poniedziałek, 22 lutego 2016

Info

Chciałam krótko poinformować, że kolejny rozdział nie pojawi się w nabliższym czasie. Laptop się zepsuł, a nie uśmiecha mi się pisać na komórce. Nie wiem ile będzie w naprawie (jeśli okaże się, że dłużej niż dwa tygodnie wymyślę coś, żeby napisać go w jakiś inny sposób, na przykład na biblioteczbych komputerach, chociaż to też niezbyt optymistyczna opcja...). Do tego okazało się, że w żaden sposób nie da się odzyskać danych. Super. Parę sezonów Doctora ściągnięych na kompa, setki zdjęć i obrazków, prace z tabletu graficznego przepadły. Bez dwóch zdań mam jakiegoś pieprzonego pecha, no ale cóż - żyje się dalej.
To do napisania. Postaram się zrobić to jakoś szybko, ale nie obiecuję, że wstawię coś w najbliższym tygodniu...

czwartek, 18 lutego 2016

Rozdział 10

Przepraszam, że ostatnio tak długi zajmuje mi pisanie, ale dużo ostatnio roboty w szkole i poza nią :P Mam nadzieję, że mi to wybaczycie!
____________________________________________________________________________

   Nie mieli żadnego planu. Doctor w sumie rzadko miewał jakiekolwiek plany. Postanowili się po prostu rozejrzeć. Widząc straże przy bramie, przebiegli schyleni do innej ściany. Władca Czasu poprosił Rory'ego, żeby go podsadził, żeby mógł zajrzeć do okna. Spojrzał w prawo i w lewo, a nie widząc nikogo, podciągnął się do środka. Wychylił się, żeby podać dłoń towarzyszowi. On też dostał się do wnętrza budynku. Był udekorowany bardzo ubogo. Gdzieniegdzie wisiały pojedyncze, zniszczone obrazy. To było w sumie wszystko. Ogólnie, panował tam półmrok, a wraz z zagłębianiem się wgłąb korytarzy robiło się coraz ciemniej. Doctor wyjął z marynarki swoją latarkę, która wyglądała bardziej jak miecz świetlny.
- Musimy uważać, bo skoro oni żyją w takich ciemnościach, widzą pewnie o wiele lepiej od nas - powiedział, a po chwili namysłu dodał: - albo są ślepe i mają lepsze wszystkie inne zmysły. W skrócie - znajdą nas szybciej niż my zdamy sobie sprawę, że ktoś tu jest.
Rory nic nie odpowiedział i tylko starał się nie wpaść na nic po drodze. Dzięki 'latarce' Doctora widzieli chociaż najbliższe trzy metry. Na szczęście korytarze były tak wąskie, że światło padało na obie ściany i widać było gdy zakręcały. Szli w ciszy przez dobre parędziesiąt minut, zanim usłyszeli ochrypłe głosy z ich lewej strony. Doctor schował swój 'miecz świetlny' i po omacku zaczął kierować się ku dźwiękom. Rory szedł tuż za nim i prawie na niego wpadł, kiedy ten się zatrzymał. Doctor przycisnął go ręką do ściany i uciszył. Tuż obok, zza zakrętem, ktoś gwałtownie się poruszył. Obaj mężczyźni wstrzymali oddechy, ale na szczęście było to zbędne, bo nikt ich nie usłyszał. Stworzenia wróciły do rozmowy, prowadzonej w jakimś dziwnym języku. Jako Władca Czasu, szatyn wszystko rozumiał, ale jego towarzysz nie miał pojęcia o co chodzi. Kiedy głosy ucichły, Doctor zaczął wyprowadzać Rory'ego jak najdalej, żeby wyjaśnić mu o czym rozmawiali. Gdy byli już dość daleko, zaczął:
- Ogólnie nie potrafię rozpoznać co to za gatunek - rozmawiają w dość uniwersalnym języku. W skrócie chcą podbić Ziemie.
- Czyli pewnie nic nowego? - zapytał Rory, nieco ironicznie.
- Dokładnie - stwierdził szatyn, jakby w ogóle nie wyczuł sarkazmu. - Potrzebują więcej ludzi, tylko, że nie mam pojęcia do czego. Wspominali też coś o jakiejś tajnej broni. Pewnie wszystko, co istotne, schowali wgłębi tych ruin. Trzeba się dowiedzieć co...
- Najpierw musimy znaleźć Amy - powiedział stanowczo mężczyzna i ruszył do przodu, po omacku, trzymając się ściany. Doctor poszedł za nim i wyciągnął swoje światło. Nie zajęło im dużo, aż usłyszeli jak ktoś porusza się szybko, kawałek przed nimi. Ukryli latarkę i przywarli do ściany, jak wcześniej, ale nie dało im to zbyt wiele. Mimo, że nic nie widzieli, to ktoś inny widział ich. Jedno ze stworzeń złapało Rory'ego za kurtkę, a drugie złapało Władcę Czasu pod szyją i uniósł nieco.
- N-Nie mamy złych z-zamiarów - mówił szybko, łapczywie łapiąc powietrze i próbując się utrzymać na wielkiej łapie stwora, żeby się nie udusić. Ten mruknął coś do drugiego i przerzucił Doctora przez ramię, powodując u niego lekki odruch wymiotny. Po odgłosach, zrozumiał, że Rory'ego spotkało to samo. Nieśli ich tak przez jakiś czas, a potem zrzucili dość brutalnie na ziemie. Obaj rozmasowali obolałe kości i próbowali się rozejrzeć, ale nic nie widzieli. W końcu Doctor po prostu zaryzykował i wyjął swój 'miecz'. Rozświetlił pomieszczenie i zobaczył skulonych w rogu ludzi, którzy skrzywili się pod wpływem światła. Pewnie nie było go tu od bardzo dawna. Było ich około dziesięciu, w tym mężczyźni, kobiety i dwójka dzieci. Poczuł wstręt do istot, które je tu zamknęły i przeczołgał się do nich.
- Witam, nazywam się Doctor - przedstawił się z niewielkim uśmieszkiem. - Przybyłem was uratować - dodał i poczochrał po włosach małego, paroletniego chłopca. Williams też powoli się przysunął i rozejrzał wokół.
- Co tu się dzieje? - zapytał cicho, coraz bardziej zaniepokojony. Władca Czasu myślał chwilę w ciszy, a potem wydusił jeszcze ciszej:
- J-ja nie wiem - zająknął się nieznacznie, ale zaraz wrócił mu jego zwyczajny wigor. - Ale się dowiem!
Po tym wstał, a raczej wskoczył do pozycji stojącej i zaczął przechadzać się po pokoju, oświetlając swoją latarką wszystkie zakamarki. Zero okien i tylko jedne, i to zamknięte, drzwi.
- Myśl, myśl, myśl - powtarzał sobie, ale w końcu usiadł koło ludzi. - Mogę zadać parę pytań?
Niektórzy dorośli nieco się wycofali, ale na przód wypełzła dziewczynka w wieku około trzynastu lat i usiadła przed Doctorem po turecku. Wyglądała na pewną i odważną, ale szatyn wiedział, że w środku bardzo się boi. Znał dzieci bardzo dobrze i były to dla niego fascynujące stworzenia. Nachylił się nieco do niej i uśmiechnął krzepiąco.
- Jak się nazywasz? - zapytał, a dziewczynka poruszyła się niespokojnie.
- Lydia - odparła cicho, ale pewnie. Doctor pomyślał, że jest bardzo podobna do Amy. Przynajmniej pod względem charakteru, bo mała miała bardzo długie ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Obie były pewne siebie i starały się być odważniejsze niż były na prawdę. Szatyn zaciął się na myśl o Rudej, ale szybko wrócił do płynnej rozmowy.
- Bardzo ładne imię - stwierdził, chcąc pokazać, że nie jest groźny. - Jak długo tu jesteście? - dodał bardziej poważnie, ale Lydia rozejrzała się po innych twarzach.
- Nikt tego nie wie - oznajmiła, a Doctor zdziwił się lekko.
- A co się tutaj dotąd działo?
- W sumie nic. Każdego ranka i wieczoru dostajemy jedzenie, ale w sumie nic nie widzimy - powiedziała ciemnowłosa. Władcy Czasu tyle wystarczało. Wstał pospiesznie i rozejrzał się jeszcze raz. Nagle przełknął ślinę i odwrócił się, zdając sobie z czegoś sprawę.
- Było tu więcej ludzi? - zapytał, myśląc gorączkowo, o tym jak mógł o tym zapomnieć.
- Nie, tylko my... Tak mi się wydaje - odparła jakaś kobieta z tyłu.
Doctor poczochrał swoje ciemne włosy i zaczął chodzić w kółko, zastanawiając się co mogli zrobić.
- Na pewno? Skupcie się! Miała wspaniałe rude włosy, kasztanowe oczy...
- My nic nie widzieliśmy, Doctorze - odezwała się niepewnie Lydia, nie rozumiejąc co się dzieje. Ten jeszcze bardziej się zdenerwował i pokręcił gwałtownie głową.
- Nie, nie, nie, coś tu nie gra! Dlaczego nie trzymają jej tutaj?! - powiedział sam do siebie, a Rory bardziej zainteresował się jego słowami.
- Co masz przez to na myśli? Ona może...
- Nie! Ona żyje - na pewno! Kontaktowała się ze mną tego wieczoru - odparł szybko Doctor i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że się wygadał. Westchnął, przeczuwając, że Williams się na niego wkurzy. Nie pomylił się zbytnio.
- Dlaczego nic nie mówiłeś?! Dlaczego mnie nie zawołałeś?! - warknął mężczyzna, a Władca Czasu próbował go uspokoić, ale nie szło mu to za dobrze.
- Daj pokój! Ważne, że wiemy, że jest cała i zdrowa!
Rory ucichł dopiero na te słowa i wycofał się do rogu pomieszczenia. Nagle odezwała się ciemnowłosa dziewczyna.
- Co się stało? - zapytała stanowczo, podnosząc się. Podeszła bliżej i dotknęła go jakby był najdelikatniejszą rzeczą na świecie. Doctor obejrzał się na nią i znowu zdał sobie sprawę, że dzieci widzą więcej. Widzą wnętrze człowieka (i nie tylko) świdrując go tymi swoimi przeszywającymi ślepiami. Uśmiechnął się nieznacznie i niewesoło.
- Straciłem kogoś bliskiego. Nawet bardzo bliskiego - odparł Doctor opierając głowę o ścianę. Rory podniósł na niego wzrok.
- To musisz go odzyskać - stwierdziła Lydia, jakby to była najbardziej oczywista rzeczna świecie. Szatyn spojrzał na nią uważnie.
- Oczywiście, zrobię to, ale...
- Ale co? - wypytywała dziewczyna, a Doctor nieco się speszył.
- Boli mnie fakt, że kiedyś mnie zostawi... Albo ja ją - dla jej dobra - zwierzył się, nie patrząc na nią.
- Jak to?
Szatyn nieco się podenerwował. Za dużo ciężkich pytań. Wyjął śrubokręt, zbadał wszystko wokół i zastanawiał się jak uciec, żeby nikt ich nie zobaczył. Bo z samym otwarciem zamka nie będzie problemu.
-  Kochasz ją - spytała, szepcząc Lydia, a Doctor przełknął ślinę.
- Ale to nie tak.
- Właśnie, że tak. Daj spokój. Na razie i tak nie uciekniemy, bo nas zobaczą. Musisz wymyślić jakiś plan, a w tym czasie możemy porozmawiać. Umowa stoi? - zapytała dziewczyna, cały czas w pełni poważna. Władca Czasu zastanawiał się chwilę czy to dobry pomysł, ale przytaknął i uśmiechnął się lekko.

***

    Tymczasem Amy straciła już rachubę - kiedy był dzień, kiedy wieczór i ile dni już tam była. Czuła się nieswojo. Dostawała jedzenie, mogła się co jakiś czas umyć, ale to wcale nie poprawiało sytuacji - nic nie widziała, a jedyne co słyszała, to przychodzące do niej od czasu do czasu stwory. Zauważyła, a raczej wyczuła kiedyś dłońmi, że zostawiały za sobą ten sam śluz, co ten który ostatnio pozostał na jej ręce. Nie miał zapachu, a smaku wolała nie sprawdzać. Wszystko działo się spokojnie i rutynowo, dopóki komunikator nie wypadł jej z ręki po ostatnim kontakcie z Doctorem. Nie mogła go znaleźć, ale za to stworzenie nie miało z tym większych problemów i wyraźnie się na nią wkurzyło. Krzyczało coś do swoich kompanów, a po tym jak Amy zaczęła do niego krzyczeć, by jej to oddał, ten w końcu ją uderzyło. Jęknęła cicho, a on z resztą wyszedł z pomieszczenia. Nie lubiła bezsilności. Chciała działać, uwolnić się. W końcu była Amelią Pond! Nie mogła tak po prostu się poddać. Zwłaszcza teraz - kiedy straciła jakikolwiek kontakt z Doctorem. Nie wiadomo, który już raz próbowała wyswobodzić dłoń z uwięzi. Wtedy wpadła na pomysł. Wzięła trochę śluzu i spróbowała użyć go niczym masła w hollywoodzkich filmach, żeby ręka sama jej się wyślizgnęła. O dziwo udało jej się. Tylko, że nie wiedziała co dalej. Wstała powoli i bezskutecznie się rozejrzała. Ruszyła niepewnie przed siebie z wyciągniętymi rękoma. Kiedy wyczuła przed sobą ścianę, zaczęła się poruszać wzdłuż niej, aż doszła do jakiegoś przejścia i wkroczyła w jeden z wielu tuneli. Dotknęła dłońmi obu ścian, po jej bokach i szła przed siebie, licząc na trochę światła. 

***

- Więc co chcesz o mnie wiedzieć? - spytał Doctor siadając koło młodej dziewczyny. 
- Wszystko - oznajmiła mu, uśmiechając się szelmowsko. - Może zacznij od tego kim jesteś.
Ten zastanawiał się chwilę, ale odpowiedział zgodnie z prawdą:
- Kosmitą, a dokładniej Władcą Czasu z odległej planety, która już nie istnieje - jestem ostatni.
Lydia zamilkła na chwilę i wskazała głową na Rory'ego:
- A ten to kto? - spytała mrużąc lekko oczy. 
- Mąż owej bliskiej mi osoby - Doctor ze zdziwieniem zauważył, że był nieco za oschły. Dziewczynka wydała cichy, ale długi jęk i spojrzała na niego wzrokiem mówiącym "Masz facet przerąbane". Szatyn spojrzał na nią pytająco, a gdy zdał sobie sprawę o co jej chodziło, mimo sprzeciwu wszystkich jego wewnętrznych narządów, odparł stanowczo:
- Nie, nie kocham jej! Ma męża, szczęśliwe życie. Nie mógłbym jej tego zepsuć. Po prostu... Bardzo mi na niej zależy i ma bardzo ładne włosy - mimowolnie przełknął ślinę na ich wspomnienie. 
- Czego nie przyznasz tego sam przed sobą? Powiedz to głośno - tak jest łatwiej. 
- Przypominam, że Rory tu siedzi. 
Na te słowa mężczyzna wstał i podszedł do nich. 
- Co ja? - zapytał i spojrzał po ich twarzach. 
- Idziemy ratować Amy. I wszystkich tu obecnych - powiedział Doctor i wstał gwałtownie, wyrównując się z Williamsem. Spojrzał mu w oczy, z nieświadomą wrogością i zamrugał parę razy, żeby się jej pozbyć. Podbiegł do drzwi i otworzył je. - Najwyżej sparaliżuję je śrubokrętem - dodał i krzycząc 'geronimo' kopnął drzwi najmocniej jak umiał. One odleciały do tyłu, a za nimi nikogo nie ujrzeli.
- Rory... - zaczął Doctor, staranie dobierając słowa. - Musisz zaprowadzić tych ludzi do wyjścia.
- A ty? - spytał podejrzliwie mężczyzna.
- Muszę uratować Amy - stwierdził szatyn, wciskając swojemu towarzyszowi latarkę do ręki. - Tobie bardziej się przyda.
- Chyba nie myślisz, że tak ją...
- Ktoś musi pomóc tym ludziom, a ja poradzę sobie lepiej jeśli natknę się na te stworzenia. Idźcie już! - popchnął go do przodu niecierpliwie, a sam zaczął podążać wgłąb korytarzy. Kiedy poczuł jak bardzo się denerwuje, zrozumiał jak bardzo mu na niej zależy. Stała się częścią niego jak wiele poprzednich jego towarzyszy, ale... To było coś magicznego. To uczucie było nawet silniejsze od tego, które czuł do Rose. Zamknął oczy, mimo i tak otaczającej go ciemności. Starał się wysilić wszystkie inne zmysły, gdy nagle poczuł, że coś w niego uderzyło. Odsunął się gwałtownie, ale nie wyczuwając, by to coś się do niego zbliżało, sam to zrobił. Wyciągnął rękę i poczuł ludzką dłoń. Złapał ją mocniej i wyciągnął drugą dłoń, żeby złapać mocniej kogoś kto próbował mu się wyrwać.
- Amy, to ty? - zapytał, starając się odnaleźć jej twarz w ciemności.
- Doctor?
Ten przytulił ją do siebie, pozwalając spokojnie spłynąć paru niesfornym łzom po policzku. Nie mógł jej zobaczyć, ale przejechał łagodnie palcami po jej ramieniu i w ten sposób odnalazł jej policzek.
- Nic ci nie jest? - dodał szeptem, przybliżając się, w nieudanej próbie zobaczenia jakichś szczegółów jej twarzy.
- Wydaję mi się, że nie - odpowiedziała dziewczyna, łapiąc się kurczowo za marynarkę Doctora. - Ale mnie tu już nie zostawiaj!
- Nigdy - odparł Doctor i uśmiechnął się. W końcu miał ją bezpieczną przy sobie. Zaśmiał się cicho i zaczął się powoli cofać korytarzem, łapiąc ją mocno za rękę.
- To jak uciekłaś? - spytał bardzo cicho, przysuwając się do niej, ale wciąż idąc do przodu.
- No, po prostu wyswobodziłam się i wyszłam - powiedziała jeszcze ciszej Amy. Doctor pokiwał tylko głową i trzymając się ściany szedł przed siebie. Nagle usłyszał przed sobą znajomy krzyk. Rozpoznał, że to Lydia i rzucił się do przodu, wciąż trzymając Amy za rękę. Uderzył w coś po drodze głową i zatoczył się do tyłu, na dziewczynę, która go podtrzymała. Wtedy coś innego pociągnęło ją do tyłu, a szatyn upadł na ziemie. Słyszał jak rudowłosa próbowała się wyrwać. Poruszył się niespokojnie, próbując zrozumieć co się dzieje.
- Ah, Doctor, chyba nie myślałeś, że damy ci ją zabrać - stwierdził jakiś głos przed nim, któremu towarzyszyły pospieszne kroki.
- Przy mnie jakoś nie paliłeś się do tego, by powiedzieć coś po ludzku - warknęła Amelia, a trzymający ją stwór złapał ją mocniej.
- Skąd wiesz jak mnie zwą? - spytał Władca Czasu, podnosząc się niezdarnie.
- Dużo o tobie słyszałem, wiesz? Na przykład, że dopuściłeś, by twój gatunek wymarł, albo, że lubisz narażać życie swoich towarzyszy - szepnął mu głos do ucha, a on poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odsunął się szybko, oddychając szybko.
- Czego chcecie? Kim jesteście? - Doctor starał się mówić bardzo spokojnie, ale osobnik przed nim tylko się zaśmiał.
- Oh, Doctorze - dowiesz się w swoim czasie - po tych słowach było słychać tylko cichy klik i nagle wokół nich zabłysły wszelakie pochodnie i wtedy było widać cokolwiek. Doctor spojrzał na Amy - była wymęczona, ale jak zwykle waleczna, z tym swoim błyskiem w oku. Potem rozejrzał się uważnie dookoła, kiedy zobaczył jak Lydia nieprzytomnie spoczywa w ramionach jakiegoś stwora. Wyglądał jak wielki byk, stojący na tylnych nogach. Wokół były jeszcze trzy takie stwory - jeden trzymał jego ukochaną, a drugi stał za mówcą. Ten był dość wychudzonym, człekopodobnym stworem. Do ramion miał przyczepione swego rodzaju błony, a na głowie żadnych włosów, a za to dość wysoko postawione, nietoperze uszy. Wyglądał jak hybryda nietoperza, ryby i człowieka. Ciężko to opisać. Szatyn chciał coś powiedzieć, wykrzyczeć, ale nie zdążył.
- Pozwól, że weźmiemy cię ze sobą - odparł nietoperz, a jeden z byków uderzył go mocno w głowę, pozbawiając go przytomności.
_______________________________________________________________________
Jeszcze raz przepraszam, że to tyle trwało, ale miałam mało czasu w tym tygodniu. Kolejne rozdziały powinny pojawiać się trochę szybciej, ale najdłużej mogą mi zająć tydzień. Mam nadzieję, że się podobało i, że nadal ktoś to czyta :P

piątek, 12 lutego 2016

Rozdział 9

Od razu na początku chciałabym podziękować wszystkim, którzy to czytają - zbliżam się do 10 rozdziału i na prawdę cieszy mnie to, że nie piszę tego sama dla siebie! Komentarze i gwiazdki (głównie na Wattpadzie) naprawdę motywują :)
______________________________________________________________

    Minęły trzy dni, od porwania Amy, a Doctor i Rory nie dostali żadnego znaku życia od dziewczyny. Zaczęli się coraz bardziej martwić, a Władca Czasu desperacko próbował odnaleźć sygnał z komunikatora Amy, tylko za pomocą pierwszego kontaktu z nią. Jednak TARDIS to chyba nie wystarczało. Potrzebowała aktualnego połączenia z nią. Williams natomiast chodził cały czas tymi samymi ścieżkami, podenerwowany. Doctor w pewnym momencie kopnął, wkurzony, w panel kontrolny maszyny i łapiąc się za obolałą stopę, usiadł zrezygnowany na krześle. Poczochrał swoje włosy i rozejrzał się dookoła, szukając pomocy w czymkolwiek. Wyjął komunikator z kieszeni i czekał. Po prostu siedział i próbował powstrzymać nieodpartą chęć robienia czegokolwiek. Obracał urządzenie w palcach, dopóki do pomieszczenia nie wszedł Rory. Doctor schował szybko przyrząd i wrócił do rozkręcania czegoś pod panelem TARDIS. Nie rozmawiali ze sobą za wiele. Zwykle ograniczało się to, do krótkiej rozmowy na temat Amy i tego czy się odzywała.
    W pewnym momencie Doctor usłyszał ciche pikanie komunikatora i wyciągnął go najszybciej jak mógł. Wyczekiwał w napięciu, aż dziewczyna powie cokolwiek. Tak tęsknił za jej ciepłym głosem. Rory pobiegł do niego, widząc, że coś się dzieje i ustał kawałek za nim. Po chwili Amy powiedziała słabo:
Przepraszam, że to tyle trwało... 
Obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą i nachylili się lekko ku urządzeniu.
Nie mam pojęcia co tu się dzieje, ale chyba zwiększyli straże. Raz na jakiś czas ktoś do mnie podchodzi, ale wciąż nic nie widzę. Mam nadzieję, że macie już chociaż jakieś poszlaki i niedługo po mnie tu przyjdziecie. Liczę na wejście smoka!
Po tych słowach Rudowłosa zaśmiała się niewesoło, a Doctor pobiegł z powrotem na górę, do panelu TARDIS i zaczął szukać źródła sygnału. Wehikuł nie miał z tym większych problemów i szybko wyszukał koordynaty. Doctor krzyknął ze szczęścia i zaczął już ruszać statek, kiedy nagle zdał sobie sprawę, że nie ma żadnego planu. Miał trzy dni i nic nie wymyślił! Z drugiej jednak strony, nie wiedział nic o porywaczach Amy. Musiał zbadać tamto miejsce, zanim zaatakuje. Postanowił wylądować gdzieś niedaleko ich celu i wyjść się rozejrzeć. Tymczasem komunikator nagle ucichł. Doctor westchnął i schował go do kieszeni.
- Amy, nadchodzimy - szepnął i ze szczerym śmiechem odpalił maszynę. Jednak po chwili zauważył, że coś jest nie tak. TARDIS zatrzęsła się niespokojnie, po czym nagle w coś uderzyła, przewracając obu mężczyzn na ziemie. Przekręciła się parę razy, przez co oni jeszcze bardziej poobijali się o różne rzeczy na pokładzie statku. Na koniec, wehikuł przewrócił się na bok. Rory zjechał po schodach i uderzył w jedną ze ścian, a Doctor zatrzymał się na barierkach.
- Nic ci nie jest?! - krzyknął i spróbował się podnieść, uważając, żeby nie spaść z prętów. Drugi mężczyzna mruknął coś i też się podniósł. Spadł z jakichś czterech metrów. Dziwił się, że nie miał nic złamane. Po prosto wszystko było obolałe. Złapał się szybko za plecy i spróbował wyprostować.
- To pewnie dzięki tej maści, którą ci dałem, po tym jak cię postrzelili. Wzmacnia kości lepiej niż te wasze witaminy! - odparł Doctor i powoli ruszył po barierkach w bok. Nie było to łatwe, ale musiał zdobyć swoją kotwicę. Kiedy już trzymał ją w dłoniach, spojrzał w górę, a potem w dół na Rory'ego. Zaczepił przyrząd o poręcz i zrzucił mężczyźnie linę. Ten trochę nieudolnie się po niej wspiął i znaleźli się na jednym poziomie. Stali chwilę, myśląc co robić. W końcu szatyn zaczął wspinać się po barierkach ku górze. W którymś momencie zawisnął w powietrzu, ale posuwał się dalej, niczym dziecko na placu zabaw. Podciągnął się na górną część poręczy i teraz mógł już dorzucić kotwicę do otwartych na oścież drzwi maszyny. Spuścił linę niżej, żeby ułatwić zadanie swojemu towarzyszowi. Kiedy znalazł się koło niego, lekko zdyszany, spróbował uśmiechnąć się pocieszająco.
- Obawiam się, że prawdopodobnie nie jesteśmy tam gdzie Amy, tylko TARDIS nas gdzieś wywiozło. To tak, żebyś się nie zmartwił - przejechał palcami po swoich ciemnych włosach i odwrócił się szybko. - Wejdę pierwszy - dodał i zaczął się wspinać po linie. Wyskoczył na zewnątrz, dość żwawo, ale ku jego zdziwieniu, TARDIS była otoczona ze wszystkich stron przez uzbrojonych ludzi. Większość miało miecze, niektórzy włócznie. Doctor od razu uniósł ręce ku górze.
- Spokojnie, nie chcemy wam nic zrobić! - wtedy dopiero się rozejrzał i zobaczył, w co uderzyła jego maszyna. Pomnik władcy miasta był pozbawiony głowy, a sąsiedni budynek, wyglądający jak bank, miał wielką wyrwę w ścianie. Doctor przebadał wszystko wokół swoim śrubokrętem, ale zaraz został go pozbawiony. Jeden z wojowników przystawił mu swój oręż do piersi, zmuszając, by wycofał się do ściany TARDIS. Wtedy z budki wyczołgał się Rory, upadając na ziemie, przed nogami ludzi. Wstał pospiesznie, otrzepał się, ale skończył tak jak Władca Czasu.
- Czternasty wiek, Włochy, a dokładnie Florencja - oznajmił cicho Doctor, spoglądając po wrogich twarzach ludzi.
- Milczeć! Kim jesteście i skąd macie te urządzenie?! - wrzasnął jeden z nich, wskazując na TARDIS. Doctor chciał wyjąć psychiczny papier, ale zdał sobie sprawę, że wypadł podczas wypadku.
- My tu przejazdem - uśmiechnął się Doctor i już chciał zacząć się wycofywać, ale jeden z mężczyzn związał mu ręce na plecach. Doctor jęknął cicho, ale nawet nie próbował się oswobodzić, w przeciwieństwie do jego towarzysza.
- Uspokój się! - warknął do niego i dał się poprowadzić do przodu.

***

   Poprowadzili ich prosto do celi, w której mieli czekać na werdykt sędziego. Z tego co wiedział Doctor, trafili akurat na surowego władce miasta i mogli mieć spore problemy za zniszczenie jego statuy. Szatyn przechadzał się niecierpliwie w kółko, zastanawiając się co może zrobić bez śrubokrętu i TARDIS. 
- Ratowałem już świat bez ich pomocy - syknął sam do siebie, czochrając swoje włosy. Spojrzał na Rory'ego, który siedział pod ścianą i wydawał się go nie słuchać. Szatyn u milkł i starał się usiedzieć spokojnie w miejscu, ale po chwili poderwał się do góry i wrócił do swojego poprzedniego toru. Chodził w kółko, dopóki Williams nie wstał gwałtownie i nie złapał go za ramię. 
- Sam kazałeś mi się uspokoić - żachnął się i wkurzony usiadł z powrotem na swoje poprzednie miejsce. 
- Bo by cię zabili, jakbyś stawiał opór - odparł oschle Doctor i kopnął w kraty. - Nie możemy tak tu siedzieć i nic nie robić!
- Daj spokój! - warknął Rory, patrząc mu wrogo w oczy. 
- Ja przynajmniej próbuję coś robić, a nie... 
- Czego ty ode mnie chcesz?! Nie jestem kosmitą, z odległej planety, który wie wszystko. Najlepiej, by było jakbyś na nią wrócił i wypieprzył się z mojego życia! - krzyknął Rory, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że powiedział coś nie tak, bo Doctor nie odzywał się, tylko stał w ciszy spoglądając na niego. Nie potrafił opisać, jak bardzo teraz nienawidził tego człowieka. Oddychał trochę szybciej i podświadomie uciekał wzrokiem na boki. 
- Nie wiesz ile straciłem. Nie wiesz, że jestem ostatnim z mojego gatunku, ale mimo to komentujesz to co robię - odparł dziwnie beznamiętnie, patrząc w jakiś punkt na podłodze. Rory jednak wydawał się niezbyt przejęty. Zaśmiał się nawet niewesoło.
- Na pewno. Nauczyłem się jednego - tobie się nie ufa - powiedział cicho do siebie. 
- Twoja żona jakoś ufa mi bezwarunkowo! - wybuchnął Doctor. Chciał odejść jak najdalej od tego człowieka, ale zatrzymywały go kraty. Rory nagle podniósł się i stanął twarzą w twarz z Doctorem. 
- A to co miało znaczyć? - spytał cicho, starając się zachować spokój. Szatyn zaśmiał się krótko, ale nie powiedział nic więcej. Nie chciał jeszcze pogarszać swojej relacji z Rory'm, informując go, że całował jego narzeczoną... dwa razy, a raz dzień przed ślubem. Stali chwilę w ciszy, unikając swojego wzroku. Pierwszy odezwał się Williams, lekko ochrypłym głosem. 
- Ty ją kochasz... 
- Oczywiście, że...
- To nie było pytanie! - burknął mężczyzna i usiadł z powrotem pod ścianą. - Powiedz to teraz, prosto z mostu i będzie po sprawie! Dalej będziemy walczyć, ale będę chociaż wiedział.
Doctor nic nie odpowiedział, tylko oparł się o kraty.
- Musimy się stąd wydostać...
- Odpowiedz!
Szatyn przyśpieszył oddech i czuł jak emocje w nim buzują. Miał szczęście, bo do ich celi poszedł jeden z wojowników i wyprowadził ich na zewnątrz, ku wyjściu z budowli. Kazali ustać na niewielkim podwyższeniu. Rory spojrzał niespokojnie na Doctora. Koło nich ustał jakiś szlachcic i zaczął przemawiać do ludzi zgromadzonych niżej.
- Tych dwóch ludzi... - na to Doctor odchrząknął znacząco, ale mówca nie zwrócił na niego uwagi. - Dopuściło się niewybaczalnej zniewagi naszego wspaniałego władcy. Zarządził on, że ci niewdzięcznicy zapłacą za to swoimi głowami!
Ludzie wiwatowali głośno - dla nich to była jakaś rozrywka. Natomiast Rory zaczął się wiercić i próbować wyrwać.
- Nie uciekaj, bo cie zestrzelą - syknął cicho Doctor i wskazał głową na pobliskie wieże. - Siedź cicho. Przepraszam! Mogę najpierw porozmawiać z waszym władcą? - zapytał i uśmiechnął się. Szlachcic najwyraźniej trochę się speszył, ale po chwili wrócił do wyprostowanej i pewnej postawy.
- Absolutnie...
- Że tak - odparł głos, gdzieś za nimi i na platformę wszedł, drogo odziany, mężczyzna z dwoma strażnikami za sobą. - Słucham - mężczyzna miał oschły i nieprzyjemny głos.
- Mogę wam się przydać... Żywy - zaczął Doctor spokojnie ważąc słowa.
- Niby w jaki sposób? - prychnął władca i wydał polecenie, żeby przygotować towarzyszy do ścięcia.
- Znam technologie, o których wy nie macie jeszcze pojęcia - mówił Doctor podniesionym głosem. - To jak, układ?
Człowiek zastanawiał się chwilę, aż w końcu wskazał dłonią na Rory'ego.
- A twój znajomy?
- On mi pomaga - odrzekł szybko i krótko Władca Czasu. Po krótkim zastanowieniu, władca przytaknął.
- Uwolnić ich!
- Mogę najpierw naprawić swoje urządzenia? Nie są groźne - powiedział Doctor, ruszając obolałymi nadgarstkami. Rory zrobił to samo i spojrzał z podziwem na towarzysza. Każdy go słuchał. Dlaczego? Bogato odziany mężczyzna, powiedział coś do jednego ze swoich ochroniarzy, który wrócił z śrubokrętem sonicznym. Doctor podziękował i już chciał ruszyć do TARDIS, ale zatrzymał go ten sam wojownik.
- On będzie cię pilnował - oznajmił władca i wrócił do swojej willi. Szatyn westchnął niechętnie i ruszył razem z Rory'm i nowym 'kompanem' do swojego statku. Był już na szczęście postawiony do pionu, ale w środku wciąż lekko dymił. Władca Czasu od razu wziął się za naprawianie go, a strażnik ustał w drzwiach, rozdziawiając usta, na widok wnętrza wehikułu. Po paru godzinach Doctor zniknął gdzieś z boku i wrócił z czymś wyglądającym na pistolet. Rzucił go do Rory'ego, który ostrożnie ledwo go złapał. Mrugnął do niego i uśmiechnął się, chociaż ten nie wiedział za bardzo o co chodzi.
- Sztuczny - wyszeptał szatyn i gwałtownie odsunął się od panelu swojej maszyny, która wyglądała już, jakby nigdy nie została zniszczona. - Rory! Puść to w tej chwili! Pomyśl co robisz!
Strażnik odwrócił się do nich, z niemałym zaciekawieniem wpatrując się w broń. Doctor szybko skinął na niego głową, a Rory powoli zaczynał rozumieć. Nakierował pistolet na jego głowę i trzymał palec przy spuście. Zastanawiał się co ma krzyknąć i tylko zaśmiał się z udawaną wyższością.
- To już twój koniec! Jakieś ostatnie życzenie? - zdawał sobie sprawę, że to tekst z co drugiego filmu przygodowego, ale nie miał lepszych pomysłów. Doctor rzucił się na kolana, a strażnik już chciał biec do Rory'ego, ale ten nakierował broń w jego stronę. Widząc, jak bardzo przyrządu boi się szatyn, wycofał się jak najbliżej wyjścia. Wtedy Williams zwrócił się znowu do Doctora i nacisnął spust, wiedząc, że nie jest prawdziwy. Ten upadł na ziemie, udając, że nie żyje. Wtedy wojownik wybiegł czym prędzej na zewnątrz i pognał przed siebie, wypuszczając z ręki włócznie. Wtedy Władca Czasu klepnął mężczyznę w ramię.
- Dobra robota - zaśmiał się na widok uciekającego ochroniarza.
- Po co to przedstawienie? Nie dało się prościej? - zapytał Rory, siląc się na ukrywanie niechęci do tego typu zagrań.
- Oj przestań! Tak było zabawniej! Teraz musimy zwiewać, bo jeszcze ktoś nas zatrzyma.
Władca Czasu przekręcił po kolei kilka dźwigni i wystartował - tym razem liczył, że dotrą już do Amy. Kiedy tylko maszyna przestała się trząść, wyjrzał na zewnątrz. Byli w jakimś lesie, ale śrubokręt Doctora wykrył, że ich cel jest niecałe dwieście metrów na północ od nich. Ruszyli w tamtą stronę w ciszy i zatrzymali się dopiero na skraju lasu, skąd już widzieli wielkie ruiny, w których prawdopodobnie przetrzymywali Amy. Doctor zacisnął pięści, ale zachowywał spokój.
- Pójdziemy tam rozejrzeć się w nocy. Na razie musimy zostać tutaj - odparł lekko zniecierpliwiony. - Też mnie to nie cieszy, uwierz. Przygotujmy się chociaż jakoś.
- Ale jak?
- Zjedzmy coś - po tych słowach szatyn wszedł trochę głębiej w las i rozpalił najmniejsze ognisko jakie potrafił. Od razu zasłonił nie od strony ich celu patykami i kamieniami. Wyjął opakowania kiełbasek i pianek. i rzucił po jednej Rory'emu. Nie rozmawiali ze sobą i czekali, aż się ściemni. Późnym wieczorem ognisko zdążyło już zgasnąć, a Doctor odszedł na bok, żeby posiedzieć w samotności. Nagle usłyszał dźwięk komunikatora. Chciał już pobiec po swojego towarzysza, ale nagle poczuł, że nie chce tego robić. Włączył go i zamknął oczy.
Hej, co tam? Zresztą, i tak nie możesz mi odpowiedzieć...
Doctor poczuł jak łzy mimowolnie napływają mu do oczu. Rory miał racje. Kochał ją.
Wiesz co? Nigdy nie powiedziałam ci jaki jesteś dla mnie ważny. Sprawiasz, że się uśmiecham, a wszystko wydaje się możliwe. Przy tobie mogę być dzieckiem i cieszyć się każdą chwilą. Dlatego wciąż na ciebie czekam. Tak jak czternaście lat temu.
Wtedy nie wytrzymał i poczuł jak łzy spływają mu po policzkach. Wytarł je szybko, jak dziecko, które próbuje ukryć swój smutek. W sumie był jak dziecko... Tylko większe w środku.
- Idę po ciebie. Teraz - powiedział do komunikatora, wstał i ruszył do Rory'ego. Wskazał głową na ruiny, a on szybko się podniósł i ruszył za nim. Musieli uratować ich Amy.
_________________________________________________________
W sumie słaby ten rozdział, średnio długi i na dodatek długo go pisałam :P Mam tylko nadzieję, że kolejny będzie lepszy. Jeszcze raz dziękuję wszystkim, którzy w ogóle to czytają :D

niedziela, 7 lutego 2016

Rozdział 8

    Więc dziś miała wyjść za mąż. Amy rozmyślała nad wszystkim co się wczoraj wydarzyło. Późnym rankiem Rory przyszedł ją przeprosić. Nie miał za co - miał wtedy racje. Powodem ich kłótni było nic innego, jak zazdrość mężczyzny o Doctora. Zamknęła oczy na wspomnienie ust szatyna. Przełknęła szybko ślinę i spojrzała w lustro. Miała na sobie swoją suknię ślubną, na którą co rano spoglądała z utęsknieniem. Przynajmniej dopóki nie pojawił się ten tajemniczy kosmita, który całkiem zmienił jej życie. Nagle usłyszała za sobą pukanie do drzwi. Ujrzała w nich owego obcego, który spoglądał na nią, próbując ukryć jak bardzo go to boli. 
- Przepraszam za wczoraj - wypalił szybko i przejechał palcami po włosach. - Powinienem się odsunąć, powinienem cię powstrzymać już na scenie - dodał, zwalając wszystko na swoje barki. Jednak dziewczyna już kręciła głową. 
- To moja wina. Za dużo wypiłam - tłumaczyła się i wpuściła mężczyznę do pokoju. Stali chwilę w ciszy, przypominając sobie wszystkie odczucia, z poprzedniego wieczoru. - Poprowadzisz mnie do ołtarza, prawda? - zapytała Amelia, spoglądając na niego niepewnie. 
- Oczywiście. Jeśli tylko chcesz - rzucił Doctor i starał się szczerze uśmiechnąć. Zastanawiał się wtedy dlaczego zakochał się w ludzkiej dziewczynie, która na dodatek miała narzeczonego. Może za jej piękne, piekielnie rude włosy? Może za jej pewność siebie i siłę, jaką skrywała pod tym nieśmiałym uśmiechem i wielkimi oczami? Jakkolwiek by się nie starał, nie mógł odgonić tych myśli. Na dodatek, wciąż czuł jej chłodne ręce na swojej szyi i ciepły oddech, tak blisko swojej twarzy. Miał ochotę krzyczeć, żeby nie wychodziła za mąż, ale umiejętnie próbował się opanować i pogodzić z tym co było od początku nieuniknione. Dotknął jej dłoni i uśmiechnął się ciepło.
- Na prawdę, żeby mnie uspokoić wystarcza twoja dłoń? - zapytała, patrząc na swoją rękę.
- Szczerze? - zaczął Doctor, mieszając się lekko. - To tylko taka maść uspokajająca - odparł, powodując wybuch śmiechu u Rudowłosej.
- Nagle cały twój romantyzm prysł - zażartował, dając mu pstryczka w nos. Szatyn również zaczął się śmiać.
- Muszę się przebrać, więc widzimy się przed kościołem. Sprowadzę wasze rodziny - powiedział i zatrzymał się na progu, rzucając ostatnie spojrzenie na roześmiane oblicze dziewczyny. Opuścił pokój i zostawił ją samą.
    Tymczasem ona wciąż biła się z myślami. Czy tak powinna się czuć przed własnym ślubem? Zamknęła oczy i próbowała sobie przypomnieć wszystkie miłe chwile spędzone z Rory'm, żeby utwierdzić się w podjętej decyzji. Było ich wiele, więc nie miała z tym większych problemów, ale jej wątpliwości do końca nie zniknęły. Dopiero gdy do pokoju ktoś zapukał i ujrzała w drzwiach swoją ciocię, uśmiechnęła się i starała odgonić myśli. Podeszła i przytuliła swoją wieloletnią opiekunkę, która od razu zasypała ją pytaniami, gratulacjami i wyrazami szczęścia, jakie ją rozpiera. Amy wysłuchiwała pouczań i przestróg cierpliwie, nie przerywając cioci nawet słowem. Dopiero kiedy nadszedł ten moment, kiedy miała wyjechać do kościoła, emocje wróciły. Zobaczyła Rory'ego ubranego w elegancki garnitur i z ułożonymi porządnie włosami. Był niezwykle szczęśliwy. Coś zakuło dziewczynę w środku. Co ona zrobiła? Przecież on ją kochał, a ona przez wiele lat odwzajemniała jego uczucie. Co się między nimi zmieniło? Podeszła do niego, a on wydał z siebie krótkie westchnienie zachwytu. Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek, a potem jeszcze w usta. Dziewczyna także się uśmiechnęła i łapiąc go za rękę wyszli z budynku, do samochodu. W sumie limuzyny.
- Skąd Doctor bierze na to wszystko pieniądze? - zapytał Rory, a Amy spojrzała na niego uważnie. Wydawał się pytać poważnie, co nie za bardzo spodobało się Rudej.
- Sugerujesz coś? - odparła, siląc się na beznamiętność, ale i tak wyczuwalna była ironia w jej głosie. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę.
- Nie, oczywiście, że nie - sprostował szybko i dotknął jej dłoni, tak jak to zawsze robił Doctor. Ona poczuła ucisk w gardle, a chłopak spojrzał na nią wesołymi oczami.
Nie zasługuję na niego - przeszło jej przez myśl, a ona sama odwróciła się do okna i z udawanym uśmiechem spoglądała na mijane uliczki.

***

    Tymczasem w kościele już zebrali się wszyscy gości. Czekali tylko na małżonków, siedząc w ławkach. Doctor siedział na razie w jednej z ostatnich, czekając, aż przyjedzie Amy i Rory. Miał ją poprowadzić do ołtarza, podczas gdy ostatnie czego pragnął to jej ślub. O ironio! Rozglądał się dookoła, nie wiedząc co zrobić z drażniącymi go myślami. W końcu skupił je na dziwnym fakcie. River gdzieś zniknęła. Miała siedzieć koło niego, a tymczasem nie widział jej nigdzie na całym obszarze, który mógł omieść wzrokiem. Nagle usłyszał dźwięk auta i wybiegł na zewnątrz. Poczekał, aż pan młody otworzy swojej przyszłej małżonce auto. Przez myśl przeszło mu, że chciałby być na jego miejscu, ale uderzył się dyskretnie w głowę i powiedział coś do siebie po cichu. Podszedł do Amy i uśmiechnął się najcieplej jak potrafił. Wziął jej ramię pod swoje i czekając chwilę przed kościołem, poczekał, aż Rory zajmie miejsce przy ołtarzu. W akompaniamencie marszu weselnego, poprowadził dziewczynę ku jej mężowi, lekko spięty. Dobrze ukrywał, że wcale się nie cieszy i uśmiechał się do wszystkich wokół. Kiedy już byli na miejscu musiał się przemóc i puścić Amy i usiąść w jednej z ławek. Nawet nie zauważył, że River wciąż nigdzie nie ma. Usiadł na brzegu i oparł rękę na bocznym oparciu. Zastanawiał się czy tak czują się rodzice przed ślubami dzieci, ale uznał, że nie, bo oni się przy okazji cieszą. On nie potrafił jakkolwiek, by nie próbował. Udawał tylko wesołego i zbzikowanego, a teraz na końcu kościoła, gdzie nikt na niego nie patrzył mógł zdjąć maskę i wpatrywać się w oddalającą się od niego, kochaną Amelię Pond... W głowie miał jedną jedyną świdrującą go myśl. Czego się spodziewał? Nie słuchał za bardzo słów księdza, pogrążony w swoich rozmyślaniach. Dopiero gdy doszło do składania przysięgi, spojrzał uważnie na narzeczonych i nasłuchiwał. Rory rzecz jasna od razu powiedział tak. Tego się spodziewał. Bardziej ciekawiło go co zrobi Amy. Tuż przed tym jak miała odpowiedzieć, spojrzała szybko w dół, wzięła dwa szybkie oddechy i kątem oka przeleciała po całym kościele. Tylko Doctor zauważał takie rzeczy. Przełknął ślinę, ścisnął mocniej oparcie, na którym trzymał rękę i wyprostował się. Nie chciał tego, ale błagał w duchu, by jednak skończyło się to inaczej. Jednak po krótkim 'tak', które usłyszał z ust dziewczyny, opadł zrezygnowany na ławę. Nie patrzył na ich pocałunek i wyszedł dyskretnie z kościoła, mówiąc komuś przed sobą, że musi poszukać River. Była to po części prawda. Nie miał pojęcia gdzie ona się mogła podziać. Przechadzał się po przykościelnym cmentarzu, z rękoma w kieszeniach wypatrując kobiety. W końcu usiadł na pobliskiej ławce, spuścił głowę, próbując odgonić wszystkie możliwe myśli. Kiedy już się chyba pogodził, że to już koniec wstał i spojrzał na drzwi kościoła, w którym wszyscy gratulowali nowożeńcom. Spróbował się uśmiechnąć i poszedł zrobić to samo co reszta. Złapał Rory'ego za ramiona i chwilę pożartował z nim o Amy i jej kaprysach, po czym podszedł do niej i spojrzał w oczy. Ta dała mu pstryczka w nos i zaśmiała się.
- Myślałeś, że nie słyszałam stojąc obok - zapytała, wciąż się śmiejąc i wskazała na swojego męża. Doctor także się zaśmiał i przytulił ją do siebie. Odszedł trochę na bok i nagle, w jednej chwili zrozumiał jaki jest samotny. Bił się ze wszystkim w środku i nie mógł o tym nikomu powiedzieć. River zniknęła sobie, chociaż on zawsze był na jej zawołanie, a przecież Amy nie będzie się żalił, że się w niej zakochał. Przymknął oczy, słysząc odbijające się echem w jego głowię słowo - zakochał się. Czy to możliwe, że znowu zakochał się w człowieku. Jego wspomnienia o Rose brutalnie ukłuły go w serce, a nawet oba. Dlaczego on zawsze musiał tak kończyć? Sam, jedyny, zakochany, załamany. Ludzie odchodzili, a on zostawał. Miał ochotę pobiec do Rudowłosej i zacząć krzyczeć, że nie chce żeby odchodziła. Jednak tylko się uśmiechnął i krzyknął, żeby jechali za nim na weselę. Mimo wszystko, chciał chociaż potańczyć...

***

   Przeczekał, wiwatując z boku, pierwszy taniec, a potem sam wkroczył na parkiet i mimo swoich nikłych zdolności tanecznych zachęcał wszystkich, żeby także weszli na parkiet. Próbował w ten sposób zapomnieć o tym co się wydarzyło i wychodziło mu to nawet dobrze, dopóki wszyscy nie zaczęli zbierać się do swoich pokoi, zmęczeni, a pozostała resztka ludzi nie zaczęła tańczyć wolnego. Doctor, ustał z boku, bo i tak nie miał z kim tego zatańczyć. Patrzył na innych ludzi i na Amy, która kiwała się powoli na boki, z głową opartą na ramieniu swojego męża. Znowu poczuł to przykre ukłucie żalu. Znowu poczuł, że jest sam. Oparł głowę o ścianę, ale po chwili wyszedł po prostu z pomieszczenia i zwiał do swojego pokoju. Nagle ktoś gwałtownie wkroczył do środka. Władca Czasu podniósł na nią wzrok i przełknął ślinę, widząc przed sobą rozpromienioną twarz dziewczyny.
- Dlaczego uciekłeś? - zapytała z udawanym wyrzutem, ale wciąż się uśmiechała.
- Byłem zmęczony - spławił ją szybko Doctor, zdjął marynarkę, rzucił ją w kąt i wspiął na górne piętro swojego łóżka.
- Łóżko piętrowe? - zapytała Amy, unosząc nieco brwi.
- Są super!
Dziewczyna zaśmiała się.
- Przecież wiem, że nie jesteś zmęczony. Sam mi opowiadałeś, że rzadko się męczysz.
Szatyn speszył się i położył na łóżku wpatrując w sufit.
- Amy, idź już do swojego męża - odparł szybko, siląc się na przyjazny głos. Nie patrzył na nią, ale usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i szybko podniósł się do pozycji siedzącej. Złapał się rękoma za głowę. Źle to rozegrał, Ruda chyba się na niego obraziła. Siedział tak chwilę, dopóki nie usłyszał jej przeszywającego krzyku. Otworzył szeroko oczy i zeskoczył z łóżka, łapiąc niepewnie równowagę. Wybiegł na korytarz i zaczął rozglądać się wokół uważnie. Nigdzie jej nie było. Pobiegł przed siebie, szukając jej wszędzie. Nagle zobaczył przed sobą Rory'ego, który chwile patrzył na niego, ciężko łapiąc oddech, po czym nagle osunął się na ziemie. Doctor pobiegł do niego i zbadał go śrubokrętem dokładnie. Żył. Pobiegł prędko po pomoc. Parę osób przeniosło go do pokoju, a Doctor dalej biegał pomiędzy korytarzami, aż zobaczył na ziemi pewien przedmiot.
- Mądra dziewczyna - szepnął do siebie i podniósł z ziemi niewielki komunikator. Pewnie miała ukryty drugi. Przyjrzał mu się uważnie. - Cholera - obejrzał go jeszcze raz. Zepsuty... Nie mógł się z nią skontaktować. Musiał czekać, aż ona to zrobi. Oparł się o ścianę i zsunął ku podłodze. Siedział tam chwilę, myśląc gorączkowo po czym wrócił do pokoju, w którym położyli Rory'ego. Czekał, aż się obudzi, albo na jakiś znak od Amy. Jego myśli w końcu zajęły się czymś innym niż ślubem dziewczyny. Ściskał w ręku komunikator, zestresowany. Spoglądał co jakiś czas na Rory'ego. Co mu się mogło stać? Podejrzewał Cybermanów i te chipy. Doctor uderzył się w czoło. Zapomniał o nich całkowicie. Pobiegł prędko do TARDIS, witając się z nią pospiesznie. Już chciał sprawdzić co z chipem, ale zdał sobie sprawę, że ten zniknął. Potem poczuł ukłucie w kostkę i obejrzał się za siebie. Ostatnie co zobaczył to mały chip, który stojąc na niewielkich nóżkach jak u pająka, poruszał się prędko po podłodze.
- Nie... - szepnął Doctor, zdając sobie sprawę, że było ich, aż trzy. Potem zemdlał.

***

    Ku jego zdziwieniu obudził się w tym samym miejscu, gdzie zemdlał, a chipów nigdzie nie było. Od razu włączył proces skanowania samego siebie, przy pomocy TARDIS, a czekając na wyniki starał się znaleźć małe urządzenia. Mimo jego wszelkich prób, nigdzie ich nie było. Postanowił bardziej uważać i poczekać, aż same się znajdą. Usiadł koło panelu kontrolnego wehikułu czasu i sprawdził czy komunikator jest na swoim miejscu. Odetchnął z ulgom, gdy go wyczuł. Siedział tak, dopóki TARDIS go nie zeskanowała. Nic nie wykryła, ale Doctor wiedział, że może się z nim stać to co z Rory'm. Poszedł z powrotem do niego, a on już się obudził. 
- Co się stało? - zapytał szybko mężczyzna, a Doctor przygryzł wargę. 
- Amy zniknęła. Prawdopodobnie... Ktoś ją porwał. 
Rory patrzył na niego zdenerwowany, po czym wstał i podszedł do niego, patrząc mu w oczy. 
- Jesteś z siebie zadowolony? Gdyby nie ty, byłaby teraz bezpieczna w domu! 
Szatyn cierpliwie znosił jego pełne wyrzutów spojrzenie. Ich wewnętrzną bitwę przerwał dźwięk dochodzący z kieszeni spodni Doctora. Nierówny oddech. Władca Czasu wyciągnął go pospiesznie i przystawił do ucha. Rory próbował mu go wyrwać i krzyczał imię dziewczyny. 
- Ucisz się, idioto! Ona nas nie słyszy! - warknął Doctor i czekał, aż usłyszy coś więcej. 
Doctor... Proszę. Proszę, uratuj mnie! Nie wiem gdzie jestem. Jest tu ciemno, ale... Mam nadzieję, że znalazłeś ten głupi, zepsuty komunikator... Pamiętasz moją bransoletkę? Były na niej takie dwa. Jeden mój, drugi ten, który masz przy sobie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Kiedyś mi opowiadałeś, że to może mi uratować życie... Potem przez jakiś czas było słychać tylko jej szybki oddech. Obaj mężczyźni zamknęli oczy nasłuchując. Ku ich zdziwieniu, dziewczyna zaśmiała się bardzo cicho. Tak, to było na wieży Eiffla, pamiętasz? Heh, jakie to zabawne - przecież to nie było tak dawno temu, a wydaje się tak odległe... Po tym Amy poruszyła się niespokojnie. Ani Rory, ani Doctor nie zdawali sobie sprawy jak bardzo się bała. Williams spoglądał na podłogę, próbując zmusić się, żeby nie myśleć o tym, dlaczego Amy prosiła o pomoc Doctora, a nie jego - jej męża. Opiekuj się Trzybitem... I Rory'm. Słysząc te słowa mężczyzna wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Doctora i mówiąc na progu:
- Idę nakarmić kota.
Potem zniknął w korytarzu. Szatyn stał chwilę i czekał, aż dziewczyna powie coś o miejscu, w którym jest. Musiał ją jakoś odnaleźć.
Nie pamiętam drogi, zemdlałam. To znaczy, tak mi się wydaje. Nic nie widzę... Boże, mam nadzieję, że nie gadam sama do siebie! Amy znowu się zaśmiała.
- Moja dzielna Amelia Pond - szepnął cicho Doctor przystawiając komunikator do twarzy, chociaż wiedział, że go nie słyszy. - Wrócę po ciebie. Zawsze wracam, pamiętasz?
Ktoś tu idzie, odezwę się... Po tym sygnał się urwał i przez chwilę słychać było tylko cichy dźwięk, jakby wyłączonej komórki. Władca Czasu zamknął oczy i ścisnął mocniej komunikator. Pobiegł do TARDIS. Zobaczył jak Rory, zapłakany, głaszcze kota i pospiesznie wyciera twarz rękawem. Udał, że nic nie widział i oparł się o panel. Uśmiechnął się pocieszająco.
- Musimy przestać walczyć i współpracować - odparł poważnie i odwrócił wzrok. Rory zastanowił się chwilę, skinął głową i wyciągnął ku Doctorowi dłoń. Ten uściskał ją i zaczął bawić się przy wajchach.
- Uważaj na chipy, łażą gdzieś na pokładzie TARDIS i mają w sobie jakiś jad usypiający.
Rory poruszył się niespokojnie.
- To przez nie zemdlałem? - zapytał niepewnie.
- To bardzo prawdopodobne. Ja też zemdlałem, po ich jadzie - wytłumaczył Doctor i zaczął wpisywać coś do TARDIS.
- A co z gośćmi?
- Mamy wehikuł czasu, Rory! Uratujemy Amy, a potem wrócimy do tego momentu i odwieziemy wszystkich jakby nic się nie stało.
- Więc... Czemu nie cofniesz się do momentu kiedy ją porwali i temu nie zapobiegniesz?
- To zbyt niebezpieczne. Nie mogę spotkać samego siebie, a jak dodać do tego paradoksy, które mogłyby z tego wyniknąć... - tłumaczył Doctor po czym włożył komunikator do jednego z otworów w panelu maszyny. - Spróbuję wykryć sygnał za pomocą TARDIS. Może odnajdzie Amy.
Rory nic nie mówił, tylko słuchał uważnie każdego słowa Władcy Czasu. Postanowił w pełni mu zaufać.

***

    W tym czasie Amelia siedziała po turecku, czując za sobą ścianę i coś co trzymało ją za rękę i brzęczało, kiedy nią poruszyła, ale nie widziała nic poza okrągłym światełkiem od komunikatora. Nie miała na sobie już sukni ślubnej, a jakiś prosty strój, który ktoś kazał jej założyć. Miał zasłoniętą twarz, więc nie wiedziała kim jest. Oddychała nierówno przez usta i zdała sobie sprawę, że pojedyncze łzy spływają jej po policzkach. Starła je wolną ręką i postanowiła być twarda. Kroki, które usłyszała po 'rozmowie' z Doctorem, nasiliły się. Wyprostowała się i patrzyła w górę, licząc, że zobaczy cokolwiek. Nie czuła żadnego zapachu, ale słyszała niski, ochrypły głos. Nie potrafiła rozróżnić słów i mimowolnie przycisnęła plecy bliżej ściany. Poczuła jak osobnik stojący przed nią złapał ją mocno za ramię i pociągnął w swoją stronę. Oglądał je chwilę, po czym puścił i odszedł. Amy złapała swoje ramię drugą dłonią i poczuła jakąś ciepłą ciecz. Przez chwilę myślała, że to krew, ale było jej za dużo, żeby nie czuła bólu. Oparła głowę o ścianę i czekała, aż kroki całkiem ucichną, żeby bezpiecznie wyjąć swój komunikator. 

wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 7

    Doctor stał przy panelu i spróbował się uśmiechnąć, myśląc, że teraz Amy jest bezpieczna, ale i tak czuł ból, spowodowany jej stratą. Próbował pocieszyć się odpalając TARDIS i słuchając wydawanych przez nią dźwięków. W końcu wziął w ręce pudło pełne strzykawek i zaczął po kolei skanować je za pomocą wehikułu. Większość była po prostu truciznami, ale niektóre powodowały tylko chwilowe zatrzymanie akcji życiowych. Szatyn obliczał jakie były szanse, że Rory mógł jednak przeżyć. Niewielkie - zwłaszcza, że pewnie płyny wymieszały się w jego krwi, a dochodził do tego jeszcze wybuch. Teoretycznie to było prawie niemożliwe, aby człowiek to wszystko przeżył. Jednak Władca Czasu wolał stawiać na praktykę. Wpisał szybko odpowiednie koordynaty i zaczął badać również chipy, które znalazł w Cybermanach. Jednak TARDIS nic nie potrafiła z nich na razie wyczytać. Potrzebowała więcej czasu, więc mężczyzna po prostu zostawił w niej urządzenia i wybiegł na zewnątrz. Planował odnaleźć Rory'ego. Żywego lub nie. Wbiegał po kolei na kolejne piętra. Zatrzymał się na tym, na którym wybuchła bomba. Spowolnił krok, bojąc się, że znajdzie się tu kolejna. Rozglądał się dookoła, zastanawiając gdzie prawdopodobnie mogło upaść ludzkie ciało. 
- Musi gdzieś tu być - mówił do siebie po cichu. Wtedy usłyszał za sobą odgłos robota i szybko się odwrócił. - Czego chcesz?! - krzyknął, ale ku jego zdziwieniu maska Cybermana zaczęła się otwierać, a w środku ujrzał twarz człowieka.
- Doctor? - zapytała lekko ochrypłym głosem.
- Rory?! Co ty robisz... w tym czymś?! - krzyknął szatyn i złapał go za mechaniczne ramiona.
- Ja... Nie mam pojęcia - odparł mężczyzna i rozejrzał się dookoła. - Co z Amy?
- Jest w domu. To... długa historia - wyjaśnił Doctor, widząc zdziwione oblicze Rory'ego. - No to wracajmy do TARDIS - dodał i poklepał go po ramieniu.
- A co z... tym - zapytał mężczyzna, pokazując na zbroje Cybermana.
- Wymyślę coś, a teraz chodź!
    Po niedługim czasie wrócili do machiny, a Doctor zaczął przeszukiwać różne pudła.
- Nie możesz po prostu zdjąć tego czegoś? - zapytał w końcu, nie mogąc znaleźć nic, co by mogło w tym pomóc.
- Gdybym mógł, to bym zdjął. Nie jestem, aż tak tępy! - burknął Rory i przewrócił oczami. Doctor spojrzał na niego, nie do końca pewny czy się z nim zgadza. Wziął swój śrubokręt i zbadał nim mężczyznę. Odczyty mówiły tylko to, co sam już zdążył zauważyć. Znowu poszedł do pudeł i wrócił z kawałkiem deski.
- Przygotuj się - powiedział i zamachnął się.
- Co?! - krzyknął Rory i odskoczył do tyłu.
- Masz racje - po tych słowach Władca Czasu odrzucił deskę na bok. - Spróbuję śrubokrętem - dodał i wrócił z takowym narzędziem. Mruknął coś o prymitywności ludzkich śrubokrętów i zaczął rozkręcać 'zbroję' mężczyzny. O dziwo udało mu się to.
- I tyle? - zdziwił się, oswobodzony mężczyzna, spoglądając na swoje ręce.
- Najwyraźniej... To dziwne - zastanawiał się Doctor i rzucił gdzieś niepotrzebny już śrubokręt. - Na pewno majstrowali coś przy twoim zdrowiu. Nie żyłeś przez jakiś czas...
- Słucham? - teraz Rory patrzył na szatyna szeroko otwartymi oczami, przerażony.
- Spokojnie, już żyjesz! Zjedz to - wtedy sięgnął po coś i rzucił mu to. Wyglądało jak ciastko. Mężczyzna po chwili wpatrywaniu się w nie, zjadł je. Poczuł odruch wymiotny, ale powstrzymał się od wyplucia go.
- Co to jest?! Smakuje jak...
- Nie chcesz wiedzieć - stwierdził Doctor klepiąc go po plecach. - Trzeba cię pokazać Amy. Teraz - póki jeszcze mnie nie nienawidzi... - dodał i wpisał odpowiednie koordynaty do panelu TARDIS, zadowolony, że będzie mógł zobaczyć ją ponownie. Sprawił, żeby maszyna trzęsła się, tak jak lubił i po chwili poczuł, że gładko wylądowali tam gdzie chcieli.
- Pokój Amy? - spytał Rory, wyglądając na zewnątrz. Rzeczywiście byli w pokoju dziewczyny, ale nigdzie jej nie było. Doctor wypchnął go na zewnątrz i pobiegł schodami na dół. Chciał znaleźć, albo ją, albo kogoś kto im pomoże ją znaleźć. Wybiegając z domu, zderzył się ze znajomym już listonoszem.
- O! Hej! Czek, jak ty miałeś na imię? - spytał, ale nie dał mu odpowiedzieć. - Nieważne. Wiesz gdzie jest Amy?
Listonosz patrzył zdziwiony na szatyna, ale po chwili wzruszył ramionami.
- Pewnie tam gdzie zwykle - w pracy - odparł.
- Kissogram? - spytał szybko Doctor, martwiąc się przez chwilę o bezpieczeństwo Rudej. Wtedy za nim pojawił się jej narzeczony, który też przywitał się z listonoszem.
- Nie, nie - sprostował szybko. - Teraz pracuje w kawiarni na rogu. Jest kelnerką.
- Cholera, ile się spóźniliśmy?! - warknął sam na siebie Doctor, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Pobiegł ile sił miał w nogach do znajomej kawiarni. Za nim próbował go dogonić Rory. Obaj wlecieli przez drzwi do lokalu, zdyszani. Na drugim końcu zobaczyli obsługującą jakiegoś mężczyznę Amelie. Doctor rzucił się w jej stronę, łapiąc ją za ręce.
- Przepraszam! Na prawdę! Znowu się spóźniłem, ale odnalazłem twojego narzeczonego i jest cały i zdrowy! - tłumaczył się i dotknął dłonią jej policzka. - Nie chciałem cię zostawiać - wyznał po chwili i spuścił wzrok na podłogę. Dziewczyna stała zszokowana na mężczyznę, a potem za jego ramię, gdzie stał cały i zdrowy Rory. Uśmiechnęła się szeroko i rzuciła mu na szyję.
- Myślałam, że nie żyjesz! - krzyknęła, kierując na nich uwagę ludzi. Mężczyzna odwzajemnił uścisk i uniósł ją lekko nad ziemie.
- Em, ile się spóźniliśmy? - zapytał, wciąż speszony Doctor. Amy spojrzała na niego i uniosła kącik ust.
- Nie tak długo. Zaledwie dwa miesiące - powiedziała i przytuliła Doctora. Po chwili puściła go i dopiero teraz dała mu z liścia. - No, teraz jesteśmy kwita - odparła i uśmiechnęła się ciepło, co Doctor z chęcią odwzajemnił. Bał się, że ona będzie na niego bardziej zła.
- Cieszę się, że znów widzę jak się śmiejesz - wypalił, ale zdając sobie sprawę co powiedział zaczerwienił się i odwrócił w drugą stronę.
- Tylko mnie więcej nie zostawiaj, bo wtedy użyję nie tylko dłoni, ale i pięści... Albo dwóch - zagroziła mu żartobliwie dziewczyna i poczochrała mu ciemne włosy.
- To co? Bierzecie ślub, prawda? Co powiecie na... Las Vegas?! - zaproponował Doctor wyprowadzając ich na zewnątrz. Rory spojrzał niepewnie na swoją narzeczoną.
- Co na to powiesz, Pond? - zapytał niepewnie.
- Nie mam nic przeciwko - stwierdziła i pocałowała chłopaka. - Więc cichy ślub w Las Vegas?
- A kto powiedział, że cichy?! - zawołał Doctor, podekscytowany.
- A kogo mielibyśmy zaprosić? Nie mamy tam przecież rodziny.
- No to... Coś wymyślę. Sprowadzę ich TARDIS, czy coś - oznajmił szatyn - Ale mam kolejny świetny pomysł!
- Już nie mogę się doczekać, aż go nam opowiesz - oznajmiła Amy, uśmiechając się ciepło.
- Jedźmy tam autem!
Oboje jego towarzysze spojrzeli po sobie, niepewni.
- Ale... Po co? - zapytał Rory.
- No... Ludzie tak robią, co nie? Jak w tych filmach. W samochodzie bez dachu, włączają radio, śpiewają, rozmawiają... Będzie fajnie!
Ani dziewczyna, ani mężczyzna nie byli pewni czy tak fajnie będzie jechać przez całe Stany autem bez klimatyzacji, ale nie chcieli się sprzeczać. Już po chwili Amy z Doctorem czekali, aż Rory przyleci do pokoju Amy ze swoją walizką. Kiedy w końcu dotarł, Władca Czasu pobiegał chwilę przy panelu TARDIS i po niespełna pięciu minutach byli w USA. Narzeczeni wciąż nie potrafili się przyzwyczaić do tak prostego przemieszczania się po świecie.
- Jesteś coraz punktualniejszy, Doctorze - szepnęła mu do ucha Amy i zaśmiała się. Ten odwzajemnił ten gest i pobiegł gdzieś przed siebie, krzycząc coś, żeby poczekali.

***

- Nigdy nie mów Doctorowi, że staje się punktualny! - zawołała Rudowłosa sama do siebie, po pół godzinie czekania, a jakby na zawołanie przy nich pojawił się owy szatyn. Tylko, że z samochodem. Dużym, czerwonym, sportowym, z przyczepą i bez dachu. Mężczyzna wybiegł z niego, wleciał prędko do TARDIS i zaparkował nią na przyczepie. Rory od razu podbiegł do niego i zaczął oglądać karoserie. Wydał pełne zachwytu westchnienie i wrócił po walizki, ulokował je w bagażniku i wskoczył żwawo na tylne siedzenie. 
- Skąd ty go wytrzasnąłeś?! - zapytał usadawiając się wygodnie w fotelach. Doctor tylko uśmiechnął się sam do siebie i zatrąbił dla zabawy. 
- Zapraszamy na pokład, Pond - rzucił w stronę Amy, które chętnie zajęła miejsce z przodu koło Władcy Czasu... i radia. Była pod równie wielkim podziwem co jej narzeczony. Po chwili Doctor odpalił auto i ruszył przed siebie. 
- Umiesz kierować? - zapytał niepewnie Williams, opierając się o przednie fotele. 
- Oczywiście! To znaczy... To nie może być trudniejsze od kierowania wehikułem czasu! 
Wtedy wrzucił losowy bieg i przejechał kolejne parę metrów niezbyt prosto. Jechali przez chwilę w ciszy uliczkami miasta, aż dotarli na pobliską autostradę. 
- Więc... Co chcecie robić? - zapytał Doctor, nonszalancko wystawiając ramię za okno, co skutkowało zajechaniem drogi paru innym samochodom. Szatyn szybko wrócił do wcześniejszej pozycji, a jego towarzysze zaśmiali się wesoło. Nadal nie przestając się śmiać, Amy włączyła radio na pierwszym lepszym kanale. Leciała akurat jakaś szybka i wpadająca w ucho piosenka, której nazwy nikt nie potrafił zidentyfikować. Jednak miło się ją nuciło. Potem dopiero zaczęła się zabawa, bo usłyszeli klasyczne rockowe piosenki, które znał chyba każdy i zaczęli śpiewać je wspólnie, z akompaniamentem klaksonów, otaczających ich aut. Nie przeszkadzało im to śpiewać jeszcze głośniej. Nawet Doctor się dołączył, zwykle w połowach piosenek, kiedy w końcu opanowywał tekst. Tak to zwykle podrygiwał na siedzeniu kierowcy. Po dobrych paru godzinach jazdy, zaczęło się ściemniać. Śpiewy powoli cichły, aż w końcu Rory zasnął ze zwieszoną głową i co jakiś czas pochrapywał cicho. Amy w którymś momencie zdjęła buty, a teraz opierała się na opuszczonym nieco w dół fotelu i wpatrywała w gwiazdy.
- Nigdy nie sądziłam, że parogodzinna jazda autem może być tak przyjemna - stwierdziła, delektując się przyjemnym w tą porę roku wieczornym chodem. - Kocham lata. 
- Zależy z kim się jeździ. Ze mną zawsze jest fajnie - zażartował Doctor i obaj cicho się zaśmiali.
- Wiesz co? Nie żałuję, że cię spotkałam - szepnęła Amy, nie patrząc na niego, a na rozgwieżdżone niebo. 
- Miło to słyszeć - odparł Doctor. - Za niespełna godzinę będziemy na miejscu. W Las Vegas! - dodał uradowany. Amelia tylko lekko się uśmiechnęła i opuściła głowę na bok, tak że miała szatyna tuż przed sobą. Nieświadomie poczuła to samo ciepło w środku, co wtedy kiedy byli na wieży Eiffla w Paryżu. Od razu odsunęła od siebie to uczucie i spojrzała kątem oka na Rory'ego, który dalej smacznie spał. Więc pojutrze po południu bierze ślub. Dopiero teraz w pełni sobie to uświadomiła. Nawet nie zauważyła, kiedy przerwała te przemyślenia i po prostu zasnęła. Wydawało jej się, że minęła chwila, kiedy Doctor próbował ją przebudzić. Otworzyła powoli oczy. 
- Jesteśmy na miejscu. Sam też się tu trochę przespałem - odparł i ziewnął, przeciągając się. - Jest już ranek. Dziś się zabawimy, a jutro idziemy do kaplicy - po tych słowach wymusił uśmiech i szturchnął ją lekko pięścią. Ona tylko przytaknęła na wpół przytomnie i wyszła z auta, idąc obudzić Rory'ego. Doctor w tym czasie wyjął bagaże, a poten zaprowadził towarzyszy do pokoju, w którym mieli się zatrzymać. Sam Władca Czasu wziął sobie sąsiedni i ułożył w nim swoje rzeczy, których nie było za wiele. Wrócił do nich i żwawo zachęcał ich, żeby poszli razem z nim, ale po długich namowach zgodził się, żeby najpierw jeszcze się przespali. W końcu sen w samochodzie nie mógł być zbytnio wygodny. Także szatyn zostawił ich i sam postanowił pobiegać po klubach i pograć w karty. W końcu był Doctorem. Kasy mu akurat nie brakowało. Zawitał do pierwszego z brzegu kasyna, których było niemało w tym tętniącym życiem mieście. Wymienił pieniądze na żetony i jawnie zadowolony usiadł przy jednym ze stołów. Przywitał się i wyczekiwał na rozdanie kart. Sprawdził swoje i umiejętnie pokazując, że jest niezadowolony, zauważył, że ma już małego streeta. Wyłożył średnią ilość żetonów i czekał na ruch reszty. Będąc Władcą Czasu od razu zauważył kto jakie ma karty. Rzecz jasna wygrał tą kolejkę. Nie zawsze mu się udawało, ale teraz miał szczęście. Przy okazji gawędził sobie z resztą zebranych osób i chętnie opowiadał jak grał w pokera na Titanicu. Większość zebranych, albo sama już za dużo wypiła, albo stwierdzała, że to Doctor ma za sobą parę porządnych kolejek. Jednak ten nie zważał na to i kontynuował swoje wywody. Zdążył już się nieźle wzbogacić, kiedy usłyszał za sobą znajome głosy. Wstał od stołu, podziękował za partię i skierował się do usłyszanych ludzi.
- Jak się spało? - zapytał, z uśmiechem szeleszcząc sakiewką z żetonami.
- Wspaniale - odparła Amy, przeciągając się. - Mają naprawdę wygodne łóżka.
- Wiem, sam wybierałem hotel. Co z tobą, Rory? - wtedy szatyn przeniósł wzrok na mężczyznę.
- Nie wiem jak ja wytrzymam z nią w jednym łóżku przez kolejne parędziesiąt lat! Niezwykle się rozpycha - zażartował, ale pocałował dziewczynę w policzek. - I tak ją kocham - dodał, a Doctor wymusił uśmiech.
- Idziemy na karaoke? - zaproponowała Rudowłosa, przypominając sobie śpiewanie w samochodzie.
- Będzie zabawnie!
Obaj mężczyźni przytaknęli zgodnie i udali się do pobliskiego klubu, gdzie można było pośpiewać. Nikt nie zauważył, że tuż za nimi wyszedł jeden z gości kasyna, rozglądając się nieufnie na boki.
    Droga z jednego lokalu do drugiego zajęła im zaledwie parę minut. Usiedli przy barze i spojrzeli na scenę, na której właśnie występowała czwórka przyjaciół bardziej wygłupiając się, niż śpiewając. Wprawdzie nowo przybyli nie mieli w planach robić teraz czegokolwiek poważnie. Doctor zamówił po drinku i choć dość nieufnie, spróbował jednego. Uznając, że jest przyjemnie słodki, trochę się przekonał. Pod warunkiem, że miał mało alkoholu. Poczekali, aż kilka osób jeszcze coś pośpiewa, aż w końcu Amy pociągnęła Rory'ego na scenę, poprosiła o jakąś piosenkę Beatles'ów i zaczęła śpiewać. Wkrótce i Rory się przemógł. Tymczasem władca czasu próbował nie zacząć się śmiać z ich wygłupów na scenie. Przy kolejnej okazji dołączył do nich, drąc się z nimi przy rockowej i głośnej piosence. Wbiegali tak na scenę co jakiś czas, a pomiędzy występami żartowali, popijali drinki lub słuchali innych ludzi. Większość, tak samo jak oni wybierało jakieś głośne piosenki przy których można było się pośmiać. Rzadziej ktoś brał wolne utwory, ale zwykle zbierał za to brawa, również od trójki towarzyszy.
    Doctor akurat tańczył z obcymi ludźmi, gdy Amy i Rory zniknęli gdzieś w tłumie. Szatyn postanowił, że w tym czasie zamówi im po drinku. Stał przy barze, gdy nagle usłyszał jakieś zamieszanie, ale gdy się tam znalazł zdążył zobaczyć tylko, jak Amy soczyście uderza z liścia narzeczonego w prawy policzek. Usunął się w tył, nie chcąc się na razie mieszać. Wtedy zauważył mężczyznę, który uporczywie się w niego wpatrywał. Wydawał mu się podejrzany, ale starał się nie pokazywać mu, że go zobaczył. Udawał, że go nie widzi i czekał, aż Amy lub Rory wrócą do baru. W końcu doczekał się i zobaczył jak przez tłum w jego stronę przeciska się rozczochrana już nieco rudowłosa piękność. Uśmiechnął się do niej krzepiąco.
- Coś się stało? - zapytał i upił łyk swojego drinka.
- Pokłóciłam się z tym tępakiem - odparła Amy, tonem dającym jasno do zrozumienia, że nie chce więcej pytań. Wzięła drinka w dłonie i napiła się go trochę. Patrzyła się na blat, rozmyślając gorączkowo o słowach, które powiedział do niej jej przyszły mąż. Doctor umiejętnie wycofał się w tłum i poczuł niejasną chęć zrobienia czegoś. Odstawił byle gdzie swój kieliszek i wszedł na scenę. Podszedł do człowieka, który operował muzyką i poprosił o jakiś wolny i przyjemny kawałek. Skierował się do mikrofonu, nieco speszony i czekał, aż zobaczy tekst i usłyszy muzykę. Po chwili z głośników wydobyły się już pierwsze nuty piosenki Ed'a Sheeran'a, Photograph. Amy w tym czasie dalej wpatrywała się w barek, mieszając drinka słomką, gdy nagle usłyszała czysty i znajomy głos, który zaczynał pierwsze wersy jednej z jej ulubionych piosenek. Odwróciła się szybko i ujrzała Doctora, który z nieśmiałym uśmiechem wpatrywał się w nią ze sceny. Powoli przechodził do refrenu, kiedy dziewczyna nie mogła już powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Patrzyła w jego stronę, znowu czując ciepło, którego tak często brakowało jej przy Rory'm. W pewnym momencie zaczęła się cicho śmiać, na myśl o wszystkich spędzonych razem z tym szaleńcem z budki chwilach. Kiedy skończył ostatnie wersy, wciąż patrząc w jej stronę, jakby upewniając się, że robi wszystko dobrze, dziewczyna wstała i zaczęła powoli iść w stronę sceny. Chciała go chociaż przytulić, podziękować. Tymczasem Doctor zastukał parę razy w mikrofon i spróbował coś powiedzieć, poprzez oklaski dobiegające z dołu.
- Em... Ta piosenka... To na pocieszenia. Mam nadzieję, że ci się podobało, Amy - powiedział mimowolnie lekko się rumieniąc. Już chciał schodzić ze sceny, gdy zauważył, że dziewczyna idzie w jego stronę. Poczuł te dziwne, ale przyjemne uczucie w brzuchu, patrząc na jej falujące i wspaniałe rude włosy, w kasztanowe oczy. Przełknął ślinę, myśląc przez chwilę, że zrobił coś źle, ale ona weszła powoli na scenę, wciąż patrząc mu w oczy. Podeszła bliżej. Najpierw chciała go po prostu przytulić, jednak w jednej chwili - kiedy stała tuż przed nim i jego ciemnymi włosami, tajemniczymi oczami - zmieniła zdanie. Bez ostrzeżenia dotknęła chłodnymi dłońmi jego szyi i przysunęła do niego, całując w usta - z pasją i namiętnie. Po krótkiej chwili dekoncentracji, Doctor złapał ją w talii, przysunął bliżej siebie i odwzajemnił pocałunek. Usłyszał pod sobą gromkie brawa, ludzi uradowanych ciekawą sytuacją. Nie umiał wyjaśnić dlaczego, ale pragnął mieć Amy blisko siebie jak nigdy dotąd. Tym razem nie odsunął jej od siebie. Może za dużo wypił? Nie obchodziło go to zresztą. Miał jej oczy, włosy i ją całą tuż przy sobie, Niczego innego nie pragnął.
Tymczasem tajemniczy mężczyzna wstał gwałtownie i wyszedł na świeże powietrze, mając już tyle informacji ile potrzebował.
__________________________________________________________
Wiem, że początek i problem z Rory'm tak średnio rozwiązałam, ale jakoś nie miałam na to lepszego pomysłu. Jednak postaram się to jakoś rozwinąć w przyszłych rozdziałach. Tymczasem do następnej notki, moi mili :)
PS. Dziękuję za wszelkie komentarze :D