piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 6

    Budząc się, Amy zasłoniła sobie twarz dłońmi, a przyzwyczajając się do światła słonecznego, zdała sobie sprawę, że nie leży tam gdzie zasnęła. Przetarła rękoma powieki i podniosła głowę, żeby się rozejrzeć. Leżała na ziemi, a raczej na niewielkiej stercie koców. Obok siedział Doctor i rozmawiał z jakimś żołnierzem, który nagle zauważył jej pobudkę i wskazał na nią głową. Szatyn od razu się odwrócił i uśmiechnął do dziewczyny.
- Jak się spało? - zapytał i poczochrał sobie włosy w zakłopotaniu. - Nie miałem nic innego, ale lepsze to niż spać na ziemi, więc cię tu przeniosłem.
Ruda usiadła koło niego i odwzajemniła uśmiech. Prostując się odczuła skutki spania na ziemi, ale nie skarżyła się.
- Dzięki, nie tak źle - odpowiedziała i rozejrzała się dookoła. - Co właściwie macie zamiar zrobić? - zapytała, przypominając sobie o Rory'm.
- Obronić budynek i uratować twojego narzeczonego - stwierdził krótko Doctor i rozciągnął się.
- Mówiłeś, że masz plan! - zauważyła Amy, ale samo spojrzenie mężczyzny dało jej do zrozumienia, że on go ma, ale jeszcze go nie określił. Mimowolnie się uśmiechnęła, ale czuła się teraz mniej pewnie.
- Uratuję go - szepnął po raz nie wiadomo który szatyn i pocałował ją w czoło. Potem wstał i poszedł do generała. Amy także się podniosła, masując obolałe plecy. Nie miała pojęcia co robić. W końcu spotkała River i przywitała się. Jednak nie dane im było porozmawiać, bo nagle ktoś zawołał kobietę i ona przepraszając Amy, poszła zobaczyć o co chodzi. W końcu Ruda po prostu usiadła w swoim wczorajszym miejscu, czując niezwykle drażniąco bezsilność. Nie miała jak pomóc i nie była do niczego potrzebna. Nagle koło siebie zobaczyła tego samego bruneta co wczoraj i spojrzała na niego pogardliwie.
- Czego znowu chcesz? - warknęła, nie spuszczając go z oczu. Zdziwiła się kiedy mężczyzna złapał ją silnie za ramie i zbliżył swoją twarz do jej, patrząc jej w oczy.
- Mam przez ciebie problemy, zadowolona? - syknął, ale Amy od razu się wyrwała.
- Bardzo - odparła dziewczyna oschle i odsunęła się, starając się nie pokazywać, że jest przestraszona.
- Pożałujesz tego - dodał jeszcze brunet cicho i odwrócił się na pięcie. Kiedy odszedł kawałek, Amelia złapała się za ramię i przez chwilę zastanawiała się czy mówić o tym Doctorowi, ale nie chciała wyjść na słabą. Nie bała się. Przynajmniej tak jej się wydawało.

***

    Minęły jeszcze jakieś dwie godziny, zanim coś zaczęło się dziać. Z nieba zaczęły nadlatywać pojedyncze statki kosmiczne, a żołnierze od razu zabrali się za strzelanie do nich. Przypominało to bardziej grę video niż prawdziwą bitwę. Mimo to Doctor pobiegł do Amy i pociągnął ją za sobą do wnętrza budynku i wbiegł do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia. 
- Zostań tu - powiedział stanowczo, patrząc jej w oczy. - Parę osób wyruszyło wczoraj na zwiady. Wiemy gdzie jest Rory i kilku innych porwanych ludzi. Idziemy go odnaleźć, ale zapamiętaj, bo to ważne! Zostań tu i nie otwieraj nikomu. Ja mam śrubokręt, sam sobie otworzę. 
- Ale... - jęknęła dziewczyna, która za wszelką cenę, chciała się na coś przydać.
- Proszę, Amy... - głos Doctora ściszył się o pół tonu, a Ruda znowu poczuła jego dłoń na swojej i nagle spokój ogarnął całe jej ciało. Pożegnała go półuśmiechem i usiadła w kącie, czekając na jego powrót.

***

    Doctor wraz z resztą wojska przebiegli przez kolejne parę pięter, gdy nagle ich dowódca zatrzymał się, powodując efekt domina. Władca czasu wyszedł na przód, by zobaczyć co się stało. Stało przed nimi trzech Cybermanów, którzy najwyraźniej nie byli przyjaźnie nastawieni do ludzi. Za Doctorem stanęło paru żołnierzy, mierząc w roboty z broni, ale szatyn powstrzymał ich od razu. 
- Witam - powiedział donośnym głosem w stronę Cybermanów. - Nie macie szans. Mamy znacząco przewagę liczebną. Pokażcie nam gdzie trzymacie ludzi, a nikt nie ucierpi!
Jednak jedyną odpowiedzią jaką dostał, było natarcie na nich, przez istoty. Żołnierze od razu ich zestrzelili, na co sam Władca czasu nie zareagował przychylnie.
- Co wy żeście zrobili?! Jak my teraz znajdziemy tych ludzi? - jęknął i zaczął badać śrubokrętem 'ciała' Cybermanów. Znalazł w nich coś dziwnego, co bardzo go zaciekawiło. W każdym po jednym. Schował tajemnicze chipy do kieszeni i ruszył do przodu.
- Teraz będziemy musieli się rozdzielić i przeszukać wszystkie pomieszczenia na tym piętrze - dodał Doctor, jakby będąc myślami gdzie indziej. Zastanawiał się nad przeznaczeniem tych małych urządzeń. Po chwili wyszedł z zadumy. - No dalej! Podzielcie się po trzy osoby i ruchy! 
    Poczekał chwilę i wraz z dwójką żołnierzy zabrał się za przeglądanie każdego pomieszczenia. Trwało to może piętnaście minut, gdy nagle usłyszał okrzyk z drugiego końca piętra. Pobiegł tam i zobaczył jak na ziemi leży paru nieprzytomnych ludzi. Jednak nigdzie nie było Rory'ego. Przeklął pod nosem, po Gallifreyańsku i wybiegł z pokoju. 
- Dajcie im to - odparł i rzucił butlę z jakimś płynem. - Za pół godziny powinni się obudzić. To tylko środki usypiające. Oddychają.
Gdzie on jest?! Nie mogę jej zawieść! Znowu... myślał gorączkowo, ale nie dawał nic po sobie poznać. Przeszukiwał dalsze pokoje, aż w końcu znalazł. Czysto teoretycznie, to czego szukał. Bezwładne ciało Rory'ego leżało na podłodze. Rzucił się ku niemu i zbadał je śrubokrętem. To było dziwne, bo nie było na nim żadnych odczytów. Rozejrzał się dookoła, szukając jakiejś podpowiedzi, ale już nic nie rozumiał. Nagle poczuł jak odpycha go czyjaś silna ręka. Koło leżącego pojawił się dowódca, który właśnie sprawdzał czy oddycha, a po chwili zaczął resuscytacje. Doctor skulił się z boku. Myślał co zrobił źle, co poszło nie tak. Rozważał alternatywne zakończenia tej sytuacji. Gdyby wtedy dalej gonił tego Cybermana, gdyby szybciej zaczął poszukiwania...
- Doctorze, on... - zaczął dowódca, ale przerwał mu pełen rozpaczy krzyk szatyna:
- Ale co mu, do cholery jest?! - po tym kopnął z całej siły w stojącą obok szafkę, która otworzyła się gwałtownie, ukazując zestaw dziwnych strzykawek, o jeszcze dziwniejszych kolorach. Spojrzał szybko na Rory'ego i zrzucił wszystko z sąsiedniej szafki. - Co oni ci zrobili? - powiedział sam do siebie, opierając się na łokciach o mebel i powoli się uspokajając. Spytał cicho o jakiś karton lub pudło, a dostając je, schował do środka wszystkie strzykawki. Podszedł jeszcze do ciała Rory'ego i zacisnął pięści z bezsilności. 
- Zabierzcie je ze sobą, ona... pewnie chciałaby je pochować - odparł cicho, siląc się na beznamiętność i zaczął się wspinać po schodach, a za nim reszta, pomagając rannym i otępionym lekami nasennymi. Przez całą drogę zastanawiał się co powie Amy. Nie umiał nawet wytłumaczyć co się stało. Kiedy weszli na wyższe piętro, postanowili sprawdzić jeszcze pomieszczenia, które się tam znajdowały. Doctor znowu zarządził, żeby się podzielić. Wtedy wszyscy się rozeszli, ale nie trwało to długo, bo z ich prawej strony coś wybuchło z niezwykłą siłą. Prawdopodobnie bomba, która wyczuła ich obecność. Większość osób, a w tym Doctor upadło na ziemie. Niektórzy od razu wstawali tylko lekko obolali i próbowali ugasić ogień oraz znaleźć źródło wybuchu. Na szczęście, ściany zostały tylko lekko naruszone, w niektórych miejscach.
    Doctor leżał przez chwilę na ziemi, z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi zębami. Próbował się choć trochę unieść, ale coś piekielnie zabolało go po lewej stronie ciała. Mimowolnie krzyknął z bólu. Spróbował obrócić głowę w tamtą stronę i przerażony odkrył, że jakiś pręt na wylot przebił mu miejsce koło lewego obojczyka. Jęknął, gdyż ból się nasilał. W końcu krzyknął prosząc o pomoc. Podbiegł do niego jeden z żołnierzy, który zaczął czymś smarować miejsce w okolicy rany.
- Gdzie Greg? - zapytał Doctor, przez zaciśnięte zęby, nie otwierając oczu.
- Dowódca nie żyje - powiedział słabo człowiek. - Uważaj, to nie będzie przyjemne - dodał i skrzywił się na samą myśl. Złapał za pręt i umiejętnie go wyciągnął, powodują kolejny przeszywający krzyk Doctora. Łzy napłynęły mu do oczu, a prawa dłoń odruchowo powędrowała do okolic rany. Po niedługim czasie opanował oddech, a ból zaczął ustawać. Głównie dzięki maści, którą dalej wcierał mu w ramię mężczyzna. Potem obandażował je i pomógł usiąść władcy czasu.
- To tylko prowizoryczny opatrunek, więc trzeba cię szybko przenieść na górę. Tak jak resztę rannych.
- A co z martwymi? Dużo ich jest? - wypytywał szatyn, myśląc o Rory'm.
- Trójka martwych, a dwóch zaginionych - odparł szybko żołnierz, lekko się garbiąc.
- Kto zaginął?
- Żołnierz i... - zaczął mężczyzna, ale zatrzymał się, patrząc niepewnie na Doctora.
- Kto?! - pośpieszył go władca czasu, chociaż już podejrzewał odpowiedź.
- I ten człowiek, którego znaleźliśmy martwego...
Doctor wstał gwałtownie i walnął prawą pięścią w ścianę. Wciąż czuł ból, w ramieniu, który wcale się nie pomniejszał.
- Bierzcie rannych i idziemy - zarządził po chwili i ruszył do schodów.

***

    Amy siedziała cicho w rogu. Co jakiś czas coś wybuchało, ale podejrzewała, że to bomby ze statków kosmicznych. Dopiero gdy jeden wybuch usłyszała wyraźnie pod sobą, poruszyła się niespokojnie. Następstwem tego był niezwykle głośny krzyk Doctora, który spowodował, że dziewczyna poderwała się z podłogi i podbiegła do drzwi. Przysunęła się do nich i zaczęła nasłuchiwać. Po krótkiej chwili, dało się słyszeć kolejny krzyk, który dziewczyna mimowolnie odwzajemniła.
- Doctor! - wydarła się i uderzyła w drzwi, siląc się by zachować spokój. Osunęła się na ziemie i usiadła przed drzwiami przerażona. Bała się. Czekała kolejne parędziesiąt minut, zanim drzwi same się otworzyły, a zza nich wychylił się rozczochrany szatyn. Amy wstała pośpiesznie i przyjrzała się mu. 
- Co ci się stało? - zapytała, patrząc szeroko otwartymi oczami na jego ranę. 
- Przepraszam - jęknął tylko cicho mężczyzna, a wzrok dziewczyny przeniósł się na jego oczy. Odsunęła się lekko, domyślając się co się stało. - J-ja... próbowałem! Nie chciałem tego - Doctor próbował się tłumaczyć i podejść do Amy, ale ta odsuwała się coraz bardziej. 
- Co się stało? - spytała przełykając ślinę. 
- Rory, on... - zaczął Doctor, opuszczając głowę.
- Nie! - krzyknęła Ruda i usiadła na podłodze, ukrywając twarz w dłoniach. Była zrozpaczona - płakała i siliła się, żeby nie zacząć krzyczeć. Szatyn od razu usiadł naprzeciwko niej i złapał ją za ramiona. 
- Amy! Spokojnie, ja... - próbował ją pocieszyć, ale nie potrafił.
- Gdzie... Gdzie jest jego... - dziewczyna próbowała się wysłowić, ale nie umiała wypowiedzieć słowa ciało. Nie mogła się z tym wszystkim pogodzić. Doctor jednak domyślił się o co jej chodzi i na sekundę odwrócił wzrok, zastanawiając się jak jej to wytłumaczyć, ale to go zgubiło.
- Co się z nim stało? - jęknęła Rudowłosa, gdy nagle poczuła dłoń Doctora na swojej i szybko ją wyrwała. - Nie chcę się uspokajać. Nie tym razem - odparła szybko przez łzy, a szatyn posłusznie się odsunął i zaczerpnął powietrza.
- Zaginęło wraz z ciałem pewnego żołnierza po wybuchu...
- Ale... - Amy próbowała to sobie uświadomić, ale w końcu po prostu skuliła się i zaczęła dalej szlochać, chowając twarz w ramionach. Władca czasu chciał ją jakoś przytulić, pomóc jej, ale do pomieszczenia weszła River, złapała go za zdrowe ramie i wyprowadziła na zewnątrz.
- Coś ty zrobił?! - warknęła w jego stronę, ale widząc niczym nie skrywany smutek na jego twarzy, złagodniała. Objęła go lekko, ale on nie miał nawet siły, żeby odwzajemnić ten gest. Wyszedł na dach, rozejrzał się po pobojowisku i usiadł na kocach, na których wcześniej leżała Amy. Także ukrył twarz w rękach, ale nie płakał. To nie było do niego podobne. Po prostu siedział w ciszy i zastanawiał się nad tym co zrobił źle. Potem podszedł do jednego ze starszych żołnierzy, który najwidoczniej chciał opanować wszystkich, po śmierci ich generała. Zbierał wszystkich i wysyłał kolejno na zwiady wokół budynku i w jego środku, żeby sprawdzić czy aby na pewno wszyscy Cybermani zostali wybici.
- Macie pewność, że to jedyna salwa? Nie ma ich więcej? - zapytał Doctor, przybliżając się do sondy.
- W obszarze najbliższych stu kilometrów nie widać żadnych oznak czyjejkolwiek obecności.
- Więc ja będę się zbierał. Muszę jeszcze przepadać parę rzeczy na TARDIS. I odwieźć kogoś do domu... Póki oddycha.
- Nie zrobisz tego - usłyszał za sobą szatyn i od razu się odwrócił. Stała za nim River z założonymi na krzyż rękoma. - Nie potrafisz... Przyznaj się do tego.
- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? - warknął mężczyzna, podchodząc do niej.
- Znam cię dość długo... Pewnie już nieraz tak mówiłeś...
- Ale... To inna sytuacja! Ona mogła też zginąć i za dużo już straciła! - zapierał się Doctor włożył ręce do kieszeni.
- Pierwszy raz?
Po tym władca czasu zamilkł i odszedł w drugą stronę. Tymczasem do River podszedł starszy żołnierz.
- Jaki to miało cel? - zapytał patrząc za odchodzącym szatynem.
- Teraz na pewno odstawi ją do domu - odparła cicho doctor Song i także odeszła w inną stronę, zostawiając żołnierza samego.
     W tym czasie Amy próbowała zatrzymać samoistnie spływające jej po policzkach łzy. Siedziała skulona w samym rogu pomieszczenia, między ścianą, a biurkiem. Nagle na jego progu zauważyła znajomego mężczyznę. Był to ten żołnierz, który jej groził. Amy wstała pośpiesznie, starając ukryć, że się boi. Przylgnęła do ściany, a widząc, że mężczyzna się do niej zbliża, zaczęła krzyczeć. Ten podbiegł do niej szybko i zatkał jej usta ręką. Amy próbowała mu się wyrwać, jednak bezskutecznie. Kopnęła go nawet w piszczel, ale brunet tylko lekko cofnął tą nogę i jeszcze bardziej się wkurzył. Widząc to, dziewczyna próbowała udawać, że ją to nie rusza. Tylko dlaczego to nie było takie proste? Szarpała się mocno, dopóki nie zauważyła, że mężczyzna wyjmuje zza pasa nóż. Zastygła przerażona w bezruchu i patrzyła na narzędzie szeroko otwartymi oczami, do których zaczęły napływać jej łzy. Najzwyczajniej w świecie się bała i nie mogła już nic na to poradzić. Nóż zbliżał się do jej twarzy powoli, ale dla Amy ten czas mijał niezwykle szybko.  Złapała dłonią za rękę z bronią, ale ta szybko się wyrwała i zacięła nożem skórę na policzku dziewczyny. Spłynęła po nim niewielka strużka krwi.
- Proszę, nie rób więcej problemów... - odparł znudzony mężczyzna, obracając w dłoni swój nóż. - I tak sobie z tobą poradzę - dodał, szepcąc jej do ucha, ale Amy jeszcze bardziej zaczęła się wyrywać. Nie, nie miała zamiaru umierać, tak po prostu poddając się. Pchnęła korpus mężczyzny najmocniej jak mogła, ale ten tylko lekko się odsunął i złapał oba jej nadgarstki, dzięki czemu ona mogła znowu krzyknąć. Tym razem krzyczała konkretne słowo - Doctor. Brunet nie za bardzo wiedząc co robić. W jednej ręce trzymał obie jej dłonie, a drugą podstawił jej nóż do gardła, powodując, że Amy ucichła i w grobowej ciszy czekała, co on zrobi. Rozglądał się dookoła, patrząc czy ktoś jej nie usłyszał. Gdy po dłuższej chwili nikogo nie zobaczył, powoli odsunął nóż, żeby bezpiecznie zbliżyć się do Rudej. Ona nie mogła nawet go spoliczkować, bo miała związane ręce, a bała się, że jeśli spróbuje go kopnąć, źle się to dla niej skończy. Po prostu kręciła się na boki, marząc, żeby ściana za nią magicznie zniknęła. Zamknęła już oczy, powoli godząc się ze swoim losem, gdy nagle do pomieszczenia wbiegł Doctor, podbiegł do mężczyzny, odciągnął go od Amy i uderzył prawą pięścią, najmocniej jak umiał w szczękę. Brunet upadł do tyłu i jęknął z bólu. Amy osunęła się na kolana, a łzy kolejny raz mimowolnie spłynęły po jej policzkach. Podniosła na chwilę wzrok. Jeszcze nigdy nie widziała tak rozwścieczonego Doctora.
- Jeszcze raz się do niej zbliżysz... - warknął cicho, kopiąc go pogardliwie, ale mocno w żebra. - A osobiście przypilnuję, żeby cię przywiązali na łańcucha do drzewa i karmili raz na tydzień! - ostatnie słowa krzyknął. Nie rozumiał jak można było być takim człowiekiem. Szatyn mruknął jeszcze coś tuż przy jego uchu i już chciał odejść, ale odwrócił się i jeszcze raz kopnął go - tym razem w brzuch. Kiedy brunet zwijał się i jęczał z bólu, przywołując tym nowego przełożonego, Doctor rzucił się w stronę Amy. Słyszał za sobą, jak wynoszą tego dupka z pomieszczenia, ale nie zwracał już na to uwagi. Wpatrywał się przerażony, w zapłakaną twarz dziewczyny i przysunął ją do siebie, tak że stykali się czołami.
- Zrobił ci coś? - zapytał szatyn, starając się mówić spokojnie. Rudowłosa pokręciła lekko głową.
- Nie zdążył - odparła cicho, ochrypłym głosem. Władca czasu zaczął gładzić jej dłoń, a ona powoli się uspokajała. W ciszy, przy swoim 'obdartym' Doctorze.
- Przepraszam, że nie przybiegłem wcześniej, ja...
- Nie tłumacz się - powiedziała szybko Amy, odsunęła się i przetarła rękawem twarz. - Nic mi nie jest.
Jednak Doctor nie był przekonany. Złapał ją pod ramionami, żeby pomóc jej wstać. Ona złapała za jego plecy i pozwoliła mu ją lekko unieść. Kiedy stała już twardo na ziemi, szatyn chciał ją puścić, ale ona złapała go mocniej.
- Amelia... Musimy pogadać... Przy mnie nie jest bezpiecznie - zaczął Doctor cicho, ale dziewczyna złapała go za marynarkę, tak jakby miała w planach nigdy go nie puszczać.
- Nie, proszę! Nie zostawiaj mnie teraz! Nie teraz, nie samą! - błagała, trzymając go i jego ciepło najbliżej siebie, jak mogła.
- Ale Amy, ja...
- Proszę! - jęknęła. - Jestem sama! Ciocia już i tak nie ma czasu się mną zajmować, wielu przyjaciół nigdy nie miałam, a Rory nie żyje! - pierwszy raz wypowiedziała na głos te słowa, zdając sobie w końcu sprawę co one znaczą. - On był jedyną osobą, której na mnie na prawdę zależało...
Doctor wpatrywał się chwilę przed siebie i objął mocniej dziewczynę.
- Nie mogę - odparł w końcu, zrezygnowany. - Odwiedzę cię co jakiś czas - dodał próbując ratować sytuacje. Odsunął się od Amy, zmuszając ją do puszczenia go. Zrobiło jej się słabo i zaczęła osuwać się z powrotem na ziemie, ale Doctor złapał ją szybko. Tak jak kiedyś, w Paryżu, włożył jedną rękę pod jej plecy, a drugą pod kolana i podniósł ją w ramionach. Była lekka, jak zwykle, nawet pomimo lekkiego bólu w lewej ręce. Pomyślał, że dobrze, że wziął już leki przeciwbólowe i parę maści na ranę. Rudowłosa na początku odchyliła głowę, ale po chwili spojrzała na jego lekko nieobecną twarz i oparła głowę na jego ramieniu. Tym razem świadomie. Szepnęła kolejny raz Proszę, ale Doctor starał się już jej nie słuchać. Przeszedł z nią w ramionach po schodach, chociaż nie było łatwo. Motywował go jej ciężki oddech, który słyszał po swojej prawej stronie. Na zewnątrz zobaczył River, która od razu podbiegła do nich i zaczęła wypytywać o na wpół przytomną Amy, która wciąż spoczywała w jego ramionach. Myśląc, że zasnęła, szatyn po cichu tłumaczył wszystko blondynce.
- Może... Powinieneś przy niej zostać? - zapytała, gładząc rude włosy dziewczyny.
- Nie - odparł beznamiętnie Doctor. - Muszę ją odstawić do domu, póki jeszcze w ogóle oddycha - dodał, delektując się równomiernym oddechem Amy.
- Nie mówię, że masz ją dalej wozić po wszechświecie. Po prostu... Może zostań przy niej póki się po tym wszystkim nie otrząśnie.
Mężczyzna przełknął ślinę, ale nic nie odpowiedział. Ułożył Amy, w bezpiecznym miejscu w TARDIS i przykrył kocem. Wpisał szybko koordynaty jej domu i przypilnował, żeby za bardzo nimi nie zatrzęsło. Wziął ją jeszcze raz na ręce, nie ściągając z niej koca, ale ona obudziła się i spojrzała mu w oczy.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała, bojąc się odpowiedzi.
- W domu... Twoim domu - powiedział cicho i wniósł ją do jej pokoju. Położył ją na łóżku i cofnął się do TARDIS.
- Do zobaczenia, Pond - pożegnał się bardzo cicho i zamknął za sobą drzwi maszyny. Amy wstała gwałtownie, próbując zbagatelizować zawroty głowy i uderzyła w drzwi od wehikułu czasu.
- Nie zostawiaj mnie! Proszę! - krzyczała, ale budka już zanikała na jej oczach. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona sama osunęła się na kolana. Przecież była taka silna. Potrafiła ukrywać emocje, nie zachowywała się jak teraz. Nie siedziała załamana na podłodze. Jednak teraz nie miała dla kogo być silna. Wszyscy ją opuścili. Siedziała w ten sposób przez bardzo długi czas, zanim podniosła wzrok na okno. Wstała, przecierając rękawem twarz i usiadła na łóżku. Otworzyła szafkę i wyjęła z niej swój pierścionek zaręczynowy. Po chwili jednak schowała go z powrotem, czując jak bardzo boli ją w klatce piersiowej i wyjęła jedną ze starszych kukiełek Doctora jakie zrobiła.
- Będę czekać - powiedziała do siebie, zamykając oczy. - Na ciebie, bo ty zawsze wracasz - dodała do siebie i położyła się na swoim łóżku i wpatrywała w sufit, póki nie zmorzył jej sen.
_______________________________________________________________________
Jak myślicie? Co się stanie z Rory'm? Ci co oglądali kiedykolwiek sezony 5-6 Doctora Who, pewnie już się domyślają :P Dziękuję tym, którzy wciąż mnie czytają i mam nadzieję, że rozdział wam się podobał. Spokojnie, w kolejnym rozdziale będzie się powoli wyjaśniać cała ta historia z chipami, dziwnymi substancjami i Cybermanami. Do zobaczenia w kolejnych postach! ^^

czwartek, 28 stycznia 2016

Rozdział 5

Wiem, wiem! Miały być 3 komentarze i rozdział, ale chyba sama nie wytrzymam xD Dwie osoby już skomentowały (jedna tu, druga na Wattpadzie), plus czyta to coś jeszcze kilku moich znajomych, ale albo nie ma czasu, albo konta w googlach/na Wattpadzie i nie chce im się zakładać, także przymknijmy na to wszystko oko i zapraszam do czytania! ^^
_______________________________________________________________________________

    Rory od razu pobiegł za dziewczyną, próbując ją zatrzymać, mimo powstrzymujące go od tego Doctora. 
- Wy, ludzie, jesteście bardzo dziwnymi stworzeniami! Ona powiedziała, że ma nas dosyć! Nie rozumiem was - zapierał się Doctor, łapiąc Rory'ego lekko za ramię.
- No właśnie, nie rozumiesz ludzi, więc dlaczego zachowujesz się tak jakbyś to robił? Trzeba ją przeprosić, pocieszyć!
Szatyn puścił go w końcu i zawrócił się, żeby uderzyć dłonią o panel TARDIS. Przeprosił cicho, w zwykłym odruchu, spojrzał za mężczyzną i wyszedł na zewnątrz z chęcią przejścia się.

***

    W tym czasie Rory pukał już do pokoju ukochanej, mówiąc do niej po cichu:
- Amy, Amy otwórz.
Jednak nikt mu nie odpowiadał, więc sam otworzył sobie drzwi. Zajrzał do pokoju, po czym rozejrzał się po pokoju uważnie. Dziewczyna siedziała w kącie, bawiąc się z 3bitem. 
- Mogę wejść? - zapytał niepewnie mężczyzna.
- Czego chcesz? - zapytała Amy, nie patrząc na niego. - Mówiłam, że nie chcę z wami gadać. Tak czy nie?
- No... tak, ale...
- No właśnie - ruda nie wyglądała na chętną do rozmów. Drapała kociaka za uszami. Rory mimo, że mu teoretycznie zabroniła. Chciał dotknąć jej włosów, ale ona zarzuciła je na drugą stronę głowy. Rory odsunął się zrezygnowany i bąknął pod nosem:
- Przepraszam - powiedział to całkiem szczerze, a Amy spojrzała w jego stronę. 
- Dlaczego to zrobiłeś? Nie musiałeś go bić - odparła bardzo cicho, odwracając się z powrotem do kota. Rory już chciał coś powiedzieć, ale zamilkł i wpatrywał się przed siebie. Siedzieli przez dłuższy czas w ciszy, słysząc tylko co jakiś czas pomrukiwania kota. W końcu, ku zdziwieniu Rory'ego, pierwsza odezwała się Amy:
- Kocham cię - szepnęła i dotknęła jego dłoni. - Nie musisz mi nic udowadniać - dodała po chwili i pocałowała go w policzek. 
- Ale... Masz u swojego boku bohatera. Jak mam się nie starać ci zaimponować? - spytał, ale nie odsunął się. 
- Tęsknię za moim starym, miłym i łagodnym Rory'm. Nie chcę innego - powiedziała po chwili rudowłosa, patrząc mu w oczy.
- Masz magiczne oczy - stwierdził mężczyzna i pocałował ją lekko w usta. Nie był już jednak niczego pewien. Zawsze niedługo po takiej chwili działo się coś, co wszystko psuło. Starał się więc nacieszyć tą chwilą i przysunął się do dziewczyny. Gładził ją lekko po policzku i uśmiechał się nieznacznie. Dopiero gdy ona sama lekko się odsunęła, zdołał powiedzieć co mu leży na sercu.
- Em, Amy, a co z naszym ślubem? - zapytał dotykając jej gładkiej dłoni. 
- Czemu ci się tak śpieszy? - spytała zdezorientowana dziewczyna i spróbowała się uśmiechnąć. - Mamy czas... Cały czas i przestrzeń! - dodała i potargała mu lekko włosy.
- Czyli mam czekać, aż znudzi ci się Doctor? - słowa Rory'ego przepełnione były ironią, a on sam odsunął się od niej. - Wybacz, ale chyba dam sobie spokój...
- Nie! Rory, proszę - jęknęła Amy. Na prawdę nie chciała go tracić. Był przy niej te wszystkie lata i mimo, że traktowała go bardziej jak przyjaciela, wiedziała, że inaczej go straci. - Wyjdę za ciebie już niedługo. Nawet po tej, ostatniej wycieczce... Co ty na to?
Mężczyzna zawahał się, ale w końcu uśmiechnął się i założył włosy dziewczyny za ucho. Szepnął jej coś do ucha, że ją kocha, a ona zachichotała, myśląc jak to łatwo jest dla ludzi powiedzieć te dwa słowa.

***

   Doctor wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Zbadał swoje otoczenie śrubokrętem sonicznym, po czym schował go z powrotem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Była jeszcze trochę wilgotna, ale szatyn nie dbał o to w tamtej chwili. Poszedł przed siebie, żeby zobaczyć gdzie wylądowali. Schował ręce do kieszeni spodni i spoglądał to w lewo, to w prawo. Wokół niego rozciągała się wielka równina, a w oddali widział jakiś budynek. Zaczął zmierzać w jego stronę, nie mogąc wyrzucił z głowy wszystkich tych słów, które powiedział do niego przez ten czas Rory. Wirowały mu wokół głowy i nie chciały się odczepić, jak wstrętny owad. 
Rozjaśnił się nagle gdy ujrzał znajomą sobie sylwetkę stojąco parędziesiąt metrów od niego. Podszedł kawałek bliżej i odchrząknął cicho. Osoba odwróciła się i uśmiechnęła do władcy czasu.
- Witaj, kochanie - powiedziała cicho i wróciła do swojego zajęcia, które polegało na skanowaniu dokładnie ścian budynku. 
- Witaj, River - odparł Doctor. - Można wiedzieć co tutaj robisz? - zapytał i ustał bliżej, żeby przyjrzeć się budynkowi.
- Jest podejrzenie, że Cybermani chcą zaatakować tą planetę, więc sprawdzam czy żaden się tu nie ukrywa. No i nudziło mi się w więzieniu. A ty co tutaj robisz, mój drogi?
- Długa historia. Potrzebujesz pomocy?
- W towarzystwie zawsze lepiej się pracuje - odparła kobieta, cały czas na niego nie patrząc.
- Zwłaszcza moim - powiedział cicho Doctor, lekko się śmiejąc i szybko się wycofał. Usłyszał za sobą śmiech kobiety, a sam uśmiechnął się do siebie. Wrócił szybkim krokiem do TARDIS. Wchodząc przywitał się z nią i poszedł zapukać do pokoju Amy. Dziewczyna szybko otworzyła i spojrzała zaskoczona na rozpromienioną twarz Doctora.
- Idziecie? Na zewnątrz dzieje się coś ciekawego i na dodatek nie zgadniesz kogo spotkałem!
- Kogo? - zapytała wciąż zdziwiona, ale już zaintrygowana ruda. Chyba domyślała się kim jest ta osoba. - Czyżby River? - dodała z uśmiechem.
- Oczywiście! To jak? Idziecie? - zapytał łapiąc ją za nadgarstek. Nie musiał czekać na odpowiedź, bo Amy wyskoczyła przez drzwi, a za nią wyszedł Rory, który spoglądał po ich twarzach.
- Em, kto to? - spytał, ale nie dostał odpowiedzi, bo Amy już ciągnęła go za sobą ku wyjściu. Doctor wybiegł za nimi i zamknął za sobą budkę. Poprowadził ich za sobą drogą, którą już raz przeszedł i widząc ją, uderzył River w ramię.
- Panno Song, oto Rory Williams - odparł szatyn, wskazując na mężczyznę, który wydawał się nie rozmieć całej sytuacji.
- Miło mi - wydusił tylko i spojrzał na wielki budynek.
- I jak? Są w środku? - wypytywał kobietę Doctor, wyraźnie podekscytowany.
- To coś wyczuwa kilku, ale trzeba to sprawdzić osobiście. Co ty na to? - zapytała kobieta i schowała urządzenie.
- A jak myślisz? - zawołał Doctor i ruszył ku wejściu, krokiem dziecka, które szło na ulubioną atrakcje w wesołym miasteczku. Amy zaśmiała się cicho i podeszła do River, żeby się przywitać.
- Jak się masz, Amy? Widzę, że masz nowego znajomego - powiedziała blondynka odwracając się do dziewczyny. - Opowiesz mi po drodze. Chodźmy szybko, lepiej nie zostawiać go samego - mówiąc to wskazała na Doctora, który właśnie oglądał dokładnie drzwi. Rudowłosa zaśmiała się znowu i szybkim krokiem podążała koło kobiety. Rory szybko je dogonił i przysłuchiwał się ich rozmowom. Kiedy byli dość blisko podszedł do szatyna, by go o coś zapytać.
- Kim ona jest?
- Naszą znajomą - odparł szybko mężczyzna, nie patrząc na rozmówcę.
- Aha. Dużo mi to mówi - zripostował Rory, ale nie liczył na dokładniejszą odpowiedź. W końcu Doctor uporał się z drzwiami i wszedł do środka. Za nim reszta.
- Mamy się tu spodziewać kogoś jeszcze? - zapytał, wyciągając z marynarki latarkę. Włączył ją i zobaczył przed sobą nieco zniszczone wnętrze budynku. Prawdopodobnie jakiegoś bunkra. Ruszył dalej, po czym odwrócił się do reszty, nie zwalniając kroku.
- Tak, całej ekipy, która przyleciała się tym zająć, ale są już na dachu - oznajmiła River. Doctor tylko pokiwał głową i wrócił do oglądania ścian wokół siebie.
- Ja się czujesz, Amy? No wiesz, po tamtym dniu - zapytała River, cicho dziewczynę, a ona uśmiechnęła się ciepło.
- Już wszystko dobrze, dzięki za troskę - odparła rudowłosa i spojrzała na Doctora poszerzając swój uśmiech. Przypomniał jej się dzień kiedy go pocałowała. W dziwny sposób ją to rozbawiło. Szli jeszcze dłuższą chwilę korytarzami, gdy Doctor zarządził udanie się na dach i zaczęli się wspinać po schodach, w których gdzieniegdzie były dziury, a gdzie indziej strasznie skrzypiały. Nagle, jakieś dwa piętra od dachu, zobaczyli tuż przed sobą pojedynczego Cybermana. Ruszył w ich stronę, a oni szybko zaczęli się wycofywać, z akompaniamentem pospieszających krzyków Doctora. Tymczasem on wyjął śrubokręt soniczny i wycelował go w kosmitę.
- Usuń nam się z drogi, inaczej zostaniesz zniszczony - zagroził, trzymając swoją 'broń' przed sobą. Stworzenie, ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, po prostu odeszło.
- Coś jest nie tak - szepnęła River, a wszyscy towarzysze ruszyli dalej. Już wspinali się po drabinie na dach, gdy nagle za nimi uniósł się krzyk Rory'ego. Amy pierwsza się odwróciła, a widząc narzeczonego ciągniętego przez Cybermana, chciała się zanim rzucić, ale doctor Song złapała ją mocno za ramiona i przytrzymała koło siebie, mimo błagań dziewczyny. Za to Doctor pobiegł w stronę kosmity, ale po dłuższym biegu i zgubieniu robota zatrzymał się i wycofał powoli.
- Co ty robisz?! Goń go! - krzyknęła Amy, ale szatyn już głaskał ją uspokajająco po dłoni.
- Spokojnie. On ma broń, ja tak na prawdę nie. Śrubokrętem nic mu nie zrobię. Rory'emu nic nie będzie, rozumiesz? Pewnie chcą mieć zakładnika. Nie dogoniłbym go teraz. Wybacz mi - powiedział cicho, nie przestając gładzić jej dłoni.
- Jak to robisz? - zapytała w końcu cicho, patrząc w lekko zdziwione oczy Doctora. - Jak mnie uspokajasz? Dlaczego nie panikuję? - dodała, nie spuszczając z niego wzroku, a on sam się uśmiechnął.
- To zawsze na ciebie działa - odparł Doctor bardzo cicho i uniósł wyżej jej rękę, żeby mogła ją zobaczyć. - Znajdziemy Rory'ego - obiecał w końcu i przepuszczając przed sobą dziewczynę, wszedł na dach. Kiedy tylko Amy wychyliła się na światło dzienne, ujrzała przed sobą dwójkę ludzi z bronią. Przełknęła ślinę, ale Doctor kazał jej wychodzić, a sam pokazał im psychiczny papier i wytłumaczył po co tu są. River wszyscy rozpoznali, więc od razu poszła do dowódcy. Po chwili dołączył do niej Doctor, a Amy ustała z boku i przysłuchiwała się uważnie ich rozmowom.
- Więc co się właściwie dzieje? - zapytał szatyn przeczesując włosy palcami.
- Już ci tłumaczyłam... - odparła kobieta, przewracając oczami.
- Ale dokładnie!
Odpowiedzi postanowił udzielić mu jeden z żołnierzy, bo River się do tego nie kwapiła.
- Dostaliśmy wiadomość, że spora ilość Cybermanów kieruje się w stronę tej planety. Musimy temu zaradzić...
- Po co? - głos zabrała Amy i spojrzała po twarzach zgromadzonych. - Przecież to nie Ziemia, prawda? Więc dlaczego oni nie mogą sobie jej po prostu wziąć?
- Jest rok 4561. Musimy szukać miejsc do osiedlenia się, bo na naszej planecie zaczyna brakować miejsca.
Ruda spojrzała na Doctora zdziwiona, ale od razu wycofała się w tył i wróciła do słuchania rozmowy. Dowiedziała się z niej między innymi, że mają niedaleko ukryty cały legion ludzi gotowych do walki oraz, że Cybermanów prawdopodobnie jest paręset. Po niedługim czasie zaczęło jej się nudzić, przyglądanie planowaniu strategii przez władce czasu i resztę, więc usiadła dalej, na uboczu i czekała, aż skończą. Myślała właśnie co się dzieje z jej narzeczonym, gdy nagle ujrzała przed sobą dość wysokiego bruneta, który ciepło się do niej uśmiechał.
- Mogę w czymś pomóc? Twój partner - wtedy wskazał na Doctora pogrążonego w opracowywaniu planu. - Jest chyba zajęty...
- To nie jest mój partner! - żachnęła się dziewczyna.
- Oh, przepraszam - powiedział mężczyzna lekko się czerwieniąc, ale wydawał się być nawet zadowolony z tego faktu. - Tak czy siak... Mogę w czymś pomóc? - zapytał jeszcze raz.
- Nie dziękuję - burknęła Amy i odwróciła się w drugą stronę. Nie miała ochoty na kolejne słabe podrywy, nawet jeśli ten osobnik był niczego sobie. Chciała z powrotem Rory'ego. Martwiła się.
- Może jednak? - nalegał owy osobnik i nawet próbował dotknąć jej dłoni, ale dziewczyna wyrwała ją tak gwałtownie, że sama sie tego nie spodziewała. Od dziś była zarezerwowana tylko dla Doctora. No, może jeszcze dla Rory'ego. Tylko wstała i podeszła do stołu, przy którym siedzieli wraz z Doctorem inni żołnierze.
- Niech ten generał zrobi coś ze swoimi rozpuszczonymi żołnierzami, bo na za wiele sobie pozwalają! - warknęła cicho do szatyna, tak żeby każdy wkoło to słyszał. Potem wróciła na skraj dachu i usiadła, na jakimś drewnianym pudle. Odruchowo odwróciła się i zobaczyła jak władca czasu wygarnia coś tamtemu brunetowi prosto w twarz. Uniosła lekko kącik ust i oparła głowę o jakąś ścianę. Patrzyła przed siebie, gdy nagle poczuła znajomą dłoń na ręce tylko dla niej przeznaczonej. Odwróciła się gwałtownie, by ujrzeć zatroskaną twarz Doctora.
- Przepraszam za niego - odparł cicho. - Mamy już zarys planu jak odbić twojego narzeczonego. - dodał i uśmiechnął się krzepiąco.
- Dziękuję ci - powiedziała cicho dziewczyna i objęła go za szyję. - Zawsze mi pomagasz. Zawsze, chociaż nie musisz.
Po chwili zastanowienia, szatyn odwzajemnił uścisk i poklepał ją po plecach.
- Staram się - dodał i powoli zaczął zawracać do swojego stołu.
- Tylko odnajdź go szybko - zawołała za nim Amy i uśmiechnęła się szerzej. - Chcę w końcu wziąć ślub!
Szatyn stanął w miejscu i spojrzał na nią zdziwiony, ale po chwili narzucił na twarz lekko wymuszony uśmiech i odkrzyknął:
- Spróbuję! - po czym wrócił do stołu, a Amy przejechała palcami po włosach, spojrzała na powolny zachód słońca i po chwili zasnęła, zmęczona po całym dniu.

niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 4

    Amy właśnie się obudziła. Miała dziwny sen. Spojrzała szybko na zegarek, który stał obok jej łóżka, na którym widniały cyferki, które powoli mózg Amy ułożył w 4:36. Jęknęła cicho i spróbowała jeszcze raz zamknąć oczy i pogrążyć się w śnie, ale nie udawało jej się to. Zrzuciła z siebie gniewnie kołdrę i wstała ociągając się. Spojrzała w kąt pokoju, gdzie powinien teraz spokojnie spać 3bit. Nic jednak nie zobaczyła, bo pomieszczenie pogrążone było w ciemności. Powoli wstała, poprawiając koszulę nocną. Na boso przebiegła przez pokój, otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz, patrząc czy nikogo nie ma, po czym wyszła. Powoli, żeby nikogo nie obudzić szła w stronę kuchni. Kiedy się w niej znalazła, zapaliła światło i dopiero wtedy zauważyła, że nie jest sama.
- Witaj Amy - Doctor uśmiechnął się, spoglądając w jej stronę. Upił łyk herbaty z mlekiem, dosypał do niej trochę cukru i zaczął mozolnie ją mieszać. - Nie możesz spać? - spytał nie odrywają wzroku od herbaty. 
- Jak widać - odparła Amy nie ruszając się z miejsca.
- Dlaczego? - zmartwił się szatyn, oglądając dziewczynę od stóp do głów. Rudowłosa usiadła na drugim końcu stołu i patrzyła na niego z góry.
- Mogłabym zapytać o to samo - zauważyła i uśmiechnęła się lekko.
- Pytam na poważnie. Coś się stało? Ludzie zwykle śpią o tej godzinie.
- Nie, nic. Po prostu nie mogłam zasnąć. Chciałam sobie zrobić herbaty.
Po tych sowach zeszła ze stołu i poszła szukać napoju.
- Trzecia szafka, górna półka - oznajmił Doctor i znowu napił się ze swojej filiżanki. - Polecam cytrynową.
Po zrobieniu sobie herbaty, rudowłosa wróciła na swoje miejsce i zaczęła uważnie przyglądać się mężczyźnie. W końcu on podniósł na nią swój wzrok. 
- Mam coś na twarzy? - zapytał, unosząc nieznacznie kącik ust, na co Amy tylko pokręciła głową, na boki. - Więc czemu na mnie patrzysz? - zapytał przekręcając z zaciekawieniem głowę. 
- Obiecałeś mi coś na pikniku. Miałeś mi kiedyś opowiedzieć o swoich innych towarzyszach - odparła Amy, zachowując powagę i patrząc mu prosto w oczy. - Chcę wiedzieć kto był przede mną - dodała, a głos jej się lekko załamał. Trochę bała się tego dowiedzieć, ale przełknęła ślinę i uśmiechnęła się pocieszająco. Bardziej do siebie niż do samego Doctora, który westchnął tylko. 
- Chcesz o tym słuchać? Teraz? O piątej nad ranem? - zapytał przeciągając słowa.
- Niesamowicie - powiedziała cicho Amy i nachyliła się ku niemu. - Mów - dodała jeszcze ciszej, nieco zmysłowo, przez co szatyn przełknął ślinę. Poprawił kołnierz i spróbował się uśmiechnąć. 
- Dobrze więc...  - oparł się o stół i spuścił wzrok. - Było ich wielu. Bardzo wielu... - głos mu się załamał, a on sam zacisnął pięści. Amy widząc to, zmartwiła się. 
- Wybacz... Nie musisz...
- Zaczęło się od Susan... 
   Opowiadanie o jego towarzyszach, zajęło mu już ponad dwie godziny, ale wciąż nie kończył. Każdego opisywał dokładnie, często się zacinając i jąkając. Wyjaśniał jak ich poznał i z łzami w oczach, tłumaczył ich stratę. Rudowłosa patrzyła gdzieś w dal, zastanawiając się czy ona kiedyś kogoś straciła, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Rodziców prawie nie znała, a z jej miasteczka nikt nie miał okazji się wyprowadzić za jej pobytu tam. Próbowała zrozumieć ból Doctora i nawet go sobie wyobrażała, ale cały czas miała świadomość, że nigdy czegoś takiego nie zaznała. Nie wiedziała w jaki sposób go pocieszyć. Do tego zauważyła, że większość jej poprzedników miał powód, by uciekać. Ona po prostu się nudziła. Czuła się z tym faktem źle. Zacisnęła pięści, ale od razu poczuła na nich dłonie mężczyzny. 
- Nie martw się mną. Przeżyłem i będę z tym żył dalej, nie musisz...
- Nie pocieszaj mnie! - Amy wydała z siebie zduszony krzyk. Poczuła złość. - To ja powinnam pocieszać ciebie! 
Jednak on już i tak jej nie słuchał i siadał koło niej na stoliku. Objął ją ramieniem i uśmiechnął się ciepło. 
- Zawsze będę cię pocieszał - szepnął i poczochrał jej włosy, a Amy odruchowo go przytuliła. Doctor po chwili namysłu odwzajemnił uścisk, głaszcząc ją po plecach. Siedzieli wtuleni w siebie chwilę w milczeniu. 
- Nie jesteś zmęczona? - zapytał Doctor powoli puszczając dziewczynę, która pośpiesznie otarła pojedyncze łzy.
- Nie, nie, a ty? 
- Ja nie potrzebuję tyle snu - zapewnił szatyn i zszedł ze stołu zabierając ze sobą szklanki, żeby je umyć. Amy w tym czasie przeczesała włosy palcami i uśmiechnęła się sama do siebie. Ciepło, które odczuła podczas jego uścisku, wciąż jej nie opuściło. Wstała i stanęła koło Doctora.
- Pomóc ci? - zapytała, widząc jak mężczyzna zmywa naczynia.
- Ratowałem już światy. Poradzę sobie z brudnymi szklankami - zaśmiał się.
- Skoro tak uważasz - Amy też zażartowała. - To gdzie zamierzasz nas dzisiaj zabrać? - zapytała.
- Gdzieś gdzie będzie bezpiecznie - odparł stanowczo Doctor. - Może...
- Na trójkąt bermudzki!
- Że co?!
Amelia nie mogła się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem, widząc zdziwioną minę przyjaciela. 
- Na trójkąt bermudzki - odparła ponownie, całkiem spokojnie. - No wiesz, statki z tamtąd nie wracają i w ogóle, ale dla TARDIS to chyba nie jest przeszkodą.
Doctor patrzył na nią przez chwilę, ale wtedy pokiwał przecząco głową. 
- Dobra, to był żart. Może zapytajmy Rory'ego? Na pewno zna jakieś bezpieczne miejsca. 
Po tych słowach Amy wyszła z pomieszczenia i poszła do pokoju narzeczonego. Zapukała lekko i weszła do środka. 
- Hej - zawołała cicho i uśmiechnęła się do mężczyzny, który akurat wstawał z łóżka. Uśmiechnął się i podszedł do dziewczyny. Przysunął się, żeby ją pocałować, ale ona tylko odchrząknęła z uśmiechem. - A jakieś słowo na powitanie? - zapytała i zafundowała mu pstryczka w nos. 
- Więc witaj moja droga Amy - powiedział, przesadnie koloryzując, Rory i złapał narzeczoną w talii. - Teraz mogę cię pocałować? - zapytał i już chciał to zrobić, ale oa odsunęła się, złapała go za rękę i pociągnęła za sobą.
- Mamy ciekawsze rzeczy do roboty! Musisz pomóc nam wybrać miejsce, do którego się wybierzemy, bo nie możemy się zdecydować - powiedziała wychodząc z pokoju i ciągnąc go za sobą.
- Wam? Czyli... widziałaś się już z Doctorem? - zapytał zdziwiony, starając się ukryć zawód.
- Nie mogłam zasnąć. Długa historia... Bardzo długa.

***

    Kiedy wszyscy byli już przy panelu kontrolnym TARDIS, musieli w końcu wybrać miejsce docelowe ich dzisiejszej podróży.
- Może jakaś planeta? - zaproponowała Amy, głaszcząc 3bita, który już się obudził i właśnie spoczywał na jej kolanach, mrucząc przymilnie. - Dawno na żadnej nie byliśmy! O! Wiem! Może weźmiemy River? Dawno się nie widzieliśmy. 
- Ona przychodzi jak ma na to ochotę - zapewnił szatyn i uśmiechnął się pod nosem. - Ale planeta to dobry pomysł. Znam jedną ciekawą. Ładną zresztą też. 
Wtedy przesunął parę dźwigni, zatańczył wokół guzików i śmiejąc się uruchomił maszynę. Podświadomie, Amy pomyślała, że na prawdę niesamowicie ukrywa ból w sercu. To znaczy, sercach. W końcu ma dwa. Dziewczyna zastanawiała się wtedy czy mając dwa złamane serca, odczuwa się te straty bardziej. Przyglądała się roześmianemu obliczu kosmity, który zdawał się już nie pamiętać ich porannej rozmowy. Trzymając się barierki, czekała na lądowanie wehikułu. Gdy to nastąpiło, wybiegła z niej i rozejrzała się wokół. Otworzyła szeroko usta, a Rory, wychodząc zrobił to samo. Przed nimi rozciągała się wielka tafla jeziora, które zdawało się nie mieć końca, z żadnej strony. Za horyzontem widniały trzy księżyce. Jeden, największy, był widoczny zaledwie w połowie. Reszta chowała się 'pod wodą'. Dwa kolejne były o wiele większe, i wisiały w nieregularnych odstępach od tego ogromnego. Tuż przed towarzyszami natomiast, znajdował się tylko bardzo długi pomost. Miał dobre sto metrów, a po bokach rozchodził się na dwa kolejne pięćdziesięciometrowe części. Coś idealnego dla ludzi, którzy kochają spacery pod gwiazdami. Amy mogła bez zastanowienia powiedzieć, że nie zna nic lepszego. No, może poza całą TARDIS.
    Doctor podszedł do nich i poklepał po plecach.
- Wydaję mi się, że nie zmieścimy się na tym pomoście we trójkę - po tych słowach lekko popchnął ich do przodu, a sam wycofał się w stronę budki policyjnej. Jego towarzysze odwrócili się do niego, ale nie chcąc się sprzeczać poszli przed siebie. Doctor oparł się o niebieskie drewno swojej budki i pogładził je palcami. Wiedział, że żeby pozbyć się wrażenia, że czuje coś do Amy musiał sprawić, żeby pokochała Rory'ego. Wiedział jakby się to wszystko skończyło gdyby się w niej zakochał. Westchnął, włożył ręce do kieszeni i skręcił w lewą stronę.
   Tymczasem Rory i Amy w ciszy dochodzili do połowy pomostu. Żadne z nich się nie odzywało. Po prostu szli powoli do przodu. Cisze przerwał w końcu Rory.
- Więc... - próbował zacząć. - Jak długo podróżowaliście z Doctorem, zanim wzięliście mnie ze sobą? - zapytał i spróbował się uśmiechnąć.
- Jakiś miesiąc? Może krócej - odparł Amy, jakby nieobecna, wpatrując się w gwiazdy nad sobą. Rory, widząc to nic nie odpowiedział. Objął ją ramieniem, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. Pocałował ją w policzek, starając się być romantyczny. Jednak nic nie sprawiało, żeby Amy chociaż na niego spojrzała. Różne myśli kłębiły się w jej głowie. Kiedy doszli do końca drogi, Rory złapał ją w talii i spojrzał w oczy.
- Coś się stało? - zapytał zmartwiony. - Powiedz tylko słowo, a zostawię cię samą... Jeśli chcesz pomyśleć czy coś...
- Jesteś wspaniały - szepnęła dziewczyna, ale bez cienia uśmiechu. Bała się wypowiedzieć kolejne słowa, które układały się w jej głowie, więc po prostu dotknęła ciepłą ręką jego szyi i pocałowała w usta. Mężczyzna oczywiście od razu oddał pocałunek, uśmiechając się lekko. Miał nadzieje, że w końcu mu się udało, że Amy go pokochała.

***

   Doctor szybko doszedł do końca pięćdziesięciometrowej części pomostu. Ustał i zamknął oczy, czując jak wiatr rozwiewa mu włosy, a przyjemny chłód oplata jego twarz. Bił się z myślami. Dzisiejsza, poranna rozmowa z Amy przypomniała mu te wszystkie chwile, osoby. Tak bardzo pragnął ich jeszcze raz zobaczyć. Donne, Marthę, Rose... Wszystkich! Rzucił się na kolana i zaczął cicho łkać. Nie zdarzało mu się często płakać, ale chyba każdy czasem bardziej zatęskni i pragnie się komuś wyżalić. On wolał to zrobić w samotności. To było drugim powodem dla którego nie powędrował z Amy i Rory'm do przodu. Ze spuszczoną głową pozwalał spływać łzom powoli po policzkach. 
- Przepraszam - wyszeptał do siebie, albo raczej do nieba przed nim. Do nicości. - Na prawdę przepraszam - chciał krzyczeć, ale bał się, że jego towarzysze go usłyszą. Wolał być teraz sam. Nikt nie mógł go zrozumieć. Przynajmniej żaden człowiek. Nieważne jakby chciał, nie może sobie wyobrazić ile wspomnień musi pomieścić Doctor po tych dziewięciuset latach. Z jego głowy nigdy nie wyleciała żadna sytuacja w jego życiu. Zawsze pamiętał. To było najgorsze. Kiedy kładł się spać, co noc wszystkie te chwile przelatywały mu przed oczami, a potem pojawiały się w snach. Można, by jednak rzec, że do tego przywykł. Co innego, do rozmawiania o tym. Po dłuższej chwili, kiedy poczuł, że łzy są coraz słabsze, a jego oddech się uspokaja, przeczesał włosy palcami, po czym chciał obmyć twarz wodą z jeziora, ale coś wyciągnęło w jego stronę obślizgłą dłoń, zmuszając go do nagłego odsunięcia się. Wstał gwałtownie i zaczął wpatrywać się w naruszoną taflę jeziora, ale potwora już nie było. Ruszył biegiem, ku towarzyszom, żeby ich ostrzec. Przy okazji uważał, żeby się nie poślizgnąć. 
- Nie zbliżajcie się do wody! Tam coś żyje! - krzyknął już z daleka, czym odciągnął od siebie narzeczonych. Podbiegł jak najbliżej do nich i kazał wracać do TARDIS lekko trzęsącym się głosem. Jeszcze do końca nie ochłonął. Rory poszedł przodem, ku zachętom Amy, ale odwracał się co chwila za siebie, sprawdzając czy z resztą wszystko w porządku. W tym czasie rudowłosa złapała Doctora mocno za nadgarstek i przyciągnęła do siebie, patrząc mu głęboko w oczy.
- Płakałeś - szepnęła, widząc jego lekko zaczerwienione oczy.
- Jakie to ma teraz znaczenie? - spytał podenerwowany szatyn. - Chodź, musimy stąd uciekać! 
Już chciał ruszyć, ale usłyszał krzyk Amy tuż koło siebie. Złapał ją mocno za dłonie i przysunął bliżej siebie, żeby objąć ją całą. Coś ciągnęło ją za kostkę i próbowało wciągnąć pod wodę. Dziewczyna wtuliła się w stojącego najbliżej niej Doctora i starała trzymać się jego marynarki najmocniej jak mogła. Po chwili podbiegł do nich Rory, a widząc co się dzieje także pomógł szatynowi utrzymać ukochaną na powierzchni, ale ona coraz bardziej im się wyślizgiwała.
- Amy, trzymaj się mocno. Damy radę - szeptał jej po cichu do ucha Doctor, ale nagle coś złapało ją za drugą kostkę, co zaważyło na finale tego wydarzenia. Z akompaniamentem zmieszanych krzyków Doctora i Rory'ego, stworzenia wciągnęły Amy pod wodę.
- Nie idź za mną, bo jeśli nawet byś przeżył to dostaniesz mocno w łeb - warknął do Rory'ego Doctor i wskoczył prędko do wody, myśląc gorączkowo co robić. Nie mógł jej stracić. Nie teraz, nie z własnego powodu! Starał się płynąć za stworzeniami, które na jego szczęście utrzymywały się przy powierzchni, więc mógł się co jakiś czas wynurzać. Śledził je najszybciej jak umiał, aż poczuł między dłońmi miękkie i mokre włosy Amy. Próbował jeszcze bardziej przyśpieszyć, ale powoli tracił siły. Cudem zdołał złapać za ramiona dziewczynę i przyciągnąć się do niej. Chwilę siłował się ze stworzeniami i czym prędzej wynurzył głowę Amelii z wody. Pozwolił jej złapać oddech i odetchnął cicho z ulgą, widząc ją żywą. Jednak problem całkiem nie zniknął, bo stworzenia wciąż ją trzymały i znowu wciągnęły pod wodę. Doctor jednak nie chciał puszczać towarzyszki. Jedną ręką wyjął śrubokręt soniczny i przebadał nim potwory, po czym spróbował je za jego pomocą odgonić, ale z początku one tylko wytrzeszczały na niego ślepia. Wyglądały jak wielkie ryby, trochę upodobnione do człowieka. Miały ręce zakończone palcami połączonymi błonami. Tak samo wyglądały tylne odnóża. Miały skrzela i wydawały dźwięki podobne do bulgotania. Doctor znowu musiał wynurzyć się z Amy. 
- Czego chcecie?! - krzyknął szybko będąc nad wodą, po czym znów się zanurzył. Tylko dlatego, że stworzenia nie chciały za nic puścić rudowłosej. Powiedziały coś po dziwnym języku, ale Doctor wszystko rozumiał, jako że był władcą czasu. Mówiły, że są głodne, a on nie powinien się w to mieszać, na co szatyn, wyłaniając się z wody, krzyknął, że ma bardzo dużo powodów, żeby się w to mieszać. Nie miał na razie planu i pośpiesznie próbował coś wymyślić. Jedyne co mu przychodziło do głowy to siłować się ze stworzeniami. W końcu one puściły Amy, ale podpłynęły do Doctora, próbując go złapać. On próbował bronić się śrubokrętem. Uciekał przy okazji w tył, ale nieprzytomna dziewczyna ciążyła mu w ramionach, a do tego powoli wychładzał się w zimnej wodzie. 
- Idźcie polować na jakieś ryby i zostawcie ją! - krzyczał zrozpaczony, aż w końcu uderzył z całej siły jedno ze stworzeń między oczy, przez co ono odsunęło się gwałtownie i syknęło. Doctor zyskał trochę czasu na dopłynięcie do brzegu i podanie Rory'emu Amy. Sam został znowu podtopiony i zaczął się wyrywać. W końcu kopnął większego stwora butem i wdrapał się na pomost, oddychając ciężko i kaszląc. Przeczołgał się do Amy i zawiesił zmęczoną głowę koło jej ucha.
- Już dobrze, Amy. Obudź się! - szeptał jej do ucha łamiącym się głosem. W końcu Rory odsunął go na bok i zaczął resuscytacje Amy. W tym samym czasie Doctor położył się po drugiej stronie dziewczyny - bokiem do niej i lekko się skulił, jednocześnie głaszcząc powoli jej włosy. Zamknął oczy i otworzył je dopiero gdy usłyszał jej zdesperowany oddech. Podniósł głowę najszybciej jak był w stanie i przytulił ją jeszcze na leżąco. 
- Tak się bałem, nigdy więcej mi tego nie rób! Jak mówię, że mamy uciekać, to uciekasz, zrozumiano?! - mówił do niej i powoli ją podniósł trzymając ją w objęciach.
- Dziękuję - powiedziała słabo dziewczyna, lekko pokasłując i opierając się na nim w pełni. Szatyn nie puszczał jej jeszcze przez chwilę, bojąc się, że upadnie. Czując jednak, że jej ciężar ciąży na jego zmęczonych mięśniach, oddał ją w objęcia Rory'ego, który martwił się nie mniej od niego. 
- Wracajmy czym prędzej na pokład TARDIS - odparł Rory i pomógł Amy wstać, trzymając ją na ramieniu. Doctor też wstał, trzęsąc się lekko na nogach. Czuł jednak, że z każdą chwilą wracają mu siły. Wlókł się za towarzyszami, powłócząc lekko nogami. W końcu zatrzymał się przed budką i oparł zmęczony o jej niebiesko drewno. Głaskał ją tak jak tuż po przyjeździe tutaj. Szeptał do siebie pośpiesznie jakieś słowa po Gallifreyańsku. Nagle z wehikułu wrócił mężczyzna. Doctor spojrzał na niego, opierając się jeszcze o TARDIS.
- Masz zabrać nas do domu w tej chwili. Nie ważne, co ona na to powie! Ja, ona i 3bit też. Nikt nie jest przy tobie bezpieczny. Każdy chce ci zaimponować, a tak to się kończy - Rory mówił oddzielając od siebie słowa, a każde z nich kuło coraz mocniej szatyna w serce, a nawet w oba naraz. Po chwili kiwnął głową i wszedł za człowiekiem do środka. Ujrzał Amy skuloną, otuloną kocem i siedzącą na ławie przy panelu TARDIS. Nie mógł się oprzeć, żeby nie usiąść koło niej chodź na chwilę. 
- Powiedziałem, że masz nas zabrać do domu w tej chwili - warknął Rory, ale Doctor nie słuchał go. Przewracał rude, wysychające powoli włosy Amy i przysunął je do twarzy, chcąc poczuć ich piękny zapach, przebijający się przez woń wody z jeziora. Dziewczyna trzęsła się jeszcze z zimna. 
- Nie chcę odchodzić! Nie! Rozumiecie to?! - mówiła, starając się to robić najgłośniej jak mogła.
- On ma racje, Amy. Za bardzo cię... was narażam - szepnął jej do ucha Doctor i wstał, żeby wpisać współrzędne ogródka dziewczyny. Znowu. 
- Czy kogokolwiek obchodzi co ja mam do powiedzenia?! - zawołała desperacko Amy i wstała gwałtownie, czując przy tym ostre zawroty głowy. - Ja nigdzie się nie wybieram! 
Po tych słowach podeszła do Doctora i złapała go mocno z nadgarstek. Zwróciła tym samym na siebie jego uwagę i spojrzała głęboko  w oczy. 
- Masz mnie teraz posłuchać, rozumiesz?
- Amy...
- Za to, że mnie wtedy zostawiłeś! Za czternaście lat, czterech psychologów, nieudany ślub, poranną opowieść, twoje łzy dziś na pomoście! Za to wszystko masz się teraz ze mną męczyć! - mówiła kładąc nacisk na każde słowo, coraz głębiej patrząc mu w oczy. - Będę o siebie dbać. Zaufaj mi - dodała desperackim szeptem, zwalniając nieco uścisk. 
- Przyrzeknij - odpowiedział Doctor również szeptem. - Na coś ważnego. Najważniejszego w twoim życiu.
- Tak więc, przyrzekam na... paluszki rybne z budyniem - powiedziała lekko się uśmiechając. Nie wiedziała  wtedy jeszcze co dla niej oznaczały te słowa, choć mgliste pojęcie gubiło jej się w głowie. Te krótkie słowa "paluszki rybne z budyniem" znaczyły więcej niż jej się wydawało w tamtej chwili, ale miała to zrozumieć dopiero wiele czasu później. 
Doctor uśmiechnął się nieznacznie i zmienił koordynaty, z domu Amy na jakieś jemu tylko znane miejsce w kosmosie i odsunął się od panelu. Amy prawie podskoczyła ze szczęścia, ale powstrzymała się, bo wciąż czuła pulsujący ból w głowie. Pocałowała tylko Doctora w policzek i przytuliła do siebie. 
- Nie zgadzam się! To niebezpieczne! - krzyknął Rory i w nagłym przypływie emocji, pociągnął Doctora za marynarkę, odciągając go od swoje narzeczonej. Odwrócił go w swoją stronę i uderzył pięścią w policzek. Doctor zachwiał się na nogach, bo wciąż nie doszedł do końca do siebie. Amy złapała go za ramiona, powstrzymując upadek i spojrzała na Rory'ego zszokowana. 
- Co ci się stało? - zapytała, a szok powoli zamieniał się w gniew. - O co ty jesteś zazdrosny?! Nie zmienisz tego, jak ważny jest dla mnie Doctor! Zmienił całe moje życie, a ty oczekujesz, że będę go traktować jak obcego mi człowieka?! Jest... Moim przyjacielem i musisz się z tym pogodzić! - warknęła i podeszła do Rory'ego. - Zachowujesz się jak idiota, a to nie on mi się zaręczył. Zaręczył mi się miły, dobry Rory.
- Mówiłaś, że.. - zaczął Doctor, ale nie dane mu było skończyć. 
- Kłamałam... To skomplikowane - odparł szybko nie patrząc na niego. Potem znowu zwróciła się do Rory'ego. - Na prawdę byłam już pewna, że chcę za ciebie wyjść. Z Doctorem jako świadkiem... Ale się zmieniłeś - ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, nie spuszczając z niego oczu. 
- Zostaw go, to emocje... - zaczął szatyn, bo nie o to mu chodziło. Nawet jeśli pokochałby Amy, nie mógłby z nią być, więc nie miał zamiaru być powodem rozstania tych dwóch.
- Ty też mnie zostaw. Zdecyduj się! Po prostu powiedz kim dla ciebie jestem! - zawołała wywrócona z równowagi Amy, ale Doctor zamilkł, patrząc na nią i przełykając ślinę. - Mam dosyć mężczyzn - powiedziała do siebie Amy i ruszyła do swojego pokoju, po drodze łapiąc 3bita, który przechadzał się korytarzem. W pokoju rzuciła się na łóżko i leżała wpatrzona w sufit. Nic nie wiedziała. Nic nie rozumiała. Po chwili zasnęła, a w głowie znowu zaczął się jej kreować ten sam co ostatniej nocy. 
_____________________________________________________
Jak ktoś tutaj dotarł to gratuluję :P Dobrze czuję się w pisaniu emocjonalnych scen, ale wiem, że ciekawsza zwykle jest akcja, która wychodzi mi trochę gorzej. Postaram się jednak w kolejnych notkach sprawić, by więcej się działo. 

Tymczasem chcę was poinformować o czymś ważnym. Otóż, skoro ten blog (jak i opowiadanie na Wattpadzie https://www.wattpad.com/201590548-jedenasta-godzina-eleventh-x-amy-rozdzia%C5%82-1 ) są pisane przede wszystkim dla czytelników, więc kolejne rozdziały będą dodawane, po tym jak zobaczę pod tym co najmniej 3 komentarze od różnych osób! Nie muszą być w pełni pozytywne, ale chcę, żeby ktoś wyraził swoją opinię na temat moich wypocin, więc czekam :P 
Do następnej notki!

środa, 13 stycznia 2016

Rozdział 3

    Tymczasem Amy i Rory zagłębili się kawałek w las, po czym zaczęli szukać jakiegoś zejścia na dół. Wprawdzie nie zajęło im to zbyt wiele czasu. Już po parunastu minutach znaleźli się w miejscu gdzie powinien czekać na nich Doctor. Rozejrzeli się wokoło, ale nigdzie go nie dostrzegli. Przeszło im nawet przez myśl, że ich zostawił, ale Amy odgarnęła prędko te myśli.
- Coś mu się musiało stać - odparła stanowczo, z nutą troski w głosie, ale Rory tylko westchnął i ironicznie odpowiedział:
- Przestań go idealizować. Nie może być idealny. Po prostu nas zostawił.
- On, by mnie nie zostawił - warknęła dziewczyna rozglądając się w poszukiwaniu jakichkolwiek śladów. - Patrz! Ktoś kogoś ciągnął po ziemi. To pewnie Doctor! Trzeba mu pomóc! - Już zaczynała biec, ale Rory złapał ją za nadgarstek.
- To niebezpieczne, Amy. Wracajmy do TARDIS. - Rory mówił powoli, ale stanowczo, ale rudowłosa nie była typową damą w opałach. Wyrwała mu rękę i spojrzała w jego oczy z lekką pogardą. 
- Nie sądziłam, że jesteś tchórzem - syknęła i odwróciła szybko twarz. Otarła pojedynczą łzę i ruszyła przed siebie. Nawet jak starała się taka nie być dla mężczyzny, w rzeczywistości wychodziło na odwrót. Puściła się biegiem, powstrzymując się przed zajrzeniem przez ramię na Rory'ego. Ten stał przez chwile nie wiedząc co robić. Kopnął jakiś kamień, który leżał przed nim i pobiegł za ukochaną. Nie potrafił jej zostawić. Biegli przez większość czasu po gęstej dżungli i niewiele brakowało, żeby Rory zgubił dziewczynę. Nagle tuż przed nimi, niemalże z ziemi wyrósł wulkan, w którym była jakiś tunel. Przy wejściu do niego Amy zobaczyła kawałek materiału, z którego była zrobiona marynarka Doctora. Przekręciła fragment materiału w ręce, po czym bez zastanowienia wbiegła do tunelu. Rory, nieco zdyszany próbował ją dogonić. W tunelu złapał ją za ramię, a ona wydała zduszony krzyk. Jednak widząc kto jej dotknął mimowolnie się uśmiechnęła.
- Więc jednak nie jesteś tchórzem - odparła i uderzyła go lekko pięścią w ramię.
- Ja cię nie opuszczę - bąknął, niezbyt zadowolony z ograniczonej reakcji dziewczyny. - W przeciwieństwie do niego - dodał trochę oschłym tonem. Ruda spojrzała na niego z dezaprobatą.
- Ty nic nie rozumiesz. Nigdy nie zrozumiesz - jej głos był cichy, a ona sama odwróciła się od niego i poszła przed siebie. Szli przez jakiś czas wzdłuż niezwykle białych i czystych ścian, które były tak blisko siebie, że przyprawiały o klaustrofobie. W końcu doszli do rozwidlenia, na środku którego znajdowało się wielkie pomieszczenie, oszklone z każdej strony. W środku Doctor wisiał do góry nogami, z rozciętą prawą stroną głowy. Widząc ludzi odetchnął z ulgą. Amy podbiegła do szyby i oparła się o nią, przyglądając się uważnie wszystkiemu w pomieszczeniu. To znaczy, nie było za bardzo czemu się przyglądać. Był tam tylko władca czasu i jakieś puste biurko. Wydawało jej się, że szatyn coś mówił, ale nic nie słyszała. Domyśliła się, że szyby są dźwiękoszczelne. Uderzyła w nie parę razy z całej siły, ale Rory po raz kolejny złapał ją za nadgarstek.
- To ci nic nie da, trzeba znaleźć inną drogę - mówił spokojnie, nie patrząc jej w oczy. - Chodźmy.
Amy powoli odsunęła się od okna i krzyknęła do Doctora, że zaraz po niego wrócą, chociaż wiedziała, że prawdopodobnie jej nie słyszy. Poszła z Rory'm dalej korytarzem, okrążając pomieszczenie. Nagle Rory zauważył, że do pomieszczenia wchodzi jakieś dziwne stworzenie. Dotknął Amy za ramię, a ta się odwróciła. Widząc istotę pociągnęła go za róg, ukrywając się w cieniu. Przełknęła ślinę i zaczęła przyglądać się kosmicie. Był on wysokości człowieka, ale miał wielkie czarne oczy i był niebieski. Miał na sobie biały kitel, a w trzy palczastych dłoniach trzymał jakieś papiery. Przeszedł się wokół pomieszczenia, a potem zaczął rozmawiać z Doctorem, który najwyraźniej nie był zadowolony z tematu tej rozmowy. Kosmita wyglądał, jakby powoli się denerwował, a że był odwrócony do nich plecami, dwójka towarzyszy wybiegła z ukrycia i pobiegła czym prędzej, w stronę skąd wszedł tam obcy. Znaleźli sporę drzwi, ale były rzecz jasna zamknięte. Amy zaczęła w nie kopać i je uderzać, chcąc się dostać do środka, ale szybko uświadomiła sobie, że to i tak nic nie da. Razem z Rory'm zaczęła rozglądać się dookoła.
- Jak my się tam dostaniemy? - zapytała i potrząsnęła nim lekko. Czuła się taka bezradna. Chciała znowu uderzyć w drzwi, ale one same się otworzyły. Doctor potrząsnął gwałtownie głową, ale Amy już wskakiwała do pomieszczenia. Rory chcąc ją zatrzymać zrobił to samo. Drzwi się za nimi zamknęły, a kosmita przyjrzał im się dokładnie.
- To też są Władcy Czasu? - zapytał Doctora.
- Pewnie, że nie - ten powiedział to tak, jakby to było coś oczywistego.
- Co tu się dzieje?! - krzyknęła podenerwowana Amy, spoglądając na twarze różnych osób w pomieszczeniu.
- Ten gatunek - zaczął szatyn i wskazał głową na dziwną istotę. - Chce, żebym powstrzymał apokalipsę, bo chcą się osiedlić na ziemie. Jak zapewne zauważyłaś niedługo wybuchnie wulkan nad nami, potem może jakieś trzęsienie ziemi, kometa i po Ziemi.
Ludzie popatrzyli po sobie, przełykając ślinę.
- Czemu tego nie zrobisz? - zapytał Rory, na co Doctor wypuścił powietrze poirytowany.
- Zmienił bym przyszłość i to diametralnie. Pomyśl! Jeśli teraz jakiś gatunek osiedli się na Ziemi, na której nie będzie apokalipsy - dinozaury nie wyginą, klimat się nie zmieni, a ludzie nigdy nie powstaną. Jeśli nawet im się to uda, to ten gatunek byłby dominującym, więc szybko byście wyginęli. Tak jak te wszystkie gatunki, które zginęły z waszych rąk.
Kosmita poszedł do biurka, otworzył jakąś szafę i wrócił z liną.
- Muszę was teraz związać - odparł tak spokojnie, że Amy miała ochotę go uderzyć.
- I myślisz, że my tak po prostu ci pozwolimy? - zapytała.
- Musicie - oznajmił i wrócił do biurka, żeby wyjąć coś jeszcze. - Jak nie to przyśpieszę wybuch tego wulkanu, który jest nad nami.
- Mają porozkładane bomby - powiedział Doctor, a w jego głosie dało się czuć nutę bezradności. Kosmita powoli zbliżał się, najpierw do Amy, ale Rory kopnął go najmocniej jak umiał. Stworzenie przewróciło się, a przycisk poleciał w róg sali. Przez chwilę wszyscy myśleli, że spadł guzikiem w dół, ale ku ich wielkiej uldze, tak się nie stało. Amy pobiegła tam i wzięła go do ręki. W tym czasie Rory zaczął rozwiązywać Władcę Czasu. Gdy ten spadł głucho na podłogę, po chwili otrzepał się jak zwykle. Otarł czoło, na którym miał niewielką ranę, która już przestała krwawić.
- Chodźcie, ale musimy uważać, bo może ich tu być więcej - oznajmił Doctor i pociągnął za sobą do drzwi towarzyszy. Szybko wybiegli z tunelu, ale na zewnątrz już czekało na nich stado kosmitów. Natomiast wulkan zabulgotał niepokojąco, a z jego otworu zaczął unosić się dym. Szatyn wyszedł na przód pewnie.
- Witajcie moi drodzy! Powiedzcie mi teraz proszę czemu nie uciekacie?! - starał się przekrzyczeć odgłosy wielkiej góry.
- To planeta zdatna do życia! Chcemy tutaj pozostać! - krzyczała jedna z istot.
- Przykro mi, ale jest już zarezerwowana, dla pewnego głupiego, ale jakże wspaniałego gatunku, którego przedstawicieli mam tuż za sobą. Jest po prostu zajęta! Teraz powinniście uciekać czym prędzej, bo inaczej to wszystko wybuchnie!
- To ty powstrzymasz ten wybuch!
- Nie mogę i dobrze o tym wiecie! Poza tym już od wielu wieków chronię ten gatunek i nie ma powodu, by to się zmieniło! Jestem Doctorem i jeszcze nigdy nikt nie powstrzymał mnie przed ratowaniem Ziemi. Zawsze mi się udaję! Więc radzę uciekać w tej chwili - po tych słowach Doctor poprawił marynarkę i uśmiechnął się sam do siebie. Kosmici zawahali się przez chwilę. Szeptali coś między sobą.
- Nie myśl, że tak po prostu opuścimy tak wygodną planetę - odparł jeden z nich i wyciągnął przed siebie rękę z bronią. Wycelował ją w głowę Doctora, ale ten tylko się zaśmiał.
- A ty chyba nie uważasz, że boję się śmierci? Umierałem już wiele razy - mówił poważnie, z nutą drwiny w głosie. Rory pierwszy raz miał przed sobą te mroczniejszą stronę Doctora i przełknął szybko ślinę.
Kosmita zaśmiał się krótko i przesunął broń w stronę Amy. Ona zrobiła kilka kroków do tyłu i z nieudolnie ukrywanym przerażeniem spoglądała w stronę strzelby. Starała się stać wyprostowana, by pokazać, że się nie boi. Podświadomie i nawet nie zdając sobie z tego sprawy, chciała zaimponować szatynowi. Ten stał teraz i patrzył w te samą stronę, o wiele lepiej skrywając emocje. Amy, w przeciwieństwie do Rory'ego wiedziała, że w jego środku teraz buzuje od sprzecznych myśli. Jej narzeczony patrzył z niedowierzaniem na Doctora.
- Zrób coś! - krzyknął, przez co kosmici zaczęli się śmiać.
- Siedź cicho - władca czasu warknął na mężczyznę.
- Też złap kogoś z nich czy coś - upierał się Rory, ale Doctor tylko coraz bardziej się denerwował.
- Nie rozumiesz! Oni nie mają takich uczuć jak my. Pamiętaj, że to kosmici. Ich mózgi funkcjonują inaczej. Jeden zakładnik za całą planetę to dla nich nic.
Wtedy mężczyzna ucichł i co jakiś czas zerkał nerwowo na ukochaną.
- Ale za to cały gatunek to dla nich zbyt wiele - powiedział sam do siebie Doctor i stanął przed Amy. Tak po prostu. - Jeśli mnie zabijecie, nikt wam nie pomorze.
- Zabijemy was wszystkich!
- Nieprawda! Nie kłam mi prosto w oczy! - władca czasu był oschły i mówił z jasno wyczuwalną wyższością. - Nie macie chyba zamiaru wyginąć dla honoru?! To dla was zbyt ludzkie - ostatnie słowa powiedział bardzo cicho. Stworzenia w końcu zaczęły się zastanawiać i szeptać między sobą. - Uwierzcie mi! Ta planeta nie jest tego warta! - dodał Doctor i czekał na ich reakcje. Oni już zaczynali się cofać, gdy jeden z nich cofnął się, wystrzelił i zawrócił. Rory wybiegł przed Doctora i dostał w lewą rękę. Zawył cicho, czując jak pocisk przebija się przez ścięgna, a on traci panowanie nad całym ramieniem, które zaczęło zwisać bezwładnie z boku jego ciała. Doctor jęknął cicho.
- Po co żeś to zrobił?! A jakbyś dostał w ważniejszą część ciała? Jesteś pod moją opieką...
- Nie jestem pod niczyją opieką!
Władca Czasu westchnął i przetarł twarz dłońmi i przejechał nimi po włosach, zaczesując je lekko do tyłu. Zaraz jednak wróciły na swoje miejsce.
- My też chyba musimy uciekać. Podziękujemy sobie na pokładzie TARDIS - odparł łapiąc Amy za nadgarstek, jak to miał w zwyczaju. Ona złapała Rory'ego w ten sam sposób i pobiegli w stronę, z której wcześniej tu przybiegli. Dziewczyna powoli przestawała nadążać za Doctorem, aż w końcu się o coś potknęła i upadła na ziemie, przed sobą. Jej narzeczony, tak jak i drugi szatyn szybko zaczęli jej pomagać. Ona spojrzała o co się potknęła. Koło niej leżało niewielkie gniazdko, w którym siedziały lekko przestraszone małe dinozaury, które bardziej przypominały jej jakiś nieznany gatunek jaszczurek. Podeszła do nich na czworaka i wzięła jednego w rękę.
- Nie możemy ich tu zostawić - szepnęła, bo podświadomie nie mogła sobie wyobrazić, że za paręnaście minut one będą już martwe. Były takie małe, niewinne.
- Nie żartuj, Amy - mówił Doctor spokojnie. - Pomyśl co by się stało, jakbyśmy zabrali je do waszych czasów. Jeśli w ogóle, by przeżyły taką zmianę klimatu, to znowu po Ziemi chodziłyby dinozaury. Wyobraź sobie co, by się działo.
- Ale... - nie skończyła, bo szatyn przerwał jej nagle.
- Wybacz - odparł szybko i pociągnął ją trochę brutalnie za nadgarstek. - Jeśli chcemy przeżyć, musimy wiać!
Rory chciał jakoś zareagować na czyn Doctora, ale po chwili zrezygnował. Tamten znowu pociągnął ich za sobą, zmuszając Amy do zapomnienia o małych dinozaurach. Po chwili znaleźli się w TARDIS. Władca Czasu od razu pobiegł do panelu.
- Zabieraj nas stąd natychmiast - powiedział do maszyny, przekręcając poszczególnie dźwignie. W końcu wehikułem zatrzęsło, a on nieco się uspokoił. Westchnął cicho i jak zwykle kiedy przeżyli coś niebezpiecznego, oparł się o panel kontrolny TARDIS.
- P-przepraszam. Przeze mnie mogliśmy zginąć - rudowłosa chciał się tłumaczyć, ale Doctor przerwał jej, przytulając ją mocno do siebie.
- Siedź cicho. Ważne, że wszyscy trzej jesteśmy cali - odparł po czym puścił ją i poklepał jeszcze Rory'ego po plecach.
- Te małe stworzenie, one...
- Tak - ku zdziwieniu wszystkich powiedział to Rory, który też chciał objąć Amy zdrową ręką. Ona pozwoliła mu na to. Nie wiedziała co ma myśleć. Czuła, że on dobrze się nią opiekuje, że ją kocha, ale... Odgoniła wszelkie myśli dotyczące jej narzeczonego i skierowała się w stronę korytarzy.
- Muszę się przespać. Idę do mojego pokoju - oznajmiła, zostawiając dwójkę mężczyzn samych. Oni popatrzyli na siebie, ale żaden się nie odezwał. Dopiero gdy rudowłosa zniknęła daleko w korytarzach, odezwał się Doctor:
- Chodź ze mną. Musimy po coś pójść - powiedział, nacisnął parę guzików i uważając, żeby tym razem za bardzo nie trzęsło, przeniósł ich w czasie i przestrzeni. Gdy skończył podszedł do drzwi, otworzył je i przepuścił mężczyznę. Mimo, że nie darzył go zbyt wielką sympatią, nie chciał, żeby źle się czuł w jego towarzystwie. Wychodząc na zewnątrz, ujrzeli wielki targ. Na poszczególnych straganach widniały wszelkiego rodzaju przedmioty i nie tylko. Tam były ubrania, gdzie indziej drób, albo słodycze. Ale Doctor szukał jednego konkretnego straganu. Spoglądał szybko w każdą stronę i w przeciwieństwie do towarzysza, nie przyglądał się wszystkiemu dokładnie.
- Jest! - zawołał i podszedł do straganu z ziołami. Powiedział coś do kupca i wręczył mu kilka rdzawych monet. W zamian dostał słoik z jakąś mazią. - To na twoją ręką - odparł i wsmarował trochę w miejsce rany. - Spokojnie, do jutra powinno się zagoić - dodał i ruszył dalej wzdłuż targu.
- Coś jeszcze? - zapytał Rory, zdziwiony, że ból tak nagle ustał. Ruszył szybko za szatynem.
- Coś dla Amy - odparł tamten zamyślony. Drugiego mężczyznę ukłuło uczucie zazdrości. Burknął coś tylko pod nosem i dalszą drogę praktycznie się nie odzywał.
    Po niedługim czasie Doctor zauważając coś, podbiegł tam. Stanął przed straganem i zaczął spoglądać do wiklinowego koszyka, w którym podskakiwały i bawiły się małe kociaki. Rory dołączył do niego i wydawał się jeszcze bardziej zdziwiony niż kiedy dostał dziwną maść.
- Musisz mi pomóc - odparł Doctor głaszcząc jednego kociaka po grzbiecie. - Znasz Amy dłużej ode mnie. Który najbardziej jej się spodoba? - zapytał nie patrząc na niego. Ten zaczął drapać poszczególne stworzonka. Dopiero kiedy jeden z nich się nie dał, wziął go w ręce, oglądając dookoła. Był biało rudy i próbował podrapać go po rękach.
- Wykapana Amy, nie uważasz? - zażartował i podał go szatynowi, którego kociak podrapał po nosie, zostawiając niewielką bladą szramę. Ten tylko się zaśmiał i podrapał go pod brodą, przez co zwierzak zaczął wesoło przebierać tylnymi nóżkami w powietrzu i mruczeć.
- Tak, masz całkowitą racje! - potwierdził i zaśmiał się. Mężczyźni uśmiechnęli się do siebie, po czym Doctor zapłacił za kota i niewielki koszyk, w którym chciał go przenieść. Drogę znowu przeszli w ciszy, aż nie byli bardzo blisko TARDIS. Wtedy Rory zatrzymał się, spojrzał uważnie na swojego przewodnika. Tamten odwrócił się do niego wyczekująco.
- Kochasz ją? - zapytał Rory, nie spuszczając z Doctora oczu.
- Oczywiście, że nie - Ten odparł, lekko się uśmiechając, ale atmosfera była napięta, bo obaj wiedzieli, że kłamał.

***

    Znajdując się we wnętrzu maszyny, zaczęli przygotowywać zwierzaka na spotkanie z Amy. Doctor co chwila gdzieś biegał lub prosił TARDIS o jakieś przedmioty, który ku zdziwieniu Rory'ego wyrastały z otworów w panelu. Wyczesali kociaka, chociaż nie było łatwo, potem jeszcze go nakarmili i postanowili, że zrobią mu posłanie w pokoju Amy. Wstali, biorąc ze sobą zwierzaka i ruszyli ku pokojowi dziewczyny, z zadowoleniem. Doctor zapukał parę razy i nie czekając, otworzył je na oścież. Amy leżała na łóżku, do połowy odkryta. Jeszcze w ubraniu, które miała na Ziemi. Doctor spojrzał na Rory'ego, oddał mu kotka i podszedł do jej łóżka. Potrząsnął nią lekko i po cichu coś do niej, mówił, chcąc ją wybudzić. Po chwili rudowłosa otworzyła powoli swoje kasztanowe oczy, którymi nieprzytomnie spoglądała w twarz przyjaciela. Jak tylko trochę się wybudziła usiadła na łóżku obok Doctora, a jej narzeczony powoli podszedł do niej trzymając kotka przed sobą. Wręczył go w ręce zszokowanej Amy, która po chwili trzymania go w rękach, spojrzała pytająco na obu towarzyszy. 
- To dla ciebie. No wiesz... - zaczął Rory.
- Za te dinozaury... Przepraszam, nie mogłem nic zrobić... i za to, że byłem może trochę za ostry - wytłumaczył powoli Doctor i pocałował ją w czoło. Amy nie mogła powstrzymać napływu szczęścia i usadziła sobie kociaka na kolanach i zaczęła drapać za uszami. Była pierwszą osobą, której na to pozwolił. Mężczyźni popatrzyli na po sobie, pamiętając jak się to dla nich kończyło i zaśmiali się dość cicho.
- Zostajesz na dłużej? - zapytał Doctor Rory'ego, klepiąc go w ramię.
- Czemu nie - odpowiedział tamten, próbując ukryć, że niezwykle go to ucieszyło.
- Więc, zostają ze mną moi chłopcy? - zagadała Amy i podeszła do nich, wciąż trzymając w ręku kociaka. Pocałowała każdego w policzek i uśmiechnęła się zmysłowo, po czym wyszła z pokoju. Prawdopodobnie poszła po jakieś materiały, żeby urządzić posłanie dla zwierzątka. Obaj mężczyźni odruchowo dotknęli policzków i obejrzało się, spoglądając na rudę włosy falujące za dziewczyną. Obaj przełknęli ślinę, obu rozszerzyły się źrenice i żaden nie mógł wydusić ani słowa. Z zamyślenia ocknęli się dopiero po chwili. Pierwszy odezwał się Rory:
- Nie jesteśmy jej chłopcami - zażartował.
- Oczywiście, że jesteśmy - odparł z przekonaniem Doctor, po czym obaj parsknęli śmiechem. Dziewczyna wróciła z garścią poduszek i materiałów. Ułożyła je w rogu i pozwoliła kociakowi się rozejrzeć po nowym legowisku.
- To jak go nazwiemy? - zapytała po chwili, głaszcząc go po niewielkiej główce.
- Może Snickers? - zaproponował Rory.
- Nie! Mars! - zawołał Doctor.
- Co wy macie z tymi batonami? Może jeszcze 3Bit? - zażartowała, ale jej towarzysze pokiwali ochoczo głowami. - 3Bit?
- Noo - oznajmili z przekonaniem, a rudowłosa się zaśmiała.
- Więc od dziś zwiesz się 3Bit! - zawołała, wciąż cicho chichocząc i głaszcząc kociaka. Reszta dnia zeszła im na zabawie ze zwierzakiem.
_______________________________________________________________________
Mam nadzieję, ze się podobało, chociaż ledwo się wyrobiłam w moim wyznaczonym tygodniu, na napisanie tego :P Tak czy siak, kolejnego rozdziału też możecie się spodziewać w przeciągu tygodnia ^^

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 2

Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w poprzednim rozdziale pomieszałam bruneta z szatynem. Doctor jest oczywiście szatynem - ma brązowe włosy. Ciągle mi się mylą te dwa przymiotniki. Tu już powinno być wszystko w porządku :P
________________________________________________________________________

    Doctor wchodził do każdego pokoju jaki napotkał na swojej drodze. W końcu zdał sobie jednak sprawę, że Amy nie ma w domu. Już chciał wyjść na zewnątrz, gdy nagle usłyszał za sobą czyiś głos.
- Idę z tobą - odparł Rory i pierwszy otworzył dość gwałtownie drzwi. Władca czasu przewrócił oczami i ruszył za nim. 
- Żeś się pośpieszył - burknął z jego stronę.
- Chyba nie myślałeś, że znowu zostawię cię sam na sam z nią - warknął Rory, nie patrząc na Doctora, który po raz kolejny miał ochotę go uderzyć. Powoli rozumiał o co chodziło Amy... a może po prostu nie lubił tego mężczyzny. 
- Czyli nie obchodzi cię czy coś jej się stało? Ważne, że nie jest ze mną?!
- Daj spokój! 
Szatyn ucichł, ale uśmiechnął się pod nosem. 
- Wygrałem - powiedział ledwo słyszalnie, ale przyszły mąż Amelii Pond najwyraźniej to usłyszał, gdyż jeszcze bardziej się spiął. Ruszył w stronę ulubionego - według niego - miejsca Amy, czyli kawiarni na skrzyżowaniu dwóch ulic. Doctor spojrzał na niego jak na idiotę.
- Gdzie ty leziesz? - odparł pogardliwie spoglądając to na niego, to na kawiarnie. 
- To ulubione miejsce Amy, pew...
- Chcę się ukryć, niech pomyślę, a dobra! Pójdę do najbardziej oczywistego miejsca - powiedział Doctor unosząc głos coraz bardziej, z każdym słowem. - Zresztą, to daj mi w spokoju jej poszukać!
- Chyba śnisz! 
- To szukaj jej w tej swojej kawiarni, a ja pójdę gdzie indziej. Po prostu zejdź mi z drogi! - po tych słowach szatyn przeczesał włosy ręką i ruszył tam gdzie go nogi poniosły. Po chwili, upewniając się, że tamten człowiek za nim nie idzie, ruszył biegiem przed siebie. Mimo, że ufał w umiejętności Amy, martwił się. W końcu była gdzieś sama. Biegł tak przez dłuższy czas, aż ujrzał jak ona siedzi na jednym z wielu drzew w sadzie, w którym się teraz znalazł. Teraz przyznał przed sobą, że nie miał pojęcia gdzie jej szukać. Odchrząknął, patrząc na jej sylwetkę znajdującą się parę metrów nad nim. Ona spojrzała na niego z góry i nieznacznie uniosła kącik ust.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę? - zapytała.
- Nie wiedziałem - odparł Doctor wkładając ręce do kieszeni. - Ale chciałem cię przeprosić. Nie powinienem bić twojego narzeczonego. - dodał, ale nie zabrzmiało to zbyt szczerze.
- Oh, daj spokój! Wiem, że nie żałujesz - zripostowała Amy i oparła głowę o pień drzewa. - Ale dzięki za chęci.
Szatyn uśmiechnął się lekko.
- Mogę tam do ciebie wejść? - spytał i przeczesał włosy ręką.
- Jak dasz sobie radę - zaśmiała się dziewczyna, ale nawet podała mu rękę. Mężczyzna zaczął wspinać się na drzewo.
- To jak, mogę być twoim świadkiem? - spytał rozpromieniony Doctor podając jej rękę. Amelia zaniemówiła i odruchu puściła jego dłoń, co skutkowało upadkiem szatyna na ziemie.
- Ech, dzięki - burknął i podniósł się powoli.
- Nie biorę żadnego ślubu - oznajmiła cicho dziewczyna, a po chwili dodała jeszcze ciszej: - Na razie.
- Z kąt ta zmiana planów? - zapytał Doctor otrzepując spodnie z trawy.
- Miałeś racje. Muszę spędzić trochę więcej czasu z Rory'm, żeby za niego wyjść.
- Aha. To może polecicie gdzie obaj za pomocą TARDIS?
- Z tobą? - zapytała Amy ironicznie, ale uśmiechając się.
- Ktoś musi was pilnować - zażartował i podał jej rękę, żeby pomóc zejść. - To jak? Idziemy go poszukać? - spytał z udawanym uśmiechem, a dziewczyna omijając jego rękę sama zeszła z drzewa.
- Idziemy - oznajmiła i złapała go za nadgarstek. Doctor, nie mając zbytnio wyboru, ruszył za nią.

***

   Obaj weszli do tej samej kawiarni, do której wcześniej chciał pójść Rory.
- Myślisz, że jeszcze tu będzie? - spytał Doctor, ale nie otrzymał odpowiedzi, bo Amy wkroczyła raźnie do lokalu. Jej przyszły mąż wstał pospiesznie, uradowany widokiem narzeczonej, ale mina mu zrzedła kiedy zobaczył wchodzącego za nią Doctora. 
- Czyli... Ty znalazłeś ją pierwszy? - spytał trochę zawiedziony. Tamten wzruszył tylko ramionami, a Amy puściła jego nadgarstek. 
- Chodź Rory, jedziemy na wycieczkę - odparła wesoło i pocałowała go w policzek. Doctor mruknął coś do siebie niechętnie.
- Ale gdzie? - zapytał zdezorientowany Rory, patrząc to na wybrankę, to na jej towarzysza, który westchnął cicho. 
- Ze mną. TARDIS. Tyle. Chodź! - powiedział szatyn i wyszedł z kawiarni. - Za mną! - zawołał do nich i ruszył w stronę domu rudowłosej. Nie powiedziałby, że z przyjemnością zabiera mężczyznę na pokład, ale robił to głównie dla Amy. Kiedy znaleźli się koło maszyny, pogładził jej drewniane drzwi i pstryknął palcami. Te natychmiast się otworzyły. Przepuścił przed sobą dziewczynę i wszedł zaraz za nią, zmuszając Rory'ego do poczekania. Poczuł się trochę chamsko, ale zaraz o tym zapomniał, podszedł i objął jednym ramieniem Rory'ego, a drugim Amy.
- Dobra, moi drodzy zakochani, to gdzie chcecie jechać? - spytał z uśmiechem. Dziewczyna skrzywiła się na słowo zakochani, bo czuła, że to źle określa ich obecną sytuacje. Rory jakby to zauważył, bo zrzedła mu mina. - Ok, rozumiem. Sam coś wybiorę!
Po tych słowach podszedł do panelu kontrolnego i wpisał parametry Wenecji.
- Nie dziwi cię, że TARDIS jest większa w środku? - spytał Rory'ego naciskając na jakieś guziki.
- Jej wnętrze jest w innym wymiarze, co nie? - zapytał mężczyzna, czym zwrócił na siebie uwagę Doctora.
- Ta - odparł krótko i pociągnął za uruchamiającą dźwignię. - Trzymajcie się czegoś. - zawołał przez ryk silników i złapał się panelu kontrolnego. Maszyną zatrzęsło ostrzej niż zwykle, odrzucając Doctora i jego towarzyszy do tyłu. Nagle jakby TARDIS o coś uderzyła, a szatyn już wiedział, że nie są tam gdzie powinni. Wstał obolały z ziemi po czym pomógł reszcie się podnieść.
- Coś poszło nie tak? - zapytała Amy rozcierając obolałą głowę. Doctor tylko skinął głową biegając wokół panelu kontrolnego. - To, nie chcesz zobaczyć gdzie wylądowaliśmy? - zagadała Amy rozciągając słowa, nie ukrywając zadowolenia.
- No dobra - westchnął władca czasu i uniósł nieznacznie kącik ust. - Rory, nie masz nic przeciwko? - dodał zmuszając się do uśmiechu.
- Pewnie, że nie - odparł mężczyzna, zapominając o wrogości do Doctora, kiedy pomyślał o zobaczeniu czegoś, czego być może nie widział jeszcze żaden człowiek.
Pierwszy raz Doctor nie przepuścił Amy pierwszej przez drzwi, ale nie zrobił tego tylko dlatego, że nie chciał by coś jej się stało. Powoli uchylił je i wyjrzał na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie, a uznając, że jest bezpiecznie wyszedł, wypuszczając swoich towarzyszy. Zaczął biegać dookoła badając wszystko swoim śrubokrętem sonicznym. Tymczasem Amy i Rory zaczęli oglądać uważnie rosnące wokół nich wielkie paprocie, aż odezwała się dziewczyna.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała dziewczyna spoglądając w stronę ich przewodnika.
- Wygląda na to, że... w prehistorii - odparł powoli, dobrze dobierając słowa.
- Na prawdę?! - zawołali jednocześnie Rory i Amy, zaczynając biegać wokół, oglądając uważnie wszystko co ich otaczało.
- Tak. Prawdopodobnie gdzieś tutaj łażą jakieś dinozaury... Kto jest za tym, żeby ich poszukać? - zapytał radośnie Doctor spoglądając kątem oka na ludzi, którzy ustawili się już za nim gotowi do wyprawy.
- Poczekajcie. Wezmę jakiś prowiant z TARDIS. Może to nam zająć trochę, a raczej nie znajdziemy tutaj żadnej restauracji - zażartował i pobiegł do maszyny, zostawiając narzeczonych samych sobie. Amy starała się nie patrzeć mężczyźnie w oczy, bo czuła się winna, po tym jak całowała się jakiś czas temu z Doctorem. Zadziornie uderzyła partnera w ramię.
- Jak tam? - spytała i uśmiechnęła się ciepło.
- Co jest między wami? - zapytał patrząc na nią uważnie.
- Daj spokój, nic! - zapewniała i podeszła do swojego przyszłego męża. - Cieszmy się chwilą. Jesteśmy w prehistorii! - odparła z uśmiechem, chcąc go pocałować. Jednak Rory odsunął się nieznacznie i złapał rudowłosą delikatnie za podbródek i unosząc nieznacznie jej głowę, żeby patrzyła mu w oczy.
- Powiedz mi prawdę. Zrozumiem jeśli coś cię z nim łączy.
- No dobrze - szepnęła Amy, zastanawiając się jak mu to powiedzieć. - Raz, jeden jedyny raz... się całowaliśmy. - mówiła powoli oddzielając kolejne słowa od siebie. Rory odsunął się od niej nagle i odwrócił w drugą stronę.
- Co on ma czego ja nie mam? - powiedział cicho, siląc się na obojętność.
- Nic! To długa historia! - tłumaczyła się Amy, dopóki z TARDIS nie wyszedł uradowany Doctor, z wielkim plecakiem w ręce.
- Znalazłem trochę budyniu w kuch... oh - przerwał gdy zobaczył napiętą atmosferę między partnerami. Nie wiedząc za bardzo co robić podszedł do Amy i spytał ją po cichu:
- Co się stało?
- Dowiedział się, że się całowaliśmy - oznajmiła jednym tchem i ruszyła przed siebie. - Mieliśmy szukać dinozaurów. - dodała i poprawiła chustę na szyi. - Idziecie?
Doctor spojrzał na Rory'ego, który wydawał się czuć jeszcze mniejszą sympatię do Doctora, o ile to było możliwe. Szatyn starał się do niego uśmiechnąć przepraszająco, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Obaj ruszyli za Amy, milcząc.
    Przedzierali się przez gęstą dżunglę przez jakiś czas, nie widząc śladu wielkich stworzeń, aż zauważyli wielkie wgłębienie w ziemi - mniej więcej owalne. Prawdopodobnie to były ślady jakichś ogromnych roślinożerców. Doctor uradowany wskoczył we wgłębienie i zaczął je badać swoim śrubokrętem.
- Należą do Brachiozaura. Może jest ich tu więcej. W końcu żyły w stadach. - oznajmił szatyn chowając śrubokręt do kieszeni w marynarce. Wszyscy przyśpieszyli kroku, bo chcieli jak najszybciej zobaczyć te stworzenia. Nagle zarośla się skończyły, a przed nimi ukazała się wielka równina, po której powoli przemieszczały się to w jedną stronę, to w drugą, skubiąc liście z pojedynczych drzew i źdźbła wielkiej trawy. Oni zaś stali na parunastu metrowej skarpie, z której rozciągał się ten wspaniały widok. Amy zdobyła się tylko, na krótkie westchnienie, a Rory nie mógł nic z siebie wydusić.
- Są wspaniałe - szepnął Doctor i rzucił plecak na ziemie. - Przy tak pięknym widoku, możemy chyba zrobić sobie przerwę.
Towarzysze pokiwali głowami i usiedli na zwalonym pniu. Doctor wyciągnął wszystko co znalazł w TARDIS, co było zdatne do jedzenia. Rzucił Amy jabłko i uśmiechnął się nieznacznie. Pamiętał pierwszy raz kiedy ją spotkał, jak była małą dziewczynką, a on poprosił ją o jabłko. Odwzajemniła uśmiech, a Rory sam sobie wziął banana.
- Tylko go nie upuść - odparł Doctor, wziął paczkę budyniu w proszku i usiadł pomiędzy Amy, a Rory'm.
- Wiesz, że to nie jest gotowy budyń? - zapytała dziewczyna, patrząc na paczkę niepewnie.
- Ale to budyń - uznał szatyn i otworzył go. Wsypał sobie proszek do ust i potrzymał chwilę. - Może być. Tylko paluszków rybnych brakuje. - dodał i szturchnął nieco Amy łokciem. Rory poczuł się nieco wykluczony, a władca czasu wydawał się to zauważyć, bo objął go ramieniem. - Em, może chciałbyś coś o sobie opowiedzieć? - zapytał starając się rozluźnić atmosferę, ale mężczyzna po krótkim namyśle nie powiedział nic. Przez parę minut siedzieli w ciszy, aż Doctor się znudził i wstał, żeby po prostu pochodzić w kółko.
- Nic tu się nie dzieje! - skarżył się, gdy nagle dinozaury zaczęły uciekać wzdłuż skarpy na której znajdowali się podróżnicy. Głowy większości stworzeń, które przebiegały najbliżej nich, były wysoko nad nimi. - Oh, jednak nie.
- Uciekają przed tyranozaurem? - zapytał Rory, wstając z pnia. Jak przypuszczał z dalszej części dżungli po drugiej stronie doliny wyłonił się wielki gad, ale nie wydawał się zainteresowany kąskami. Pominął roślinożerców i biegł dalej. Jakby przed czymś uciekał.
- Coś jest nie tak - szepnął Doctor i zaczął się dokładnie zastanawiać. - Chodźmy to sprawdzić. - dodał i podszedł do krawędzi skarpy. Zsunął nogi z zamiarem zjechania na piętach na dół, ale nie był to za dobry pomysł. Przewrócił się na plecy i zjechał po kamieniach na sam dół ośmiometrowej skarpy. Wstał, otrzepał się i zauważył, że ma rozdarte rękawy w paru miejscach. Zaklął pod nosem po Galifrayańsku i spojrzał na towarzyszy.
- Znajdźcie inną drogę! Poczekam tu! - zawołał, a oni zgodnie przytaknęli. Wzięli plecak Doctora i cofnęli się wgłąb lasu. Władca czasu spojrzał na swój zegarek, a potem na buty, odczuwając znudzenie. Czekał na ludzi dopóki ktoś nie zatkał mu ust jakąś chusteczką. Szarpał się przez chwilę, aż nie ogarnęła go senność i nie osunął się na kolana. Tajemnicze stworzenie zaczęło ciągnąć go po ziemi, w stronę, z której uciekały kolejno różne dinozaury. Amy i Rory nie mieli o niczym pojęcia.
________________________________________________________________________
Kurcze, długo mi zeszło i ani to ciekawe, ani długie, ale mam pomysł na to co się dalej wydarzy. Od sylwestra nie było jakoś czasu na pisanie :P Raz ktoś przychodził do mnie, raz ja musiałam gdzieś jechać, a raz po prostu za dużo zajęć w szkole i poza szkołą :/ Teraz jednak powinnam mieć trochę więcej czasu, więc kolejne notki będą się pojawiać co najmniej raz w tygodniu :D Więc do następnej notki!