzie leżał teraz jego 'klon'. Zupełnie jakby łączył się z nim umysłem. Oprócz ziemi pod sobą czuł też wszechogarniające go szczęście. Przez chwilę pomyślał czy skoro jej 'sobowtór' też tu jest, to czy Amy też czuje to co on. Nagle zapragnął jej dotknąć. Wyciągnął rękę w bok, ale gdy poczuł jej gładką dłoń pod palcami, nagle wszystko prysło. Otworzył gwałtownie oczy. Już nie był w ogrodzie. Teraz wokół niego prosto z ziemi wystawały prostokątne, ociosane kamienie. Potrzebował chwili, żeby skojarzyć, że to nagrobki. Nie ruszał się, bojąc spojrzeć na którykolwiek z nich. Przez dobra dziesięć minut stał tylko i oddychał ciężko. Po raz kolejny jego emocje zmieniły się diametralnie, ale wciąż nie skupiał się na prawdziwym problemie. Jakby w jego umyśle pojawił się mur między rzeczywistością, a tym co dzieje się tutaj. Nie potrafił skupić się na obu tych częściach swojego umysłu jednocześnie, więc pozostawał nieświadom tego co działo się na prawdę. W końcu poruszył się niespokojnie i zaczął krążyć między bardzo starymi nagrobkami. Prawie wszystkie napisy były zbyt zamazane, by je odczytać. Doctora w którymś momencie ogarnęła panika, że nie da rady przeczytać nazwiska kogoś dla niego bliskiego. Na szczęście, bądź nieszczęście podniszczone kamienie stawały się coraz nowsze. Zupełnie jakby to był cmentarz wszystkich ludzi. Tych, którzy umarli parędziesiąt lat temu i tych, którzy dożyli dzisiejszych dni. W pewnym momencie Doctor zatrzymał się gwałtownie. Zobaczył przed sobą głaz, mniejszy niż większość. Na nim wyryte były dwa słowa. W sumie imię i nazwisko. Lydia Johnson. Nie musiał poznać jej nazwiska, żeby wiedzieć, że to ona. Usiadł na ziemi bez słowa i nie ruszał się. Patrzył na swoje buty. Nawet nie rozmyślał. Po prostu siedział.
- Przepraszam - wyszeptał siląc się na beznamiętność, wstał i ruszył dalej. Spoglądał także na inne kamienie, ale nie rozpoznawał już żadnych nazwisk. Zaciekawił go tylko jeden napis - Cloud. Dlaczego nie było tam nic więcej? Jednak Doctor nie zastanawiał się nad tym zbyt długo i ruszył dalej. 
    W końcu odnalazł wyjście z cmentarza i ogarnął go strach. Próbował jak najszybciej go zwalczyć, ale nie mógł. Złapał się za głowę, bo uczucie przerażenia nie dawało mu logicznie myśleć. Chciał skupić na czymś wzrok, ale wokół była jedna wielka pustka. Zamknął oczy, ale od razu tego pożałował. To była najgorsza rzecz jaka spotkała go w całym życiu. W jednej chwili w jego myślę pojawiły się tysiące obrazów. Wszystkie przedstawiały to czego na prawdę się bał. Zaczynało się niewinnie. Amy kolejny raz wychodzi za Rory'ego, on sam przegrywa w chowanego i jakiś chłopak się z niego śmieje, TARDIS się psuje, ale z czasem to wszystko zaczęło przeradzać się w rzeczy, które nawet jego mózg ledwo wytrzymywał. Zakończyło się na tym, że Amy umiera w jego ramionach - z jego winy. Wtedy szatyn poddał się i rzucił na ziemie. Otworzył oczy i oddychał ciężko. Teraz miał przed sobą jezioro, ale jego myśli wróciły do normy. Wtedy koło niego ustał Tristan i spojrzał na niego z podziwem. 
- No Doctorze. Nie spodziewałem się, że nawet to wytrzymasz - stwierdził i spojrzał na wodę, w której odbijało się słońce, które zaczynało już zachodzić. Mimo, że chciał, Władca Czasu nie wstawał. Spojrzał przed siebie na przeciwległy brzeg jeziora. Zmrużył lekko oczy, żeby lepiej wszystko widzieć. Był tam on. Kiedy jeszcze był dzieciakiem. Nie przypominał wprawdzie siebie obecnie, ale pamiętał jeszcze jak wyglądał dawno temu. Mały blondynek w poważnie wyglądającej, czarnej marynarce. Biegał wzdłuż brzegu i łapał żaby. Teraźniejszy Doctor patrzył na niego zaciekawiony. Myślał dlaczego teraz to widział. - Pamiętasz tamten dzień? - zapytał kosmita, na co on przecząco pokręcił głową.
- Nie za bardzo. Bardzo często biegałem przy jeziorze - powiedział, a oczy mu się zaświeciły. Nie pamiętał już rodziców, domu... To było tak dawno. Tak chciał to wszystko zobaczyć jeszcze raz. Teraz miał szansę. Podniósł się powoli, nie odrywając wzroku od pierwszej wersji siebie. - Wyobrażałem sobie, że tak jak dorośli Władcy Czasu podróżuję w TARDIS po czasie i przestrzeni - dodał, a głos mu się załamał. Czasem zastanawiał się czy żałuje, że uciekł swoją TARDIS. Nie, nie żałuje. Czasem myślał sobie, że gdyby nigdy nie wyruszył w tę podróż, to może uratowałby wiele istnień. Jednak gdyby wiedząc jak to się skończy, mógłby wybrać jeszcze raz, też ukradłby tą maszynę. Kochał ją. Kochał ludzi, których poznał. A najbardziej kochał Amy. 
- Chcesz się tam przejść? - spytał Tristan z chytrym uśmiechem. Doctor nie ufał mu, ale był za bardzo zafascynowany możliwością spojrzenia na swoją rodzinę, żeby teraz się wycofać. Zaczęli okrążać jezioro. Szatyn pospiesznie, a stwór powolnie za nim. - Nadal nic sobie nie przypominasz? 
- Nie - odpowiedział zniecierpliwiony Władca Czasu, coraz mniej pewnie się czując. To musiała być jakaś pułapka. Nie wiedział tylko jaka. 
- Zastanów się dobrze - szepnął kosmita, najbardziej przeszywającym głosem na jaki było go stać. - Dlaczego K-9 był robotem? Dlaczego Trzybit nie jest psem? 
Byli już jakieś pięćdziesiąt metrów od sporego, drewnianego domu, kiedy wybiegł z niego puchaty i łaciaty psiak. Sięgał przeciętnemu człowiekowi do ud i miał długą, kręconą sierść. Skakał dookoła wesoło, aż w końcu rzucił się przyjaźnie na chłopca i zaczął go lizać, różowym językiem. Nie był agresywny. Mały Doctor śmiał się i drapał go za uszami. Tymczasem jego obecna wersja zatrzymała się gwałtownie i zaczęła cofać. Nie miał pojęcia co się zaraz wydarzy - nie pamiętał tego dnia, ale jego podświadomość kazała mu uciekać. Informowała go dobitnie, że będzie cierpiał. Poczuł mocny uścisk na prawym ramieniu. Spojrzał na nie. Tristan ciągnął go za sobą coraz bliżej domu. Szatyn w końcu przestał stawiać opór, bo widział, że kosmita miał przewagę. W końcu to zapewne on stworzył ten sen. A może wspomnienie? Cokolwiek to było, to on w tym panował. 
- On nas widzi? - zapytał Jedenasty, wskazując ręką na chłopaka. 
- Nie - odparł krótko Tristan, a Doctor przytaknął. Zatrzymali się dopiero pod domem z ciemnego drewna. Władca Czasu dotknął delikatnie drewna, jakby obawiając się, że pod jego dotykiem zniknie jak Amy. Jednak tak się nie stało. Nadał znajdował się w tym samym miejscu. Niespodziewanie drzwi się otworzyły, na co szatyn odskoczył do tyłu. Zobaczył kobietę, która żegnała się z mężczyzną, prawdopodobnie swoim mężem, który miał na sobie typowy strój Gallifreyan. Pomachał on do młodego blondyna i odszedł ścieżką wgłąb lasu. - Przypominasz sobie już coś? - zapytał Tristan, chociaż patrząc na jego pełen wyższości uśmiech, wiedział jaka jest odpowiedź. Doctor pokiwał przecząco głową po raz kolejny i spojrzał jeszcze raz na oddalającego się mężczyznę. 
- To był mój ojciec? - Władca Czasu bardziej stwierdził fakt niż spytał. Domyślił się tego, chociaż nie pamiętał swojego taty. Nie potrzebował odpowiedzi. Teraz spoglądał raz na swoją matkę, raz na psa. Podszedł do kobiety i chciał jej dotknąć, ale jego ręka napotkała na swojej drodze niewidzialną barierę. Rozumiał to. Przecież gdyby mógł zmienić to wydarzenie, to Tristan nie miałby po co go tu zabierać. Odsunął się i po prostu przyglądał się jej twarzy. Jej rysom. Próbował sobie uświadomić, że już jej nie ma i jak stąd wyjdzie nigdy więcej jej nie zobaczy. Postanowił podchodzić do tego wydarzenia bardziej obojętnie i rzeczowo. Przynajmniej spróbować. Odwrócił się, żeby zobaczyć co się wydarzy. Jego młodsza wersja, razem ze swoim towarzyszem wbiegła na pomost. Niezbyt stabilny. Kątem oka Doctor zwrócił uwagę, że jego matka spięła się nieco. Krzyknęła jego prawdziwe imię i kazała mu wracać na brzeg. Spojrzał na kosmitę, ale on tylko się uśmiechnął.
- I tak znałem je wcześniej - mówił oczywiście o jego imieniu. Wskazał głową na pomost i bawiące się na nim postacie. Najwyraźniej nie miały zamiaru z niego schodzić. Nagle do umysłu dorosłego Doctora dotarło mnóstwo myśli i wspomnień, które wcześniej były jakby zamazane. 
- Nie! - krzyknął najgłośniej jak umiał i rzucił się w stronę konstrukcji, ale było już za późno. Jedna z podpór pękła na pół. Najwyraźniej była już spróchniała. Wszystko przechyliło się, rzucając blondynem i psiakiem do wody. Kobieta pobiegła w ich stronę, przenikając szatyna, przez co on poczuł przez chwilę wszystkie jej uczucia. Strach, a nawet przerażenie i bezsilność. Zaczęła krzyczeć, a on pobiegł za nią i rzucił się na trawę koło niej, wypatrując w wodzie jednej z sylwetek. Wiedział co się stanie z drugą. Wtedy, przebierając rękoma w wodzie wynurzył się mały Władca Czasu. Doctor znowu czuł jego uczucia, jakby był na jego miejscu. Zupełnie jak wtedy, w ogrodzie. Tym razem nie były przyjemne. Czuł na sobie wilgoć i zimno. Do tego podwyższona adrenalina i wysiłek. Jakimś cudem chłopczyk dopłynął do brzegu, przy czym pod koniec pomogła mu jego matka. Mimo, że dorosły Doctor zdawał sobie sprawę, że to nie możliwe, wbiegł po pas do jeziora i zaczął wrzeszczeć: - Cloud! CLOUD! 
W jednej chwili przypomniał sobie jego imię, ich wspólne zabawy. Krzyczał wciąż dopóki nie opadł z sił i nie cofnął się parę kroków, po czym usiadł w wodzie. Miał tego dosyć. Chciał się pozbyć tej świadomości, którą odczuwał wtedy, będąc dzieckiem. To było pierwsze stworzenie, które stracił i, które zginęło z jego powodu. Dlatego Tristan mu je pokazał. Chciał go złamać. Przypomnieć, że jest dla wszystkich tylko zagrożeniem. Doctor nie chciał się poddawać, nie mógł. Dla Amy, za Lydię, za Cloud'a i za wszystkich, którzy odeszli. Podniósł się, wciąż roztrzęsiony. Spojrzał mu w oczy i zacisnął pięści. Był bliski uderzenia go, ale powstrzymał się, domyślając się, że tylko on na tym ucierpi. Pobiegł w stronę domu, do którego matka ciągnęła histeryzującego jego. Rzucał się, mimo braku sił. 
- Wiesz co się wydarzyło się potem? - zapytał kosmita, najwyraźniej zadowolony z efektów tego wszystkiego. 
- Parę dni później mój ojciec zginął, a potem mama dała mi jakieś leki. Potem nic nie pamiętałem - wyszeptał Doctor, łamiącym się głosem. - Do dziś - dodał, patrząc z nienawiścią na stwora. 
- Więc pamiętasz już wszystko. Kolejne, inne pytanie. Jak myślisz - czym charakteryzował się ten cmentarz? 
Szatyn zmarszczył brwi i zamyślił się, przywracając obraz pola z nagrobkami. W jednej chwili wszystko zrozumiał.
- Niemożliwe... Za dużo! Było ich za dużo! - jęknął, a Tristan zaśmiał się, przyprawiając go o dreszcze.
- Tak, Doctorze. Wszystkich ich znałeś. Ciekawe ilu pamiętałeś? Może z dziesięciu, piętnastu? Jak to było? 
- Znałem... Nie wszystkich zabiłem, prawda? - spytał cicho Doctor, próbując przypomnieć sobie napisy na kamieniach. 
- Ty powinieneś to wiedzieć - odparł obojętnie kosmita. Wyjął zza pasa nóż i wyciągnął go w stronę Władcy Czasu. - To co? Mam jeszcze pistolet i linę. Jak wolisz. 
Jednak Doctor kręcił już przecząco głową. 
- Mam jeszcze za wiele do stracenia. Nie zabiję się - powiedział, siląc się na pewność siebie. 
- Mogę nasłać na twój umysł takie wspomnienia i myśli, że twój umysł tego nie uniesie. Nie wolisz zrobić tego sam? - spytał kosmita, pierwszy raz od początku nie uśmiechając się. 
- Więc zrób to - odparł Doctor, prostując się z godnością. - I tak zawsze będę ponad tobą - syknął jeszcze, patrząc swojemu wrogu w oczy. Ten wzruszył ramionami i pstryknął palcami. Doctor upadł i zaczął się trząść, jakby dostał drgawek. Wbił palce w ziemie, starając się wytrzymać to uczucie. W tym samym czasie widział wszystkie złe chwile i decyzje swojego życia. Prawie jak w pustce za cmentarzem. Już chciał się poddać, ale poczuł na szyi łagodny dotyk, który tak dobrze znał. Wszystko zniknęło. O niczym już nie myślał tylko o zapachu, który poczuł, znajomej dłoni, która trzęsła go teraz za ramię. Otworzył gwałtownie oczy i ujrzał przed sobą jej piękne kasztanowe oczy. Przez chwile nie myślał o niczym, poza jej zaniepokojoną twarzą i rudymi kosmykami włosów po obu jej stronach. Po chwili jednak wróciło do niego wszystko. Śmierć Cloud'a, ojca, uczucia jego matki, rozhisteryzowany chłopiec, próbujący się jej wyrwać, a potem kolejne nagrobki, na których widniały imiona, których nei pamiętał. Przytulił Amy do siebie i trzymał ją bardzo mocno. Wróciło też do niego poczucie szczęścia na trawie, przy niej. Spojrzał jej przez ramię. Tristan był nieżywy, byki posłuszne, a wywar wylany. Nic nie rozumiał. Odsunął dziewczynę od siebie. 
- Co się stało? - zapytał, patrząc na nią i starając się nie myśleć o wszystkim co się wydarzyło. 
- Wlałam do tego czegoś perfum... Potem zaczęło się pienić, aż wyleciało w powietrze - zrelacjonowała Rudowłosa, przełykając nerwowo ślinę. 
- A Tristan? - spytał jeszcze Doctor, wskazując na niego głową. Nie miał czasu chwalić jej za cokolwiek. Wiedział, że ona zdaje sobie sprawę, że jest z niej dumny. Jednak teraz nie chciała udzielić mu odpowiedzi. Dopiero teraz zauważył, że jej ręce nienaturalnie się trzęsły. 
- Za bardzo się rzucał - zacytowała go, ale bez cienia uśmiechu. Szatyn spojrzał na nią i przejechał palcem po jej policzku.
- Oh Amy... Tak mi przykro - szepnął i przytulił ją drugi raz. - Gdzie jest Rory?
- Nie żyje - usłyszał po swojej lewej stronie i odwrócił się tam. Stała tam matka Lydii. Chciał wstać, ale poczuł, że Amy mocniej go ściska i to odwzajemnił. 
- Gdybym tu był - szepnął sam do siebie i wtulił twarz w rudą burzę włosów dziewczyny. - Wiem, że to nie będzie łatwe, ale będziesz musiała mi wszystko wyjaśnić, dobrze? - powiedział cicho i poczuł, że Amy skinęła lekko głową. Odsunął ją od siebie i pomógł wstać. Zostawili tam nieruchome ciało Tristana, chociaż Doctor musiał się powstrzymywać, żeby go nie skopać. Szli korytarzami powoli. - Muszę zrobić coś jeszcze. Możecie iść do TARDIS jak chcecie - odparł, ale obie jego towarzyszki od razu zaprzeczyły, więc się nie spierał. Wyglądało na to, że wszelkie zagrożenie minęło. 
    Po jakimś czasie krążenia po korytarzach Doctor znalazł to czego szukał. Już chłodne ciało dziewczynki. Wziął je na ręce i zaczął iść dalej. Nie mógł jej tak tam zostawić. Dołował go fakt, że spoczywała w jego ramionach bez najmniejszego drgnięcia. Nawet nie biło jej serce. Mimo to nie pokazywał jak bardzo przyprawia go to o dreszcze. Szedł dalej, aż wyszli na słońce. Urządzili dzielnej dziewczynie nieduży pochówek, wcześniej przynosząc z TARDIS jakąś łopatę. Ozdobili niewielkie wzniesienie z piasku kwiatami i stali nad nim przez chwilę. 
- Nie musiała ginąć - odparł Doctor do Amy. Nie chciał przeszkadzać kobiecie w opłakiwaniu córki. - Rory... Też nie - dodał, chociaż nie wiedział co się tak na prawdę stało. Ze zdziwieniem zauważył, że Rudowłosa kręci głową. 
- Zginął, bo mnie ratował. To moja wina Doctorze - powiedziała jąkając się. Ręce nadal lekko jej dygotały, ale już mniej niż na początku. 
- Nigdy tak nie mów. Gdybym pomyślał o tym ile osób przeze mnie teraz nie żyje, nie wytrzymałbym - stwierdził, przypominając sobie wydarzenia z całego dnia. - Gdzie on jest? - spytał jeszcze ciszej, starając się nie patrzeć Amy w oczy. 
- Nie wiem. Te byki gdzieś go wyniosły...
- Jak chcesz możemy go... - zaczął szatyn, ale przerwał widząc minę dziewczyny.
- Nie. To zbyt niebezpieczne. On... Nie chciałby, żebyśmy się narażali - odparła, ale Doctor wiedział, że to nie o to chodziło. Nie chciała widzieć go martwego. Przełknęła teraz ślinę i spojrzała na Władce Czasu. - Chodźmy do TARDIS. Proszę.
- Dobrze. Musimy ją odwieźć - zauważył Doctor, wskazując na matkę dziewczynki. - Nadal chcesz ze mną zostać? - zapytał jeszcze, obawiając się odpowiedzi. Na szczęście już po chwili mógł odetchnąć z ulgą.
- Nigdy z tego nie zrezygnuję - powiedziała cicho Amy i zdobyła się na uśmiech. Jedenasty pocałował ją delikatnie w czoło i zaczął prowadzić, razem z drugą kobietą do maszyny. Teraz potrzebował jej najbardziej. Ona jego też. Nie mogli się opuścić.
______________________________________________________________
Dobra, jest! Przepraszam, że tak długo, ale moja systematyczność podupadła po ostatniej przerwie. Następnym razem bardziej się postaram. Tak czy siak, mam nadzieję, że rozdział się podobał i liczę na jakieś komentarze. Mówcie co poprawić, co jest dobrze i tak dalej. 
Do następnego! ^^

niedziela, 13 marca 2016

Rozdział 11

    Doctor otworzył powoli oczy i rozejrzał się. Od razu jednak twgo pożałował, bo poczuł silny ból w skroni. Jęknął cicho. Wokół niego nadal było jasno. Powoli wracały do niego wydarzenia, sprzed zemdlenia. Wstał gwałtownie, powodując jeszcze większe zawroty głowy. Chciał wstać, ale coś pociągnęło go do tyłu. Odwrócił się i ujrzał łańcuch przyczepiony do jego ręki. Rozejrzał się jeszcze raz dokładnie. Znajdował się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Widział tam różnego rodzaju przełączniki i panele. Pogrzebał w kieszeniach, ale zabrali mu wszystko co w nich trzymał. Westchnął głośno i poczochrał się po włosach. Musiał być jakiś sposób, by uratować Amy i Lydię. Poza tym, nie miał pojęcia co się dzieje z Rory'm i resztą spotkanych ludzi. Próbował się skupić na tym co robić, ale nie mógł w żaden sposób zebrać myśli. Siedział tak dobre parędziesiąt minut zanim do pomieszczenia wkroczyła hybryda nietoperza, z podobną obstawą co wcześniej. Uśmiechał się zwycięsko, przez co Doctor miał ochotę go uderzyć, ale uniemożliwiały mu to łańcuchy. 
- Dlaczego tak nagle zdecydowaliście się zapalić światła? - spytał, mimowolnie zaciskając pięści.
- Bo już nie są nam potrzebne ciemności - odparł zwyczajnie stwór, nie przestając się uśmiechać. Nie wyglądał jakby miał zamiar wyjaśniać coś jeszcze. Podszedł za to do Doctora i spojrzał mu w oczy. - To jak Doctor? Dobijemy dziś targu? - zapytał, poprawiając noszony przez siebie kitel. W szatynie, aż buzowało od nadmiaru emocji. Spoglądał na stwora z nienawiścią w oczach. 
- Skoro tyle o mnie słyszeliście, to powinniście wiedzieć, że nie pomagam takiej zakale jak wy - syknął, ale w odpowiedzi usłyszał tylko śmiech. 
- Rzeczywiście, wiemy o tobie, aż za dużo - stwierdził kosmita i już chciał mówić dalej, ale Władca Czasu mu przerwał:
- Za to ja nie wiem o was nic. Żądam wyjaśnień!
- Niewiedza to najlepszy skarb. Nie wolisz go zachować? - spytał stwór, ale widząc jak Doctor niespokojnie porusza się w miejscu, przełamał się. - Nazywam się Tristan de Louvre i pochodzę z planety Plektrum. Mówi ci to coś? 
Oczy Władcy Czasu nagle się rozszerzyły i lustrował chwilę kosmitę wzrokiem. Nagle spoważniał i poczuł złość, która wróciła do niego ze zdwojoną siłą.
- Mówiłeś, że to ja pozwoliłem wyginąć swojemu gatunkowi - warknął kolejny raz i zapominając o uwięzi rzucił się w jego stronę, ale bezskutecznie. Cofnęło go w stronę ściany. Gatunek żyjący na tamtej planecie już dawno temu wyginął, z powodu zanieczyszczenia środowiska, głodu i wojen wewnętrznych.  Był bardzo inteligentny. Przeciętny poziom IQ osobnika wynosił dwieście. Mimo to pozwolili zniszczyć się nawzajem, co od razu skreślało ich u Doctora. Najwyraźniej ktoś przetrwał i właśnie stał przed nim. 
- Bo to prawda. Nie mówiłem, że ze mną jest inaczej - wyszczerzył się i włożył ręce do kieszeni. - Jesteś pewien, że nie chcesz współpracować? - zapytał, pewny siebie.
- Oczywiście, że nie - powiedział Doctor, ale zawahał się, co od razu wyczuł Tristan i wydawał się jeszcze bardziej zadowolony. 
- Mamy coś co należy do ciebie - stwierdził, a Władca Czasu tylko prychnął.
- Weźcie sobie ten śrubokręt - warknął, ale zobaczył w drzwiach sylwetkę, na widok której zamilkł. - Amy! - krzyknął i zaczął się szarpać. Była cała, ale czuł, że coś jest nie tak. 
- Doctor! - odkrzyknęła w jego stronę, ale nie potrafiła wyrwać się trzymającemu ją bykowi. Oddech Władcy Czasu mimowolnie przyśpieszył, gdy zobaczył jak miecz stworzenia wędruje powoli do gardła dziewczyny. 
-  Czekaj! - jęknął, a ten natychmiast wykonał jego polecenie. - Mam dwa krótkie pytania - dodał Doctor, czując suchość w gardle. 
- Pytaj śmiało.
- Pierwsze, gdzie jest Lydia? - zapytał Doctor, nie odrywając wzroku od Rudowłosej, jakby miało to oznaczać jej natychmiastową śmierć.
- Kto, przepraszam? - spytał Tristan, wyraźnie zaskoczony.
- Niewielka dziewczynka, około trzynastu lat - odparł pospiesznie szatyn, lekko poirytowany. - Była przy nas, kiedy zapaliłeś światła - dodał, a kosmita zaczął sobie przypominać o kogo chodzi.
- A, ona - powiedział krótko i wzruszył ramionami. - Nie żyje.
Doctorem wstrząsnęło i miał teraz ochotę osobiście udusić stojące przed nim stworzenie. Amy wstrzymała oddech, nie mogąc uwierzyć w obojętność tego stwora.
- Co się z nią stało? - zapytała, przez co byk złapał ją jeszcze mocniej. Jęknęła cicho. Doctor wpatrywał się w swoje dłonie, próbując poukładać myśli. Tristan kolejny raz wzruszył lekko ramionami.
- Za bardzo się kręciła - stwierdził, a Doctor wybuchł i zaczął się rzucać w miejscu.
- Wy bezduszne stworzenia! Czym ona wam zawiniła?! To było jeszcze dziecko! - krzyczał. Nawet Amelia nigdy wcześniej nie widziała, żeby tak się zdenerwował. - Czego od nas chcecie? - spytał wolniej, łapiąc oddech.
-  Wystarczy, że oddasz nam swoją moc - powiedział stwór i uśmiechnął się półgębkiem. - Dokładniej swoją krew. To ostatnie czego nam potrzeba.
Amy chciała coś krzyknąć, ale poczuła jak uścisk jeszcze bardziej się na niej zaciska, więc ucichła i wpatrywała się przerażona w Władcę Czasu.
- Do czego wam ona? - warknął on, na co kosmita pokręcił głową z dezaprobatą.
- Doctor, Doctor... Grzeczniej proszę. Długa historia - pewna mikstura, umożliwiająca jedną rzecz. Zmianę tego tępego gatunku w nas - wyjaśnił, szczerząc się sam do siebie.
- Ja uważam, że oni są całkiem sympatyczni - powiedział Doctor, starając się zachować spokój. - Jeśli pozwolę ci się zabić, oni i tak wyginą, więc co to dla mnie za różnica? Poza tym, jestem zakuty. Mógłbyś mnie zabić teraz gdyby nie chodziło o coś więcej.
- Bystry jesteś. No, do pewnego stopnia. Na prawdę nie wiesz na czym polega ten wywar?
Szatyn otworzył nieznacznie usta i zaczerwienił się lekko, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia. Tristan zaśmiał się głośno i demonstracyjnie.
- Musisz sam się zabić, mój drogi.
- Co to za różnica? - spytał Doctor, zdezorientowany. Przecież kosmos to nadal nasza rzeczywistość. Magia nie wchodzi w grę.
- Taka, że to nie może być skażone naszym DNA, ani niczym innym - odparł kosmita, dzięki czemu Władca Czasu zaczynał już powoli rozumieć. Jednego tylko nie wiedział.
- Co z resztą ludzi? - zapytał, ale przeczuwał już jaka jest odpowiedź.
- Schwytaliśmy ich. Są nam potrzebni.
Doctor przytaknął, bo spodziewał się takiej odpowiedzi. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Mam pomysł, załóżmy się. Jeśli wygrasz zabiję się - zaczął Doctor, zdając sobie sprawę z wagi jego słów. - Jednak jeśli przegrasz wypuścisz nas wszystkich.
Po krótkim namyśle kosmita przytaknął. Władca Czasu został rozkuty, ale wciąż pilnowały go byki.
- Kim oni w ogóle są? - zapytał spoglądając na nie kątem oka.
- Gatunkiem z odległej planety - powiedział Tristan, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie nazwę ich gatunku. W którymś momencie tylko wzruszył ramionami. - Za niewielką opłatą postanowili mi pomóc - dodał, z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Stali na przeciw siebie przez chwilę badając się wzrokiem. W końcu byli na równi, co Doctora bardzo ucieszyło.
- Więc rozjaśnił mi trochę twój pomysł - odezwał się ponownie kosmita.
- Po prostu, daj mi jakieś zadanie, a ja dam jakieś tobie - odparł szatyn, z wrogością w oczach.
- Proszę bardzo, mój drogi. Zacznij w takim razie.
Doctor miał już przygotowane w głowie zadanie, więc wypalił czym prędzej:
- Zabij się - poczuł, że mimo pewności, głos mu zadrżał. Był pacyfistą, ale bardziej zależało mu na Amy niż na tym stworzeniu. Poza tym nie szanował ludzi. Nawet nie znał ich imion. Myśląc o nieruchomym ciałku trzynastoletniej dziewczyny, którą tak niedawno poznał, jeszcze bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze robi. Tristan stał chwile, a uśmiech spełzł mu z twarzy. Jednak nagle wyjął spod białego płaszcza pistolet. Doctor już myślał, że to będzie prostsze niż myślał, ale się przeliczył. Kosmita rzucił do niego broń.
- To ty pierwszy wykonaj swoje zadanie. W końcu jak umrę to nie będę mógł ci go dać - powiedział i spojrzał ukradkiem na Amy. - Zabij ją - dodał tak spokojnie, że Władcą Czasu lekko zatrzęsło. Brał taką opcje pod uwagę, kiedy proponował ten zakład. Nigdy nie pokazywać innym swoich słabości - myślał, ale mimo to zdawał sobie sprawę, że nie da się tak. Wziął w rękę pistolet i podszedł do Rudowłosej. Ona oddychała ciężko, ale sprawiała wrażenie jakby się nie bała. Doctor złapał ją za rękę i odciągnął od byka, który za poleceniem Tristana wypuścił ją. Od tyłu owinął lekko ramię wokół jej szyi, ale nie zaciskał go. Dziewczyna czuła jego ciężki oddech na karku.
- Spokojnie - wyszeptał i chwycił mocniej pistolet. Amy przełknęła ślinę, nie będąc pewna co zamierza Doctor. - Kiedy ci powiem, biegnij przed siebie. Nie odwracaj się - polecił jej tak cicho, że mimo, iż dzieliły ich tylko milimetry, ledwo go usłyszała. Doctor podniósł broń i przystawił na chwilę do jej boku i odczekał chwilę.
- Co jest z tobą nie tak? - zapytał w końcu głośno, głosem pełnym emocji.
- Nie rozumiem.
- Kto normalny daje wrogowi broń palną, kiedy on stoi parę metrów od niego? - to było bardziej stwierdzenie niekompetencji kosmity, niż pytanie. Mimo to, ten jakoś szczególnie się nie zmartwił.
- Po pierwsze te kule nie działają na mnie. Powinieneś wiedzieć, że żeby zabić mieszkańca Plektrum, trzeba mieć minerał pochodzący z innej planety. To co jest w pistolecie, to kule zachowane jeszcze z mojego domu. Ojciec był międzygwiezdnym żołnierzem, miał tego trochę.
- Pomysłowe - stwierdził Doctor, oglądając dokładnie trzymane w ręku narzędzie. - Na wojnie nie mogliście powystrzelać się nawzajem - zauważył. Nie przejmował się tym szczególnie. Od początku miał inny plan.
- Dokładnie, ale kontynuując, zauważyłem podczas moich obserwacji, że nie masz za dużej chęci mordu. No i wtedy byś nie wygrał zakładu, a podejrzewam, że twój honor jest za duży - stwierdził, ale ręka Doctora już lekko drgała.
- Są w życiu rzeczy ważniejsze od honoru - powiedział Władca Czasu cicho i podniósł szybko pistolet. Wystrzelił, ale nie trafił kosmity. Nie miał nawet takiego zamiaru. Kula poleciała dalej i spowodowała wybuch pojemnika z prochem. Rzuciło wszystkimi do tyłu, ale Doctor osłonił Amy, biorąc większą część siły wybuchu na siebie. Stali dość daleko, a do tego, Władca Czasu od razu jeszcze bardziej się odsunął, dzięki czemu nadal żyli, chociaż nieźle poturbowani. Szatyn obejrzał pospiesznie dziewczynę, po czym delikatnie, ale szybko podniósł ją do pozycji stojącej. Obmiótł wzrokiem pokój i rzucił się po jego własność. Schował śrubokręt do marynarki. Amy była ranna w paru miejscach, ale nie mogli tam pozostać, więc Doctor wypchnął ją z pomieszczenia. Biegł ile sił miał w nogach, trzymając ją za nadgarstek. Nie miał pojęcia co robić dalej. Musieli teraz uciec stamtąd, pokonać Tristana i jego armie, a potem uratować jeszcze świat.
    W końcu znaleźli drzwi, które Doctor zapamiętał jako wejście do więzienia. Otworzył je i ujrzał ludzi, których spotkał tam wcześniej. Odetchnął z ulgą. Rory rzucił się ku swojej żonie i przytulił ją mocno, przez co ona nieznacznie jęknęła. Mężczyzna szybko się odsunął i dopiero wtedy zauważył, że jest ranna.
- Co się stało? - zapytał, a Amy tylko sztucznie się uśmiechnęła.
- Potem ci wyjaśnię - odparła i potargała mu włosy. - Co teraz robimy? - zapytała Doctora, który starał się skupić na czymś innym niż oni i pomagał reszcie ludzi.
- Musimy odnaleźć te ich miksturę. To znaczy, ja muszę. Wy możecie iść już do wyjścia - powiedział, a Rudowłosa od razu pokręciła głową.
- Nie po to siedziałam tu tyle czasu, żeby teraz nie pomóc ci ich zniszczyć - mówiła cicho, poważnie, głosem nie znoszącym sprzeciwu. Szatyn podszedł do niej i pocałował w czoło. Zdążył już zrozumieć, że nie da się powstrzymać tej szalonej dziewczyny. Uśmiechnął się, co ona odwzajemniła i wyprostowała się, jakby gotowa do walki.
- Moja niemożliwa Amelia Pond - zaśmiał się Doctor i wyjął z jakiejś kieszeni kolejną maść. Miał ich naprawdę dużo. W końcu podróżuje po wszechświecie już tyle lat. Ratował tyle gatunków. Odwdzięczały się na różne sposoby. Niezwykle często środkami leczniczymi. - Mamy trochę czasu, posmaruj tym rany. Po godzinie powinny zacząć zanikać.
    Tymczasem on oglądał ludzi, którzy nic nie mówili. Wymieniali z nim tylko wdzięczne uśmiechy. Kiedy skończył ruszyli nie za szybko dalej korytarzem. Nagle jedna z kobiet zapytała cicho co się stało z Lydią. Doctor zatrzymał się gwałtownie i zacisnął pięści, a Amy zamknęła oczy. Tylko oni wiedzieli.
- Ona... Nie... - zaczął Władca Czasu, ale kobieta już zaczęła cicho płakać. - Przepraszam - jęknął Doctor, czując, że ma wilgotne oczy. Zdawał sobie sprawę, że ona zginęła tylko dlatego, że zaczynało mu na niej zależeć. Na jej bezpieczeństwie. Zdawał sobie też sprawę, że z Amy może się stać kiedyś to samo. Mimo to nie potrafił się od niej uwolnić. Nawet jak próbował dać jej normalne życie.
- Co dokładnie musimy teraz zrobić? - spytał Rory, przerywając ciszę.
- Odprowadzić ich w bezpieczne miejsce, a potem znaleźć te całą miksturę tych stworzeń i ją zniszczyć.
    Dziwnie bezproblemowo wydostali się z twierdzy i dobiegli do TARDIS. Władca Czasu przejechał palcami po panelu kontrolnym. Amy poszła się trochę odświeżyć i wróciła z mokrymi włosami i w świeżych ubraniach. Podeszła do Doctora, chcąc z nim porozmawiać.
- Jakiś plan? - spytała, opierając się o panel maszyny.
- Odstawię ich teraz do ich domów. Potem tu wrócimy, odnajdziemy miksturę i coś z nią zrobimy. Weź ze sobą co uważasz - wyjaśnił pokrótce i spojrzał na dziewczyną z troską. - Na pewno nie boisz się tam wracać? - zapytał i zaczął bawić się kosmykiem jej jeszcze wilgotnych włosów.
- Teraz ty jesteś przy mnie. Nie mam się czego bać - stwierdziła, co niezwykle zabolało siedzącego z boku Williamsa. Wstał i podszedł do niej.
- Też tu jestem - zauważył ze złością w oczach.
- Nie o to mi chodziło, Rory - odparła Amy, zdenerwowana jego zazdrością. - Nie przesadzasz? - dodała, co jeszcze bardziej ukłuło mężczyznę. Doctor skupił się na wpisywaniu kolejnych koordynat, żeby porozwozić ludzi.
- Nie, nie przesadzam. Zapominasz o mnie, też tam byłem! Też cię ratowałem! Tylko potem Doctor kazał mi odprowadzić bezpiecznie tych ludzi...
- Udało ci się? - zapytała Amy ironicznie.
- Dajcie spokój. Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż wasze kłótnie - warknął Władca Czasu. - Pani gdzie mieszka? - zapytał kolejnej kobiety.
- Pomogę wam. Lydia... była moją córką - powiedziała cicho, ale stanowczo, a Doctor pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Odpocznijcie. Ruszamy z rana - odparł, na co wszyscy się rozeszli. On sam rzucił się na łóżko w swoim pokoju i ze złością uderzył parę razy w poduszkę. Tyle razy kogoś tracił, coś mu się nie udawało, a mimo to za każdym razem bolało równie mocno. Zasnął, wpatrując się w sufit, z łzami na policzkach. Tak, ostatnio zdecydowanie za często płakał.
______________________________________________________________
Dobra, skończone! Liczyłam, że napiszę to choć trochę szybciej, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że nie jest, aż takie słabe jak mi się wydaje, że jest :P Piszcie komentarze, proszę. To motywuje i dzięki nim wiem, co mam poprawić.

Tak czy siak, do kolejnego rozdziału! ^^

sobota, 5 marca 2016

Info #2 - tym razem dobre

Laptop wrócił przed czasem i teraz będę pisać jak głupia. ^^ Kolejny rozdział powinien pojawic sie jakoś w przyszłym tygodniu - najszybciej jak się da!
To do kolejnej notki!