sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 13


Przepraszam, że tak długooo, a na dodatek ten rozdział jest po prostu słaby :c Brakuje mi strasznie czasu i wydaję mi się, że kolejne rozdziały też mogą pojawiać się z opóźnieniem. Mam jednak jako taki pomysł co się może dziać dalej, więc mam nadzieje, że przeżyjecie te wypociny niżej i z większą przyjemnością będziecie czytać dalej. Ogólnie strasznie by mi zależało na jakichkolwiek komentarzach, bo wciąż nie wiem co robię źle, a co dobrze, a od tego są w końcu portale takie jak wattpad. Żaby się uczyć, więc liczę na was :D
 Jeszcze raz przepraszam i mam nadzieję, że jeszcze nie wszyscy stąd uciekli :)
________________________________________________________________
    Minęły około dwa miesiące od tamtego dnia. Doctor powoli wracał do siebie i z powrotem był wesołym i dziwnym kosmitą. Tylko często nocami nawiedzały go koszmary. Tłumaczył to sobie nadmiarem myśli. Amy natomiast próbowała się coraz częściej uśmiechać. Raz jej to wychodziło, raz nie. Czasem była po prostu jakby nieobecna. Jednak zdarzało się to coraz rzadziej, co niezmiernie cieszyło Władce Czasu. Starał się ją pocieszać, ale jak tylko poruszał temat śmierci Rory'ego, kończyło się na tym, że dziewczyna nie chciała o tym rozmawiać i zaczynała mówić o czymś innym. W sumie Doctor zastanawiał się czemu tak go to interesuje, ale nie mógł się oprzeć, żeby nie próbować poznać prawdy. W końcu jednak dał za wygraną, licząc, że Rudowłosa sama mu ją wyzna. 
    Tego dnia Doctor majstrował przy panelu TARDIS, kiedy ujrzał w drzwiach zaspaną jeszcze, ale uśmiechniętą Amy. Podeszła bliżej i oparła się o obiekt pracy szatyna.
- Jakie plany na dzisiaj? - zapytała, ziewając, na co mężczyzna także lekko się uśmiechnął. 
- W sumie... - chciał już zaproponować jakąś bardziej malowniczą planetę, ale przerwał mu telefon stojący koło niego. Odebrał prędko, mówiąc krótkie 'halo'. Uśmiechnął się szerzej, słysząc znajomy głos w słuchawce. Amelia patrzyła na niego zaintrygowana. Ostatni raz kiedy dzwonił to urządzenie, odebrał od niej Winston Churchill. Nic już nie mogło ją zadziwić. Podążała krok w krok za Doctorem, kiedy to on przytakiwał pospiesznie na słowa osoby po drugiej stronie. W końcu on się zatrzymał, a ona omal na niego nie wpadła. 
- Więc mówisz, że masz dwa bilety na wasz koncert? O, za darmo? - powiedział Władca Czasu, przeczesują ciemne włosy. Z zadowoleniem zauważył, że Amy, aż podskakuje z podekscytowania. - No to widzimy się na koncercie. Mam nadzieję, że pozwolisz mojej znajomej na spotkanie. Na pewno się ucieszy - dodał i się rozłączył. Odwrócił się, wpadając na dziewczynę. 
- Kto to był, Doctorze? - zapytała, poprawiając mu przekrzywioną muszkę. 
- Nie wolisz mieć niespodzianki? - zażartował, ale wiedział, że jak nie powie jej teraz, źle to się dla niego skończy. - Dobrze, dobrze. Lubisz Beatlesów? - nie mógł powstrzymać śmiechu, kiedy zobaczył zaskoczenie na jej twarzy. 
- Naprawdę jedziemy na koncert Beatlesów? Tak na żywo? W latach sześćdziesiątych?! - pytała szybko dopóki nie zaczęła się śmiać i podskakiwać w kółko. Doctor patrzył na nią szczęśliwy. Był prawie pewien, że w tamtym momencie nie myślała o przykrościach, które ją spotkały. Niezwykle go to uspokajało. Szczerze bał się, że Amy nie będzie już taka sama po stracie Rory'ego. Była, ale widział, że w głębi cierpiała. Na to jednak nic nikt nie mógł poradzić. 
- Do tego ich poznasz - dodał, puszczając do niej oko, po czym wskazał na drogę do jej pokoju. - Leć się przebrać. Tym razem nie wypuszczę cię stąd w piżamie. 
- Tak jest - odparła Amy i pobiegła do swojego pokoju. Doctor nie miał zamiaru ubierać czegokolwiek innego, niż nosił zawsze, więc tylko czekał. Kiedy dziewczyna pojawiła się w pomieszczeniu, ubrana w jasną koszulę i prostą spódnicę do połowy ud, uśmiechnął się szerzej. - Wyglądam dość jak dziewczyna z lat sześćdziesiątych? - zapytała, obracając się wokół. 
- Oczywiście - zapewnił Doctor, nie mogąc się nadziwić jak bardzo nie przypominała typowej samej siebie. Nie dość, że zwykle ubierała się zupełnie inaczej, to jeszcze zmieniła swój codzienny makijaż. Teraz bardziej skupiał się na oczach, przez co jeszcze bardziej zwracały na siebie uwagę. Szatyn już chciał jakoś ją skomplementować, ale powstrzymał się, przypominając o Williamsie i odpalił TARDIS. - Więc czas wyruszyć na koncert, bo się spóźnimy - zażartował z ich pierwszego spotkania. Amy zrozumiała i zaśmiała się. Nie miała mu już za złe, że wrócił dopiero po dwunastu latach. Złapała się barierek, żeby nie upaść kiedy maszyna będzie się przemieszczać. Nie trwało to długo i już po chwili mogli wyjść na zewnątrz, tuż na sam koniec kolejki prowadzącej do wielkiego budynku, w którym miał grać zespół. Ruda już chciała ustać na końcu niezwykle długiego rzędu ludzi, ale Doctor pociągnął ją za rękę obok, w akompaniamencie oburzonych jęknięć. Nawet na nikogo nie patrzył. Pokazywał wszystkim tylko swój psychiczny papier. Już po chwili odebrali bilety od jakiegoś faceta, znanego tylko Władcy Czasu i znaleźli się w środku. 
- Z tobą wszystko jest prostsze - stwierdziła dziewczyna i złapała go pod ramię. 
- Wiem - odparł Doctor wzruszając ramionami. - Chodź, zajmiemy miejsca blisko sceny, ok? - zapytał, na co Amy ochoczo przytaknęła. Po krótkiej naradzie Władca Czasu poszedł po jakieś napoje i przekąski, a dziewczyna postanowiła zostać na miejscu. Mieli jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia koncertu. 
  Spoglądała z uwagą na scenę, na której muzycy powoli zaczynali przygotowywać się do koncertu. Siedzieli w kółku i strojąc instrumenty, wesoło rozmawiali. Nagle kątem oka dziewczyna zobaczyła jakiś ruch w górze. Spojrzała w tamtą stronę, ale nic już tam nie było. Potrząsnęła lekko głową, uznając, że jej się przywidziało. Z zamyślenia wyrwał ją śmiech Doctora, który żartował z kamerzystą. Szybko jednak skończył rozmowę i podbiegł do niej. Dał jej jedną butelkę i uśmiechnął się.
- Oranżada - powiedział uradowany i wypił parę łyków swojego napoju. Amy postanowiła zostawić go sobie na później, bo nie była spragniona. 
- Znasz ich? Tak osobiście? - zapytała szepcząc i wskazując głową na zespół.
- Oczywiście - prychnął szatyn. - Znam bardzo wiele zespołów. Nie tylko tych starych - dodał i zaczął wymieniać wszystkie począwszy od lat sześćdziesiątych, co niezwykle rozśmieszyło Rudą. Doctor w końcu przerwał, widząc jej rozbawienie i sam zaczął się cicho śmiać. Nagle spod sufitu spadł jakiś worek pełen piachu. Runął na ziemie zaledwie metr od Johna Lennona. Amy pisnęła i odskoczyła do tyłu, a Doctor wskoczył na scenę i zaczął się rozglądać za sprawcą zdarzenia. Spojrzał w górę, gdzie jakieś stworzenie właśnie uciekało po metalowym belkowaniu pod sufitem. Domyślał się już co to mogło być. Przywitał się szybko z muzykami i spróbował jakoś wymijająco wyjaśnić co się właśnie wydarzyło. Potem zeskoczył ze sceny i stanął obok dziewczyny. 
- To był bardzo zabawny gatunek kosmitów. Żyją z wami na Ziemi od tysięcy lat, a wy nadal ich nie zauważyliście. Wprawdzie są bardzo słabo rozwinięte umysłową, w porównaniu z ludźmi. Trochę jak takie przygłupie małpy. Mimo to lubią sobie z was żartować - objaśnił i dopił swój napój. - Tak czy siak, jeśli nie chcemy stracić jednego z Beatlesów przed końcem ich działalności, musimy zwracać na nie uwagę. 
- Nie powinniśmy ich jakoś odgonić? - spytała zdezorientowana Amy, ale Doctor od razu zaprzeczył.
- Nie możemy. Mają takie same prawo do życia na tej planecie co wy. Poza tym zwykle nie są niebezpieczne. Po prostu czasem przesadzają z psikusami - wyjaśnił i uśmiechnął się. - Nie martw się i skup na występie, dobrze? 
Amy odwzajemniła uśmiech i zrobiła jak jej kazał. Koncert kończył się dopiero późnym wieczorem, a jako że Doctor razem ze swoją towarzyszką mieli zapewnione spotkanie z muzykami, wyszli stamtąd jeszcze później. Śmiali się i wygłupiali, żartując.
- Paul jest niezwykle romantyczny, nie uważasz? - zapytała Amy, szturchając Doctora lekko. Oboje wiedzieli, że to nie jest na poważnie. 
- Nie mnie oceniać - odparł szatyn, przeczesując rozczochrane włosy. - Za to Lennon zabawny - dodał na co oboje się zaśmiali, przypominając jego żarty. 
- To gdzie teraz? - powiedziała Rudowłosa, poprawiając swoją spódnicę. - Może się przebrać? - spytała z nadzieją, gdyż wolała swoje codzienne ubrania. 
- Tak też ci ładnie - stwierdził szybko Władca Czasu, ale szybko zdał sobie sprawę, że to mogło zabrzmieć jak podryw i podświadomie się odsunął. Jego pokrętna logika mówiła mu, że to może jej przypominać o Williamsie i starał się nie być ostatnio w żadnym stopniu romantycznym. Jednak Amy nie wydawała się z tego powodu zadowolona. 
- Nic mi nie jest, ok? - syknęła. - Radzę sobie, nie widzisz? Nie musisz mnie traktować jakbym była niestabilna emocjonalnie. Rory nie żyje, a moje użalanie się nad sobą go nie przywróci, więc staram się żyć normalnie. On by tego chciał, ale ty mi nie pomagasz - powiedziała na jednym wdechu, a Doctor spojrzał na nią nie kryjąc zdziwienia. Pokiwał głową ze zrozumieniem i spróbował się uśmiechnąć. 
- Więc jak bardzo chcesz się przebrać? - spytał przybliżając się z powrotem. 
- W sumie to może poczekać. Pod warunkiem, że masz pomysł na jakieś ciekawsze zajęcie.
- Żadnego. Może po prostu odpocznijmy? - spytał i zaczął już rozkładać swoją marynarkę na trawie. Usiadł na niej, a potem opadł na trawę, nie zważając, że pod głową ma tylko trawę i ziemię. Po chwili zauważył kątem oka, że dziewczyna siada obok niego. Wsparł się na łokciach i spojrzał na niebo.
- Czemu z tobą zawsze ląduję pod gwiazdami? - zapytał cicho i tak samo się zaśmiał. Mimo to Amy była w tym momencie niezwykle poważna. Położyła się obok niego i uśmiechnęła nieznacznie. 
- Nie mam pojęcia - odparła wpatrując się w niebo nad sobą. - W Paryżu było ich więcej - zażartowała, a Doctor udał obrażonego.
- Nie podoba ci się tutaj? - spytał z udawaną urazą. Wtedy jednak nagle spoważniał i podniósł się na łokciach. Nachylił lekko nad Rudą i spojrzał jej w oczy. - Proszę, Amy. Powiedz mi co się wtedy wydarzyło - głos miał tak, cichy, że dziewczyna ledwo go usłyszała. Nie wydawała się być zaszokowana tym pytaniem, ale przełknęła ślinę i zaczęła uciekać wzrokiem. 
- Doctorze, ale... - zaczęła nie patrząc na niego, ale on nie dał jej skończyć.
- Proszę, Amy, błagam. Martwię się - przerwał jej jeszcze ciszej. Ona patrzyła na niego przez dłuższą chwilę, a on pozwolił jej się spokojnie namyśleć. 
- Najpierw ty mi powiedz co się z tobą wtedy działo - powiedziała, a Doctor odsunął się i usiadł. Westchnął głośno, ale zamykając oczy próbował już sobie przypomnieć tamte wydarzenia, chociaż nie było to dla niego łatwe. Nie patrzył na nią kiedy zaczynał powoli opowiadać kolejne przejścia. Ona także usiadał i zbliżyła się, nasłuchując i wpatrując się w niego jak mała dziewczynka z zafascynowaniem słuchająca historii kogoś starszego. W sumie tak właśnie było.
   Na początku gdy z lekkim zażenowaniem opowiadał i swoim niewyjaśnionym poczuciu szczęścia kiedy był obok niej, Amelia lekko się uśmiechała i rumieniła. Była też lekko zdziwiona, bo spodziewała się czegoś krwawego, brutalnego, albo chociażby obciążającego psychicznie, a na razie to się takie nie wydawało. W miarę jednak jak opowieść Doctora posuwała się dalej, uśmiech schodził z jej twarzy, a szatyn zaczynał się od czasu do czasu jąkać. Mimo to dzielnie dobrnął do końca, kiedy to dziewczyna go obudziła. Nie zapomniał też w końcu jej za to podziękować. Spojrzał na nią uważnie. W jej brązowe oczy i znowu poczuł, że nie potrafi bez niej żyć, że nie chce nigdy jej opuszczać, ale szybko się odwrócił. Nie mógł. Nie teraz. Nie mógł jej kochać. 
- Więc moja kolej - stwierdziła Amy i zacisnęła ręce na trawie. Doctor dotknął ich lekko i pogładził je tak jak kiedyś. Teraz nie miał przy sobie żadnych maści, ale dziewczyna rozluźniła się nieco. Zamknęła oczy i wyrzuciła z siebie: - Ja go zabiłam.
_________________________________________________________
Jak myślicie? Co się mogło wydarzyć? 
I tak uważam to chyba za mój najgorszy rozdział i nie jestem z niego dumna w żadnym stopniu. Przynajmniej coś jest. Obiecuję, że kolejne będą na pewno lepsze, bo - jak już pisałam powyżej - mam już dość ciekawy pomysł na wydarzenia. 
Cześć i czołem, i do następnego!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz