Doctor otworzył powoli oczy i rozejrzał się. Od razu jednak twgo pożałował, bo poczuł silny ból w skroni. Jęknął cicho. Wokół niego nadal było jasno. Powoli wracały do niego wydarzenia, sprzed zemdlenia. Wstał gwałtownie, powodując jeszcze większe zawroty głowy. Chciał wstać, ale coś pociągnęło go do tyłu. Odwrócił się i ujrzał łańcuch przyczepiony do jego ręki. Rozejrzał się jeszcze raz dokładnie. Znajdował się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Widział tam różnego rodzaju przełączniki i panele. Pogrzebał w kieszeniach, ale zabrali mu wszystko co w nich trzymał. Westchnął głośno i poczochrał się po włosach. Musiał być jakiś sposób, by uratować Amy i Lydię. Poza tym, nie miał pojęcia co się dzieje z Rory'm i resztą spotkanych ludzi. Próbował się skupić na tym co robić, ale nie mógł w żaden sposób zebrać myśli. Siedział tak dobre parędziesiąt minut zanim do pomieszczenia wkroczyła hybryda nietoperza, z podobną obstawą co wcześniej. Uśmiechał się zwycięsko, przez co Doctor miał ochotę go uderzyć, ale uniemożliwiały mu to łańcuchy.
- Dlaczego tak nagle zdecydowaliście się zapalić światła? - spytał, mimowolnie zaciskając pięści.
- Bo już nie są nam potrzebne ciemności - odparł zwyczajnie stwór, nie przestając się uśmiechać. Nie wyglądał jakby miał zamiar wyjaśniać coś jeszcze. Podszedł za to do Doctora i spojrzał mu w oczy. - To jak Doctor? Dobijemy dziś targu? - zapytał, poprawiając noszony przez siebie kitel. W szatynie, aż buzowało od nadmiaru emocji. Spoglądał na stwora z nienawiścią w oczach.
- Skoro tyle o mnie słyszeliście, to powinniście wiedzieć, że nie pomagam takiej zakale jak wy - syknął, ale w odpowiedzi usłyszał tylko śmiech.
- Rzeczywiście, wiemy o tobie, aż za dużo - stwierdził kosmita i już chciał mówić dalej, ale Władca Czasu mu przerwał:
- Za to ja nie wiem o was nic. Żądam wyjaśnień!
- Niewiedza to najlepszy skarb. Nie wolisz go zachować? - spytał stwór, ale widząc jak Doctor niespokojnie porusza się w miejscu, przełamał się. - Nazywam się Tristan de Louvre i pochodzę z planety Plektrum. Mówi ci to coś?
Oczy Władcy Czasu nagle się rozszerzyły i lustrował chwilę kosmitę wzrokiem. Nagle spoważniał i poczuł złość, która wróciła do niego ze zdwojoną siłą.
- Mówiłeś, że to ja pozwoliłem wyginąć swojemu gatunkowi - warknął kolejny raz i zapominając o uwięzi rzucił się w jego stronę, ale bezskutecznie. Cofnęło go w stronę ściany. Gatunek żyjący na tamtej planecie już dawno temu wyginął, z powodu zanieczyszczenia środowiska, głodu i wojen wewnętrznych. Był bardzo inteligentny. Przeciętny poziom IQ osobnika wynosił dwieście. Mimo to pozwolili zniszczyć się nawzajem, co od razu skreślało ich u Doctora. Najwyraźniej ktoś przetrwał i właśnie stał przed nim.
- Bo to prawda. Nie mówiłem, że ze mną jest inaczej - wyszczerzył się i włożył ręce do kieszeni. - Jesteś pewien, że nie chcesz współpracować? - zapytał, pewny siebie.
- Oczywiście, że nie - powiedział Doctor, ale zawahał się, co od razu wyczuł Tristan i wydawał się jeszcze bardziej zadowolony.
- Mamy coś co należy do ciebie - stwierdził, a Władca Czasu tylko prychnął.
- Weźcie sobie ten śrubokręt - warknął, ale zobaczył w drzwiach sylwetkę, na widok której zamilkł. - Amy! - krzyknął i zaczął się szarpać. Była cała, ale czuł, że coś jest nie tak.
- Doctor! - odkrzyknęła w jego stronę, ale nie potrafiła wyrwać się trzymającemu ją bykowi. Oddech Władcy Czasu mimowolnie przyśpieszył, gdy zobaczył jak miecz stworzenia wędruje powoli do gardła dziewczyny.
- Czekaj! - jęknął, a ten natychmiast wykonał jego polecenie. - Mam dwa krótkie pytania - dodał Doctor, czując suchość w gardle.
- Pytaj śmiało.
- Pierwsze, gdzie jest Lydia? - zapytał Doctor, nie odrywając wzroku od Rudowłosej, jakby miało to oznaczać jej natychmiastową śmierć.
- Kto, przepraszam? - spytał Tristan, wyraźnie zaskoczony.
- Niewielka dziewczynka, około trzynastu lat - odparł pospiesznie szatyn, lekko poirytowany. - Była przy nas, kiedy zapaliłeś światła - dodał, a kosmita zaczął sobie przypominać o kogo chodzi.
- A, ona - powiedział krótko i wzruszył ramionami. - Nie żyje.
Doctorem wstrząsnęło i miał teraz ochotę osobiście udusić stojące przed nim stworzenie. Amy wstrzymała oddech, nie mogąc uwierzyć w obojętność tego stwora.
- Co się z nią stało? - zapytała, przez co byk złapał ją jeszcze mocniej. Jęknęła cicho. Doctor wpatrywał się w swoje dłonie, próbując poukładać myśli. Tristan kolejny raz wzruszył lekko ramionami.
- Za bardzo się kręciła - stwierdził, a Doctor wybuchł i zaczął się rzucać w miejscu.
- Wy bezduszne stworzenia! Czym ona wam zawiniła?! To było jeszcze dziecko! - krzyczał. Nawet Amelia nigdy wcześniej nie widziała, żeby tak się zdenerwował. - Czego od nas chcecie? - spytał wolniej, łapiąc oddech.
- Wystarczy, że oddasz nam swoją moc - powiedział stwór i uśmiechnął się półgębkiem. - Dokładniej swoją krew. To ostatnie czego nam potrzeba.
Amy chciała coś krzyknąć, ale poczuła jak uścisk jeszcze bardziej się na niej zaciska, więc ucichła i wpatrywała się przerażona w Władcę Czasu.
- Do czego wam ona? - warknął on, na co kosmita pokręcił głową z dezaprobatą.
- Doctor, Doctor... Grzeczniej proszę. Długa historia - pewna mikstura, umożliwiająca jedną rzecz. Zmianę tego tępego gatunku w nas - wyjaśnił, szczerząc się sam do siebie.
- Ja uważam, że oni są całkiem sympatyczni - powiedział Doctor, starając się zachować spokój. - Jeśli pozwolę ci się zabić, oni i tak wyginą, więc co to dla mnie za różnica? Poza tym, jestem zakuty. Mógłbyś mnie zabić teraz gdyby nie chodziło o coś więcej.
- Bystry jesteś. No, do pewnego stopnia. Na prawdę nie wiesz na czym polega ten wywar?
Szatyn otworzył nieznacznie usta i zaczerwienił się lekko, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia. Tristan zaśmiał się głośno i demonstracyjnie.
- Musisz sam się zabić, mój drogi.
- Co to za różnica? - spytał Doctor, zdezorientowany. Przecież kosmos to nadal nasza rzeczywistość. Magia nie wchodzi w grę.
- Taka, że to nie może być skażone naszym DNA, ani niczym innym - odparł kosmita, dzięki czemu Władca Czasu zaczynał już powoli rozumieć. Jednego tylko nie wiedział.
- Co z resztą ludzi? - zapytał, ale przeczuwał już jaka jest odpowiedź.
- Schwytaliśmy ich. Są nam potrzebni.
Doctor przytaknął, bo spodziewał się takiej odpowiedzi. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Mam pomysł, załóżmy się. Jeśli wygrasz zabiję się - zaczął Doctor, zdając sobie sprawę z wagi jego słów. - Jednak jeśli przegrasz wypuścisz nas wszystkich.
Po krótkim namyśle kosmita przytaknął. Władca Czasu został rozkuty, ale wciąż pilnowały go byki.
- Kim oni w ogóle są? - zapytał spoglądając na nie kątem oka.
- Gatunkiem z odległej planety - powiedział Tristan, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie nazwę ich gatunku. W którymś momencie tylko wzruszył ramionami. - Za niewielką opłatą postanowili mi pomóc - dodał, z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Stali na przeciw siebie przez chwilę badając się wzrokiem. W końcu byli na równi, co Doctora bardzo ucieszyło.
- Więc rozjaśnił mi trochę twój pomysł - odezwał się ponownie kosmita.
- Po prostu, daj mi jakieś zadanie, a ja dam jakieś tobie - odparł szatyn, z wrogością w oczach.
- Proszę bardzo, mój drogi. Zacznij w takim razie.
Doctor miał już przygotowane w głowie zadanie, więc wypalił czym prędzej:
- Zabij się - poczuł, że mimo pewności, głos mu zadrżał. Był pacyfistą, ale bardziej zależało mu na Amy niż na tym stworzeniu. Poza tym nie szanował ludzi. Nawet nie znał ich imion. Myśląc o nieruchomym ciałku trzynastoletniej dziewczyny, którą tak niedawno poznał, jeszcze bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze robi. Tristan stał chwile, a uśmiech spełzł mu z twarzy. Jednak nagle wyjął spod białego płaszcza pistolet. Doctor już myślał, że to będzie prostsze niż myślał, ale się przeliczył. Kosmita rzucił do niego broń.
- To ty pierwszy wykonaj swoje zadanie. W końcu jak umrę to nie będę mógł ci go dać - powiedział i spojrzał ukradkiem na Amy. - Zabij ją - dodał tak spokojnie, że Władcą Czasu lekko zatrzęsło. Brał taką opcje pod uwagę, kiedy proponował ten zakład. Nigdy nie pokazywać innym swoich słabości - myślał, ale mimo to zdawał sobie sprawę, że nie da się tak. Wziął w rękę pistolet i podszedł do Rudowłosej. Ona oddychała ciężko, ale sprawiała wrażenie jakby się nie bała. Doctor złapał ją za rękę i odciągnął od byka, który za poleceniem Tristana wypuścił ją. Od tyłu owinął lekko ramię wokół jej szyi, ale nie zaciskał go. Dziewczyna czuła jego ciężki oddech na karku.
- Spokojnie - wyszeptał i chwycił mocniej pistolet. Amy przełknęła ślinę, nie będąc pewna co zamierza Doctor. - Kiedy ci powiem, biegnij przed siebie. Nie odwracaj się - polecił jej tak cicho, że mimo, iż dzieliły ich tylko milimetry, ledwo go usłyszała. Doctor podniósł broń i przystawił na chwilę do jej boku i odczekał chwilę.
- Co jest z tobą nie tak? - zapytał w końcu głośno, głosem pełnym emocji.
- Nie rozumiem.
- Kto normalny daje wrogowi broń palną, kiedy on stoi parę metrów od niego? - to było bardziej stwierdzenie niekompetencji kosmity, niż pytanie. Mimo to, ten jakoś szczególnie się nie zmartwił.
- Po pierwsze te kule nie działają na mnie. Powinieneś wiedzieć, że żeby zabić mieszkańca Plektrum, trzeba mieć minerał pochodzący z innej planety. To co jest w pistolecie, to kule zachowane jeszcze z mojego domu. Ojciec był międzygwiezdnym żołnierzem, miał tego trochę.
- Pomysłowe - stwierdził Doctor, oglądając dokładnie trzymane w ręku narzędzie. - Na wojnie nie mogliście powystrzelać się nawzajem - zauważył. Nie przejmował się tym szczególnie. Od początku miał inny plan.
- Dokładnie, ale kontynuując, zauważyłem podczas moich obserwacji, że nie masz za dużej chęci mordu. No i wtedy byś nie wygrał zakładu, a podejrzewam, że twój honor jest za duży - stwierdził, ale ręka Doctora już lekko drgała.
- Są w życiu rzeczy ważniejsze od honoru - powiedział Władca Czasu cicho i podniósł szybko pistolet. Wystrzelił, ale nie trafił kosmity. Nie miał nawet takiego zamiaru. Kula poleciała dalej i spowodowała wybuch pojemnika z prochem. Rzuciło wszystkimi do tyłu, ale Doctor osłonił Amy, biorąc większą część siły wybuchu na siebie. Stali dość daleko, a do tego, Władca Czasu od razu jeszcze bardziej się odsunął, dzięki czemu nadal żyli, chociaż nieźle poturbowani. Szatyn obejrzał pospiesznie dziewczynę, po czym delikatnie, ale szybko podniósł ją do pozycji stojącej. Obmiótł wzrokiem pokój i rzucił się po jego własność. Schował śrubokręt do marynarki. Amy była ranna w paru miejscach, ale nie mogli tam pozostać, więc Doctor wypchnął ją z pomieszczenia. Biegł ile sił miał w nogach, trzymając ją za nadgarstek. Nie miał pojęcia co robić dalej. Musieli teraz uciec stamtąd, pokonać Tristana i jego armie, a potem uratować jeszcze świat.
W końcu znaleźli drzwi, które Doctor zapamiętał jako wejście do więzienia. Otworzył je i ujrzał ludzi, których spotkał tam wcześniej. Odetchnął z ulgą. Rory rzucił się ku swojej żonie i przytulił ją mocno, przez co ona nieznacznie jęknęła. Mężczyzna szybko się odsunął i dopiero wtedy zauważył, że jest ranna.
- Co się stało? - zapytał, a Amy tylko sztucznie się uśmiechnęła.
- Potem ci wyjaśnię - odparła i potargała mu włosy. - Co teraz robimy? - zapytała Doctora, który starał się skupić na czymś innym niż oni i pomagał reszcie ludzi.
- Musimy odnaleźć te ich miksturę. To znaczy, ja muszę. Wy możecie iść już do wyjścia - powiedział, a Rudowłosa od razu pokręciła głową.
- Nie po to siedziałam tu tyle czasu, żeby teraz nie pomóc ci ich zniszczyć - mówiła cicho, poważnie, głosem nie znoszącym sprzeciwu. Szatyn podszedł do niej i pocałował w czoło. Zdążył już zrozumieć, że nie da się powstrzymać tej szalonej dziewczyny. Uśmiechnął się, co ona odwzajemniła i wyprostowała się, jakby gotowa do walki.
- Moja niemożliwa Amelia Pond - zaśmiał się Doctor i wyjął z jakiejś kieszeni kolejną maść. Miał ich naprawdę dużo. W końcu podróżuje po wszechświecie już tyle lat. Ratował tyle gatunków. Odwdzięczały się na różne sposoby. Niezwykle często środkami leczniczymi. - Mamy trochę czasu, posmaruj tym rany. Po godzinie powinny zacząć zanikać.
Tymczasem on oglądał ludzi, którzy nic nie mówili. Wymieniali z nim tylko wdzięczne uśmiechy. Kiedy skończył ruszyli nie za szybko dalej korytarzem. Nagle jedna z kobiet zapytała cicho co się stało z Lydią. Doctor zatrzymał się gwałtownie i zacisnął pięści, a Amy zamknęła oczy. Tylko oni wiedzieli.
- Ona... Nie... - zaczął Władca Czasu, ale kobieta już zaczęła cicho płakać. - Przepraszam - jęknął Doctor, czując, że ma wilgotne oczy. Zdawał sobie sprawę, że ona zginęła tylko dlatego, że zaczynało mu na niej zależeć. Na jej bezpieczeństwie. Zdawał sobie też sprawę, że z Amy może się stać kiedyś to samo. Mimo to nie potrafił się od niej uwolnić. Nawet jak próbował dać jej normalne życie.
- Co dokładnie musimy teraz zrobić? - spytał Rory, przerywając ciszę.
- Odprowadzić ich w bezpieczne miejsce, a potem znaleźć te całą miksturę tych stworzeń i ją zniszczyć.
Dziwnie bezproblemowo wydostali się z twierdzy i dobiegli do TARDIS. Władca Czasu przejechał palcami po panelu kontrolnym. Amy poszła się trochę odświeżyć i wróciła z mokrymi włosami i w świeżych ubraniach. Podeszła do Doctora, chcąc z nim porozmawiać.
- Jakiś plan? - spytała, opierając się o panel maszyny.
- Odstawię ich teraz do ich domów. Potem tu wrócimy, odnajdziemy miksturę i coś z nią zrobimy. Weź ze sobą co uważasz - wyjaśnił pokrótce i spojrzał na dziewczyną z troską. - Na pewno nie boisz się tam wracać? - zapytał i zaczął bawić się kosmykiem jej jeszcze wilgotnych włosów.
- Teraz ty jesteś przy mnie. Nie mam się czego bać - stwierdziła, co niezwykle zabolało siedzącego z boku Williamsa. Wstał i podszedł do niej.
- Też tu jestem - zauważył ze złością w oczach.
- Nie o to mi chodziło, Rory - odparła Amy, zdenerwowana jego zazdrością. - Nie przesadzasz? - dodała, co jeszcze bardziej ukłuło mężczyznę. Doctor skupił się na wpisywaniu kolejnych koordynat, żeby porozwozić ludzi.
- Nie, nie przesadzam. Zapominasz o mnie, też tam byłem! Też cię ratowałem! Tylko potem Doctor kazał mi odprowadzić bezpiecznie tych ludzi...
- Udało ci się? - zapytała Amy ironicznie.
- Dajcie spokój. Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż wasze kłótnie - warknął Władca Czasu. - Pani gdzie mieszka? - zapytał kolejnej kobiety.
- Pomogę wam. Lydia... była moją córką - powiedziała cicho, ale stanowczo, a Doctor pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Odpocznijcie. Ruszamy z rana - odparł, na co wszyscy się rozeszli. On sam rzucił się na łóżko w swoim pokoju i ze złością uderzył parę razy w poduszkę. Tyle razy kogoś tracił, coś mu się nie udawało, a mimo to za każdym razem bolało równie mocno. Zasnął, wpatrując się w sufit, z łzami na policzkach. Tak, ostatnio zdecydowanie za często płakał.
______________________________________________________________
Dobra, skończone! Liczyłam, że napiszę to choć trochę szybciej, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że nie jest, aż takie słabe jak mi się wydaje, że jest :P Piszcie komentarze, proszę. To motywuje i dzięki nim wiem, co mam poprawić.
Tak czy siak, do kolejnego rozdziału! ^^
- Kto, przepraszam? - spytał Tristan, wyraźnie zaskoczony.
- Niewielka dziewczynka, około trzynastu lat - odparł pospiesznie szatyn, lekko poirytowany. - Była przy nas, kiedy zapaliłeś światła - dodał, a kosmita zaczął sobie przypominać o kogo chodzi.
- A, ona - powiedział krótko i wzruszył ramionami. - Nie żyje.
Doctorem wstrząsnęło i miał teraz ochotę osobiście udusić stojące przed nim stworzenie. Amy wstrzymała oddech, nie mogąc uwierzyć w obojętność tego stwora.
- Co się z nią stało? - zapytała, przez co byk złapał ją jeszcze mocniej. Jęknęła cicho. Doctor wpatrywał się w swoje dłonie, próbując poukładać myśli. Tristan kolejny raz wzruszył lekko ramionami.
- Za bardzo się kręciła - stwierdził, a Doctor wybuchł i zaczął się rzucać w miejscu.
- Wy bezduszne stworzenia! Czym ona wam zawiniła?! To było jeszcze dziecko! - krzyczał. Nawet Amelia nigdy wcześniej nie widziała, żeby tak się zdenerwował. - Czego od nas chcecie? - spytał wolniej, łapiąc oddech.
- Wystarczy, że oddasz nam swoją moc - powiedział stwór i uśmiechnął się półgębkiem. - Dokładniej swoją krew. To ostatnie czego nam potrzeba.
Amy chciała coś krzyknąć, ale poczuła jak uścisk jeszcze bardziej się na niej zaciska, więc ucichła i wpatrywała się przerażona w Władcę Czasu.
- Do czego wam ona? - warknął on, na co kosmita pokręcił głową z dezaprobatą.
- Doctor, Doctor... Grzeczniej proszę. Długa historia - pewna mikstura, umożliwiająca jedną rzecz. Zmianę tego tępego gatunku w nas - wyjaśnił, szczerząc się sam do siebie.
- Ja uważam, że oni są całkiem sympatyczni - powiedział Doctor, starając się zachować spokój. - Jeśli pozwolę ci się zabić, oni i tak wyginą, więc co to dla mnie za różnica? Poza tym, jestem zakuty. Mógłbyś mnie zabić teraz gdyby nie chodziło o coś więcej.
- Bystry jesteś. No, do pewnego stopnia. Na prawdę nie wiesz na czym polega ten wywar?
Szatyn otworzył nieznacznie usta i zaczerwienił się lekko, zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia. Tristan zaśmiał się głośno i demonstracyjnie.
- Musisz sam się zabić, mój drogi.
- Co to za różnica? - spytał Doctor, zdezorientowany. Przecież kosmos to nadal nasza rzeczywistość. Magia nie wchodzi w grę.
- Taka, że to nie może być skażone naszym DNA, ani niczym innym - odparł kosmita, dzięki czemu Władca Czasu zaczynał już powoli rozumieć. Jednego tylko nie wiedział.
- Co z resztą ludzi? - zapytał, ale przeczuwał już jaka jest odpowiedź.
- Schwytaliśmy ich. Są nam potrzebni.
Doctor przytaknął, bo spodziewał się takiej odpowiedzi. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę.
- Mam pomysł, załóżmy się. Jeśli wygrasz zabiję się - zaczął Doctor, zdając sobie sprawę z wagi jego słów. - Jednak jeśli przegrasz wypuścisz nas wszystkich.
Po krótkim namyśle kosmita przytaknął. Władca Czasu został rozkuty, ale wciąż pilnowały go byki.
- Kim oni w ogóle są? - zapytał spoglądając na nie kątem oka.
- Gatunkiem z odległej planety - powiedział Tristan, najwyraźniej próbując przypomnieć sobie nazwę ich gatunku. W którymś momencie tylko wzruszył ramionami. - Za niewielką opłatą postanowili mi pomóc - dodał, z szyderczym uśmiechem na twarzy.
Stali na przeciw siebie przez chwilę badając się wzrokiem. W końcu byli na równi, co Doctora bardzo ucieszyło.
- Więc rozjaśnił mi trochę twój pomysł - odezwał się ponownie kosmita.
- Po prostu, daj mi jakieś zadanie, a ja dam jakieś tobie - odparł szatyn, z wrogością w oczach.
- Proszę bardzo, mój drogi. Zacznij w takim razie.
Doctor miał już przygotowane w głowie zadanie, więc wypalił czym prędzej:
- Zabij się - poczuł, że mimo pewności, głos mu zadrżał. Był pacyfistą, ale bardziej zależało mu na Amy niż na tym stworzeniu. Poza tym nie szanował ludzi. Nawet nie znał ich imion. Myśląc o nieruchomym ciałku trzynastoletniej dziewczyny, którą tak niedawno poznał, jeszcze bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dobrze robi. Tristan stał chwile, a uśmiech spełzł mu z twarzy. Jednak nagle wyjął spod białego płaszcza pistolet. Doctor już myślał, że to będzie prostsze niż myślał, ale się przeliczył. Kosmita rzucił do niego broń.
- To ty pierwszy wykonaj swoje zadanie. W końcu jak umrę to nie będę mógł ci go dać - powiedział i spojrzał ukradkiem na Amy. - Zabij ją - dodał tak spokojnie, że Władcą Czasu lekko zatrzęsło. Brał taką opcje pod uwagę, kiedy proponował ten zakład. Nigdy nie pokazywać innym swoich słabości - myślał, ale mimo to zdawał sobie sprawę, że nie da się tak. Wziął w rękę pistolet i podszedł do Rudowłosej. Ona oddychała ciężko, ale sprawiała wrażenie jakby się nie bała. Doctor złapał ją za rękę i odciągnął od byka, który za poleceniem Tristana wypuścił ją. Od tyłu owinął lekko ramię wokół jej szyi, ale nie zaciskał go. Dziewczyna czuła jego ciężki oddech na karku.
- Spokojnie - wyszeptał i chwycił mocniej pistolet. Amy przełknęła ślinę, nie będąc pewna co zamierza Doctor. - Kiedy ci powiem, biegnij przed siebie. Nie odwracaj się - polecił jej tak cicho, że mimo, iż dzieliły ich tylko milimetry, ledwo go usłyszała. Doctor podniósł broń i przystawił na chwilę do jej boku i odczekał chwilę.
- Co jest z tobą nie tak? - zapytał w końcu głośno, głosem pełnym emocji.
- Nie rozumiem.
- Kto normalny daje wrogowi broń palną, kiedy on stoi parę metrów od niego? - to było bardziej stwierdzenie niekompetencji kosmity, niż pytanie. Mimo to, ten jakoś szczególnie się nie zmartwił.
- Po pierwsze te kule nie działają na mnie. Powinieneś wiedzieć, że żeby zabić mieszkańca Plektrum, trzeba mieć minerał pochodzący z innej planety. To co jest w pistolecie, to kule zachowane jeszcze z mojego domu. Ojciec był międzygwiezdnym żołnierzem, miał tego trochę.
- Pomysłowe - stwierdził Doctor, oglądając dokładnie trzymane w ręku narzędzie. - Na wojnie nie mogliście powystrzelać się nawzajem - zauważył. Nie przejmował się tym szczególnie. Od początku miał inny plan.
- Dokładnie, ale kontynuując, zauważyłem podczas moich obserwacji, że nie masz za dużej chęci mordu. No i wtedy byś nie wygrał zakładu, a podejrzewam, że twój honor jest za duży - stwierdził, ale ręka Doctora już lekko drgała.
- Są w życiu rzeczy ważniejsze od honoru - powiedział Władca Czasu cicho i podniósł szybko pistolet. Wystrzelił, ale nie trafił kosmity. Nie miał nawet takiego zamiaru. Kula poleciała dalej i spowodowała wybuch pojemnika z prochem. Rzuciło wszystkimi do tyłu, ale Doctor osłonił Amy, biorąc większą część siły wybuchu na siebie. Stali dość daleko, a do tego, Władca Czasu od razu jeszcze bardziej się odsunął, dzięki czemu nadal żyli, chociaż nieźle poturbowani. Szatyn obejrzał pospiesznie dziewczynę, po czym delikatnie, ale szybko podniósł ją do pozycji stojącej. Obmiótł wzrokiem pokój i rzucił się po jego własność. Schował śrubokręt do marynarki. Amy była ranna w paru miejscach, ale nie mogli tam pozostać, więc Doctor wypchnął ją z pomieszczenia. Biegł ile sił miał w nogach, trzymając ją za nadgarstek. Nie miał pojęcia co robić dalej. Musieli teraz uciec stamtąd, pokonać Tristana i jego armie, a potem uratować jeszcze świat.
W końcu znaleźli drzwi, które Doctor zapamiętał jako wejście do więzienia. Otworzył je i ujrzał ludzi, których spotkał tam wcześniej. Odetchnął z ulgą. Rory rzucił się ku swojej żonie i przytulił ją mocno, przez co ona nieznacznie jęknęła. Mężczyzna szybko się odsunął i dopiero wtedy zauważył, że jest ranna.
- Co się stało? - zapytał, a Amy tylko sztucznie się uśmiechnęła.
- Potem ci wyjaśnię - odparła i potargała mu włosy. - Co teraz robimy? - zapytała Doctora, który starał się skupić na czymś innym niż oni i pomagał reszcie ludzi.
- Musimy odnaleźć te ich miksturę. To znaczy, ja muszę. Wy możecie iść już do wyjścia - powiedział, a Rudowłosa od razu pokręciła głową.
- Nie po to siedziałam tu tyle czasu, żeby teraz nie pomóc ci ich zniszczyć - mówiła cicho, poważnie, głosem nie znoszącym sprzeciwu. Szatyn podszedł do niej i pocałował w czoło. Zdążył już zrozumieć, że nie da się powstrzymać tej szalonej dziewczyny. Uśmiechnął się, co ona odwzajemniła i wyprostowała się, jakby gotowa do walki.
- Moja niemożliwa Amelia Pond - zaśmiał się Doctor i wyjął z jakiejś kieszeni kolejną maść. Miał ich naprawdę dużo. W końcu podróżuje po wszechświecie już tyle lat. Ratował tyle gatunków. Odwdzięczały się na różne sposoby. Niezwykle często środkami leczniczymi. - Mamy trochę czasu, posmaruj tym rany. Po godzinie powinny zacząć zanikać.
Tymczasem on oglądał ludzi, którzy nic nie mówili. Wymieniali z nim tylko wdzięczne uśmiechy. Kiedy skończył ruszyli nie za szybko dalej korytarzem. Nagle jedna z kobiet zapytała cicho co się stało z Lydią. Doctor zatrzymał się gwałtownie i zacisnął pięści, a Amy zamknęła oczy. Tylko oni wiedzieli.
- Ona... Nie... - zaczął Władca Czasu, ale kobieta już zaczęła cicho płakać. - Przepraszam - jęknął Doctor, czując, że ma wilgotne oczy. Zdawał sobie sprawę, że ona zginęła tylko dlatego, że zaczynało mu na niej zależeć. Na jej bezpieczeństwie. Zdawał sobie też sprawę, że z Amy może się stać kiedyś to samo. Mimo to nie potrafił się od niej uwolnić. Nawet jak próbował dać jej normalne życie.
- Co dokładnie musimy teraz zrobić? - spytał Rory, przerywając ciszę.
- Odprowadzić ich w bezpieczne miejsce, a potem znaleźć te całą miksturę tych stworzeń i ją zniszczyć.
Dziwnie bezproblemowo wydostali się z twierdzy i dobiegli do TARDIS. Władca Czasu przejechał palcami po panelu kontrolnym. Amy poszła się trochę odświeżyć i wróciła z mokrymi włosami i w świeżych ubraniach. Podeszła do Doctora, chcąc z nim porozmawiać.
- Jakiś plan? - spytała, opierając się o panel maszyny.
- Odstawię ich teraz do ich domów. Potem tu wrócimy, odnajdziemy miksturę i coś z nią zrobimy. Weź ze sobą co uważasz - wyjaśnił pokrótce i spojrzał na dziewczyną z troską. - Na pewno nie boisz się tam wracać? - zapytał i zaczął bawić się kosmykiem jej jeszcze wilgotnych włosów.
- Teraz ty jesteś przy mnie. Nie mam się czego bać - stwierdziła, co niezwykle zabolało siedzącego z boku Williamsa. Wstał i podszedł do niej.
- Też tu jestem - zauważył ze złością w oczach.
- Nie o to mi chodziło, Rory - odparła Amy, zdenerwowana jego zazdrością. - Nie przesadzasz? - dodała, co jeszcze bardziej ukłuło mężczyznę. Doctor skupił się na wpisywaniu kolejnych koordynat, żeby porozwozić ludzi.
- Nie, nie przesadzam. Zapominasz o mnie, też tam byłem! Też cię ratowałem! Tylko potem Doctor kazał mi odprowadzić bezpiecznie tych ludzi...
- Udało ci się? - zapytała Amy ironicznie.
- Dajcie spokój. Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż wasze kłótnie - warknął Władca Czasu. - Pani gdzie mieszka? - zapytał kolejnej kobiety.
- Pomogę wam. Lydia... była moją córką - powiedziała cicho, ale stanowczo, a Doctor pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Odpocznijcie. Ruszamy z rana - odparł, na co wszyscy się rozeszli. On sam rzucił się na łóżko w swoim pokoju i ze złością uderzył parę razy w poduszkę. Tyle razy kogoś tracił, coś mu się nie udawało, a mimo to za każdym razem bolało równie mocno. Zasnął, wpatrując się w sufit, z łzami na policzkach. Tak, ostatnio zdecydowanie za często płakał.
______________________________________________________________
Dobra, skończone! Liczyłam, że napiszę to choć trochę szybciej, ale wyszło jak wyszło. Mam nadzieję, że nie jest, aż takie słabe jak mi się wydaje, że jest :P Piszcie komentarze, proszę. To motywuje i dzięki nim wiem, co mam poprawić.
Tak czy siak, do kolejnego rozdziału! ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz