Zapraszam wszystkich na 1 rozdział, który zaczyna się od końcówki odcinka "Flesh and Stone" (tak dla wtajemniczonych ;) ), ale wydaję mi się, że ci, którzy Doctora nie oglądają też dadzą radę się połapać. Wydarzenia są rzecz jasna trochę przez mnie pozmieniane, a dalsza część oraz kolejne rozdziały będą już w większości zmyślone. Mam nadzieje, że wam się spodoba :)
PS. Notki będą co parę dni, ale co najmniej jedna w tygodniu powinna się pojawiać!
______________________________________________________________________
Doctor rozejrzał się po TARDIS. Za nim weszła lekko roztrzęsiona Amy. Jeszcze chwilę temu prawie zginęła. Ustała koło bruneta, który opierał się o panel kontrolny statku. Kazał jej zaczekać chwilę i poszedł do jakiegoś pomieszczenia. Dziewczyna rozglądała się wokół, nie wiedząc co myśleć. Przed oczami miała jeszcze kamienne anioły, które z każdym mrugnięciem, z każdym zgaśnięciem światła zbliżały się do niej, pragnąc jej śmierci. Łzy popłynęły jej po policzkach. Myślała o tym jak to wszystko się potoczyło. O tym, że to Doctor był przy niej. Wiedziała, że to najbardziej bezsensowna myśl jaka mogła jej przyjść do głowy, ale podświadomie miała za złe Rory'emu, że ona mogła zginąć, a on nawet o tym nie wiedział. Głupia jestem - pomyślała. - Przecież, on nawet nie wie, że ja nie jestem w domu. W ten sposób próbowała poprawić tą sytuacje, ale wyszło to jeszcze gorzej. Wtedy wrócił Doctor i podszedł do niej. Owinął ją kocem i pomógł usiąść. Odgarnął jej włosy z czoła i spojrzał w oczy.
PS. Notki będą co parę dni, ale co najmniej jedna w tygodniu powinna się pojawiać!
______________________________________________________________________
Doctor rozejrzał się po TARDIS. Za nim weszła lekko roztrzęsiona Amy. Jeszcze chwilę temu prawie zginęła. Ustała koło bruneta, który opierał się o panel kontrolny statku. Kazał jej zaczekać chwilę i poszedł do jakiegoś pomieszczenia. Dziewczyna rozglądała się wokół, nie wiedząc co myśleć. Przed oczami miała jeszcze kamienne anioły, które z każdym mrugnięciem, z każdym zgaśnięciem światła zbliżały się do niej, pragnąc jej śmierci. Łzy popłynęły jej po policzkach. Myślała o tym jak to wszystko się potoczyło. O tym, że to Doctor był przy niej. Wiedziała, że to najbardziej bezsensowna myśl jaka mogła jej przyjść do głowy, ale podświadomie miała za złe Rory'emu, że ona mogła zginąć, a on nawet o tym nie wiedział. Głupia jestem - pomyślała. - Przecież, on nawet nie wie, że ja nie jestem w domu. W ten sposób próbowała poprawić tą sytuacje, ale wyszło to jeszcze gorzej. Wtedy wrócił Doctor i podszedł do niej. Owinął ją kocem i pomógł usiąść. Odgarnął jej włosy z czoła i spojrzał w oczy.
-
Przepraszam. Zrozumiem jeśli...
-
Chcę do domu - szepnęła stanowczo Amy wycierając łzę z oka. -
Teraz.
Mężczyzna
pokiwał nieznacznie głową i wstał. Przeciągnął uważnie parę
dźwigni, pierwszy raz nie tańczył wokół wszystkich przycisków,
ciesząc się z każdego dotknięcia wnętrza jego kochanej maszyny.
Tym razem lekko pochylony starał się jak najmniej trząść TARDIS
w czasie podróży. Chwilę później znalazł się razem z
towarzyszką w jej pokoju.
-
Jesteśmy na miejscu. Możesz iść - odparł nie odwracając się.
-
Ale ja chcę ci coś pokazać. Tylko o to chodzi! - niemal krzyknęła.
Nie chciała opuszczać tego świata. Musiała tylko coś wyjaśnić
Doctorowi... i samej sobie. Ten dostał nowych nadziei i lekko się
uśmiechnął. Nie rozumiał co czuł do Amy. Pragnął, żeby była
przy nim i że musi ją chronić. Pomyślał parę razy, że to może
jakaś choroba. Powinien się zeskanować za pomocą TARDIS.
Dziewczyna podała mu koc, a on rzucił go gdzieś na podłogę. Jak
zwykle przepuścił ją pierwszą do wyjścia z maszyny. Wyszedł
zaraz za nią, zamknął drzwi i spojrzał w jej stronę. Ona
przełknęła ślinę i wskazała głową za Doctora. Ten odwrócił
się, a to co ujrzał niezwykle mocno ukłuło go gdzieś w środku.
Miał przed sobą wspaniałą, białą suknię, która na pewno była
suknią ślubną. Podszedł do niej, dotknął miękkiego materiału
i próbował ukryć zawód. Uspokoił się i odwrócił z powrotem.
Ze sztucznym uśmiechem usiadł razem z Amy na jej łóżku. Nie
wiedział jak zaczął rozmowę. Parę razy próbował zacząć
rozmowę, ale nie mógł.
-
Wiem - odezwała się w końcu ruda. - Wybacz, że nie powiedziałam
ci wcześniej, ale chyba próbowałam od tego uciec. Rano wychodzę
za mąż.
-
Nie przepraszaj - odparł jedenasty udając zadowolenie. - To kto
jest tym szczęśliwcem? - dodał. Amy wyjęła z szafki szkatułkę
z pierścionkiem zaręczynowym i podała ją przyjacielowi.
-
Znasz go - powiedziała i uśmiechnęła się.
-
O! Ten przystojny? - zapytał, ale Amy wyglądała na zakłopotaną.
- Czy ten drugi?
-
Ten drugi.
-
Też dobry - stwierdził Doctor i wyprostował się. W głębi
myślał, co jest w nim lepszego od niego, ale od razu odgonił te
myśli. To tylko moja towarzyszka -
powtarzał sobie w myślach, ale coś sprawiało, że miał ochotę
go znaleźć i uderzyć. - Co się z tobą dzieje idioto?!
-
Dzięki - Amelia zaśmiała się cicho czym wyrwała Doctora z
zamyślenia. Ten spojrzał na jej roześmianą twarz, płomieniście
rude włosy i poczuł, że chcę je dotknąć, powąchać.
Powstrzymywał się jednak i tylko wymuszał uśmiech. - Więc...
Często pocieszasz dziewczyny przez ich ślubem? - spytała i
uśmiechnęła się zalotnie czym wywołała lekki ból brzucha u
bruneta.
-
P-po co miałbym cię pocieszać?
-
Mogłam zginąć. Byłam sama, w ciemności i mogłam zginąć -
mówiła starannie oddzielając każde słowo. - Miałam okazje, by
pomyśleć.
- Ta,
wtedy było dużo okazji do myślenia.
-
Myślałam sobie wtedy... Kogo tak na prawdę chcę... Rozumiesz o co
mi chodzi? - spytała i spojrzała Doctorowi w oczy.
- Tak
- odparł, ale tak na prawdę nie zrozumiał nic. Po chwili, kiedy
Amy sama mu tego nie powiedziała, przyznał się. - Nie...
Rudowłosa
spojrzała na niego zmysłowo, odgarnęła włosy za ucho i
powtórzyła, dając nacisk na pierwsze słowo:
-
Kogo chcę.
Brunet
patrzył na nią przez chwilę.
- O!
Tak, no jasne.
Amy
jednak nie wydawała się przekonana.
- No
dobra, nie rozumiem. Wyjaśnij mi.
- Oh,
doctor. Wyjaśnię to ci jednym słowem, które nawet ty zrozumiesz -
ostatnie słowa niemal wyszeptała i nachyliła się w stronę
bruneta. Ten odruchowo cofnął się, a napotykając za sobą ramę
łóżka przeleciał na drugą stronę. Spojrzał na dziewczynę.
-
Amy! Bierzesz ślub jutro rano! - krzyknął, ale ona tylko wstała i
podeszła do niego.
- Do
rana zostało jeszcze dużo czasu - odparła, łapiąc za szelki
Doctora i przysuwając go do siebie.
-
Nie, nie Amy! Słuchaj mnie! Mam dziewięćset siedem lat, jestem
kosmitą! Amy!
Jednak
ona nie słuchała go. Czuła potrzebę bycia blisko niego. Może
brakowało jej bliskości drugiej osoby, kiedy wokół stada aniołów
była sama.
- To
się nie uda, zobaczysz!
-
Słuchaj Amy, nie jestem kimś na jeden wieczór - niemal warknął,
ale nagle wszystko stanęło w miejscu. Dziewczyna zbliżyła do
niego swoją twarz i pocałowała. W pierwszym odruchu Doctor chciał
ją od siebie odsunąć, ale po chwili nic innego się nie liczyło.
Tylko on i jego rudzielec. Oddał pocałunek i już się nie
sprzeciwiał. Dopiero kiedy to dziewczyna się od niego odsunęła
ten się opamiętał i gwałtownie odsunął. - Bierzesz ślub jutro
rano!
- No
i co z tego? - spytała Amy, znowu chcąc pocałować bruneta.
- To, że jest mężczyzna, którego kochasz, a w tej chwili po prostu mnie wykorzystujesz!
Dopiero teraz ruda cofnęła się.
- Nie kocham go.
- Dlaczego?
Obaj zamilkli. Wpatrywali się w siebie chwilę. Obaj bili się z tymi samymi myślami. Obaj chcieli sobie wykrzyczeć w twarz to samo - Kocham cię. Jednak żadne z nich tego nie zrobiło, każde z innego powodu. Amy bała się w to brnąć. W końcu zdawała sobie sprawę, że Władca Czasu zostawił ją już wiele razy. On natomiast nigdy nie wypowiadał tego słowa. Nie wiedział czy potrafił to zrobić. Nie rozumiał uczucia, które w nim buzowało. Jedyne czego chciał to zatrzymać przy sobie Amy. Móc ją rozweselać, pocieszać i wspierać kiedy tylko się da. Patrzył na nią, dopóki nie miał dość ciszy.
- Bo kilka dni temu poznałaś mężczyznę, który cię porwał i został bohaterem? Jest idealny, męski, ale porwał cię! Nic o nim nie wiesz!
- Ale ty wiesz o mnie wszystko - burknęła ironicznie. - Nic o mnie nie wiesz, ale nie przeszkadza ci, żebyśmy się całowali, co? - zapytała.
- To nie tak - Doctor próbował się tłumaczyć. Miał świadomość, że to nie jego wina, ale i tak próbował się tłumaczyć. - Co się ze mną dzieje? - przejechał palcami po włosach i rozejrzał się. Nagle dostrzegł zegarek stojący na szafce dziewczyny. - To wszystko dotyczy ciebie. Wszystko.
- Słucham?
- Dobra, chodź! - odparł i złapał ją za dłoń. Pociągnął za sobą i chcąc wpuścić przed sobą do TARDIS przeciągnął do jej drzwi. Ona znowu złapała go za szelki i przyciągnęła do siebie.
- Doctor - szepnęła i spojrzała mu w oczy, ale ten tylko wpuścił ją do środka.
- Między nami nie powinno już dojść do niczego. Nigdy. - odparł, a Amy powoli powracała do siebie. Czuła z jednej strony, że pragnie swojego doctora, ale z drugiej strony pamiętała o swoim przyszłym mężu, który czekał na nią. Usiadła na ławce przy panelu kontrolnym maszyny. Po chwili dosiadł się do niej Doctor.
- Po prostu o tym zapomnijmy - odparł i uśmiechnął się ciepło. Amy pokiwała głową na zgodę. - Tylko co z twoim ślubem? - zapytał, a dziewczyna zamyśliła się. - Bo tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy pójść najpierw na piknik. Moglibyśmy trochę pogadać.
Na to Amy ponownie pokiwała głową, po czym odgarnęła włosy za ucho. Brunet odgonił myśl, że wygląda słodko i wrócił do dźwigni i przycisków.
- Gdzie chcesz zrobić ten piknik? - spytała Amy próbując spojrzeć na ekranik przy panelu, ale Doctor umiejętnie go zasłaniał.
- Przygotuj się - odpowiedział tylko i pociągnął ochoczo za kolejną dźwignię. TARDIS zakołysało i zatrzęsło, a on krzyknął swoje ulubione słowo: "GERONIMO!" Chwilę później cały wehikuł się uspokoił, a Doctor złapał za dłoń Amy i wyciągnął ją na zewnątrz. Dziewczyna ustała w miejscu i patrzyła przed siebie jak zahipnotyzowana. Podeszła do barierki i spojrzała w dół. Pod nią rozciągał się cały Paryż. Uśmiechała się sama do siebie, zachwycona. Potem spojrzała w górę. Widziała tysiące gwiazd, które migotały wesoło na niebie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wszędzie jest całkiem ciemno i dlatego widać tyle gwiazd. Nagle tuż obok niej znalazł się Doctor niosący z boku niewielki kosz piknikowy.
- Jesteśmy we Francji. Dziś wysiadło światło w całym Paryżu. W końcu mieszkańcy mogli ujrzeć rozgwieżdżone niebo - uniósł nieznacznie kącik ust i spojrzał kątem oka na Amy. - Dlatego zabieram ze sobą ludzi - dodał cicho, a ona odwróciła się w jego stronę, zdziwiona.
- Dlaczego? - spytała zmieszana.
- Wy potraficie się cieszyć tym co was otacza. Zachwycacie się widokami, rozumiecie piękno wszechświata. Ja już to wszystko widziałem, a wy, ty, pozwalasz mi znowu się tym cieszyć.
Amy zaczerwieniła się lekko i spojrzała na rozwiane, ciemne włosy Doctora, na jego ciemne oczy i uśmiechniętą twarz. Poczuła miłe ciepło w środku. Czemu nie czuła tego przy Rory'm? Starała się o tym nie myśleć. Zabrała po kryjomu koszyk mężczyźnie i zaśmiała się.
- To co? Jemy? - zapytała i już chciała otworzyć kosz, ale Doctor gwałtownie ją powstrzymał.
- Podziwiaj widoki, ja się tym zajmę - powiedział zaczerwieniony i zawstydzony swoim zachowaniem. Położył koszyk z boku i wyjął po kolei koc, jedzenie i serwetki. Potem spojrzał czy Amy na pewno nie patrzy i wyjął kilka świeczek. Zapalił je i spojrzał na swoje dzieło. Wtedy wstał i objął Amy w talii, żeby lekko ją przestraszyć. Ta podskoczyła i odwróciła się w jego stronę. Widząc jego roześmianą buźkę, udała obrażoną, ale po chwili również wybuchła śmiechem. Spojrzała mu przez ramie i zobaczyła pięknie rozłożoną zawartość kosza. Spojrzała zaskoczona na mężczyznę i uśmiechnęła się. Ominęła go i usiadła na kocu z jednej strony i spojrzała zachęcająco na niego. Ten dosiadł się po drugiej stronie i wziął sobie kanapkę z serem. Wziął kilka kęsów i uznał, że jest znośna i można ją zjeść. Amy też wzięła jakąś kanapkę i zaczęła ją jeść. Po krótkiej ciszy spojrzała na towarzysza.
- Po prostu o tym zapomnijmy - odparł i uśmiechnął się ciepło. Amy pokiwała głową na zgodę. - Tylko co z twoim ślubem? - zapytał, a dziewczyna zamyśliła się. - Bo tak sobie pomyślałem, że moglibyśmy pójść najpierw na piknik. Moglibyśmy trochę pogadać.
Na to Amy ponownie pokiwała głową, po czym odgarnęła włosy za ucho. Brunet odgonił myśl, że wygląda słodko i wrócił do dźwigni i przycisków.
- Gdzie chcesz zrobić ten piknik? - spytała Amy próbując spojrzeć na ekranik przy panelu, ale Doctor umiejętnie go zasłaniał.
- Przygotuj się - odpowiedział tylko i pociągnął ochoczo za kolejną dźwignię. TARDIS zakołysało i zatrzęsło, a on krzyknął swoje ulubione słowo: "GERONIMO!" Chwilę później cały wehikuł się uspokoił, a Doctor złapał za dłoń Amy i wyciągnął ją na zewnątrz. Dziewczyna ustała w miejscu i patrzyła przed siebie jak zahipnotyzowana. Podeszła do barierki i spojrzała w dół. Pod nią rozciągał się cały Paryż. Uśmiechała się sama do siebie, zachwycona. Potem spojrzała w górę. Widziała tysiące gwiazd, które migotały wesoło na niebie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wszędzie jest całkiem ciemno i dlatego widać tyle gwiazd. Nagle tuż obok niej znalazł się Doctor niosący z boku niewielki kosz piknikowy.
- Jesteśmy we Francji. Dziś wysiadło światło w całym Paryżu. W końcu mieszkańcy mogli ujrzeć rozgwieżdżone niebo - uniósł nieznacznie kącik ust i spojrzał kątem oka na Amy. - Dlatego zabieram ze sobą ludzi - dodał cicho, a ona odwróciła się w jego stronę, zdziwiona.
- Dlaczego? - spytała zmieszana.
- Wy potraficie się cieszyć tym co was otacza. Zachwycacie się widokami, rozumiecie piękno wszechświata. Ja już to wszystko widziałem, a wy, ty, pozwalasz mi znowu się tym cieszyć.
Amy zaczerwieniła się lekko i spojrzała na rozwiane, ciemne włosy Doctora, na jego ciemne oczy i uśmiechniętą twarz. Poczuła miłe ciepło w środku. Czemu nie czuła tego przy Rory'm? Starała się o tym nie myśleć. Zabrała po kryjomu koszyk mężczyźnie i zaśmiała się.
- To co? Jemy? - zapytała i już chciała otworzyć kosz, ale Doctor gwałtownie ją powstrzymał.
- Podziwiaj widoki, ja się tym zajmę - powiedział zaczerwieniony i zawstydzony swoim zachowaniem. Położył koszyk z boku i wyjął po kolei koc, jedzenie i serwetki. Potem spojrzał czy Amy na pewno nie patrzy i wyjął kilka świeczek. Zapalił je i spojrzał na swoje dzieło. Wtedy wstał i objął Amy w talii, żeby lekko ją przestraszyć. Ta podskoczyła i odwróciła się w jego stronę. Widząc jego roześmianą buźkę, udała obrażoną, ale po chwili również wybuchła śmiechem. Spojrzała mu przez ramie i zobaczyła pięknie rozłożoną zawartość kosza. Spojrzała zaskoczona na mężczyznę i uśmiechnęła się. Ominęła go i usiadła na kocu z jednej strony i spojrzała zachęcająco na niego. Ten dosiadł się po drugiej stronie i wziął sobie kanapkę z serem. Wziął kilka kęsów i uznał, że jest znośna i można ją zjeść. Amy też wzięła jakąś kanapkę i zaczęła ją jeść. Po krótkiej ciszy spojrzała na towarzysza.
-
Mieliśmy o czymś porozmawiać - powiedziała gdy przełknęła
ostatni kawałek kanapki. Doctor odłożył swoją na bok i spojrzał
dziewczynie w oczy.
-
O wielu rzeczach. Pytanie za pytanie, co ty na to? Musimy wiedzieć o
sobie więcej, nie sądzisz? - odparł bez cienia uśmiechu, ale jego
oczy wydawały się być wesołe. Amelia patrzyła na niego podejrzliwie, ale po chwili się zgodziła.
- Chcesz zacząć? - zapytał brunet.
- Dobrze - powiedziała powoli i zaczęła myśleć o co chciałaby go zapytać. - Byłeś kiedyś z kimś? - wypaliła, a jej policzki zaróżowiały. Sama nie wiedziała czemu o to zapytała. Doctor wyprostował się i wydawał się tego nie spodziewać.
- Tak. Teraz ja - burknął szybko, ale Amy unosząc wysoko brwi dała mu do zrozumienia, że tak łatwo się nie wymiga. On westchnął i nie patrząc na nią zaczął. - Niedługo po tym jak przyjąłem swoje dziewiąte wcielenie, spotkałem dziewczynę o imieniu Rose. Podróżowała ze mną przez bardzo długi czas. Rozkochała w sobie, kiedy byłem dziesiątym Doctorem, a potem tak po prostu... Wybrała klona. Wybrała klona zamiast mnie! - warknął pełen rozgoryczenia. Nie wiedział dlaczego, ale nadal czuł ból z powodu tego wydarzenia. Po chwili uspokoił się, ale oczy napełniły mu się łzami. Kilka z nich spłynęło mu po policzku, ale szybko je wytarł. Bał się spojrzeć na Amy. Myślał sobie, że pewnie uzna, że przeżywa, ale to było skomplikowane. Jednak nie musiał na nią spojrzeć, żeby ona wyczuła, że on płacze. Usiadł obok niego, złapała za ramię, odwróciła jego twarz w swoją stronę po czym pocałowała go w czoło, tak jak robił on, zawsze kiedy ją pocieszał. Władca czasu ostatni raz przetarł oczy i uśmiechnął się do dziewczyny.
- Moja kolej na pytanie - odparł. - Dlaczego uważasz, że nie kochasz Rory'ego? - spytał, oddzielając starannie słowa. Ruda wydawała się wkurzona tym pytaniem i odsunęła się od niego nieznacznie.
- Nie masz innych pytań? - bąknęła, patrząc w inną stronę.
- Amy, bądź ze mną szczera, zrozumiem wszystko.
- Ale ja nie wiem - jęknęła w końcu, patrząc na oddalone o mile gwiazdy. - Po prostu nie czują tego. - Po tych słowach miała ochotę dodać "czego przy tobie", ale ograniczyła się do myślenia o tym zdaniu. W końcu postanowili w TARDIS, że zapomną o wszystkim co wydarzyło się w jej pokoju. Przełknęła ślinę.
- Może potrzebujecie po przebywać ze sobą trochę dłużej. Sam na sam - zaproponował Doctor, chociaż w głębi bardzo tego nie chciał.
- Oh, Daj spokój! Miałam tyle okazji do przebywania z nim sam na sam, a on miał tyle okazji, żeby zamienić te "sam na sam" na coś romantycznego... ale nie potrafił. Ty to zrobiłeś, chociaż nawet nie jesteśmy razem. Zabrałeś mnie do Paryża, przygotowałeś piknik pod gwiazdami i przy świecach! - rozpromieniona spojrzała na niebo, a Doctor nie śmiał przerywać jej wywodu i spojrzał tam gdzie ona. - Natomiast Rory nie był w stanie przygotować zwykłej romantycznej kolacji. Oświadczył mi się podczas oglądania meczu w telewizji! - ostatnie zdanie niemal wyrzuciła z siebie.
- To czemu się zgodziłaś? Skoro go nie kochałaś...
- Wszyscy wokół liczyli, że będziemy razem. Co miałam robić? Ciocia twierdziła, że jeśli się rozstaniemy to nie zdążę znaleźć nikogo na miejsce Rory'ego, a on jest przemiłym chłopcem. No może i jest.
- Ale na pewno martwi się o ciebie, opiekuje tobą, prawda?
- No... - Amy zmieszała się. - No tak. Zawsze by mi pomógł, ale to nie wszystko. Sam jest jak dama w opałach, więc wiesz. - zaśmiała się, a Doctor odwzajemnił uśmiech.
- Teraz ty - oznajmił Doctor.
- Więc... Skąd masz TARDIS?
Wtedy brunet opowiedział jej całą historię kradzieży - którą za każdym razem nazywał pożyczeniem - machiny i wyruszenia w wyprawę. Rozmawiali jeszcze długi czas, rozprawiając o różnych sprawach - tych bardziej i mniej poważnych. W końcu położyli się i spoglądali w gwiazdy, aż Amy nie zasnęła. Wtedy mężczyzna podniósł się, wsunął rękę pod szyję, a drugą pod kolana i uniósł ją w ramionach. Zdziwił się jaka jest lekka. Oparła swoją głowę na jego ramieniu w pełni nieświadomie, a on powoli wniósł ją do TARDIS, a potem do jej pokoju. Ułożył delikatnie na łóżku, ucałował w czoło jak to miał w zwyczaju i uśmiechnął się sam do siebie.
- Dobranoc, Pond - jego głos był bardzo cichy, gdyż nie chciał jej obudzić. Potem wrócił po resztę rzeczy i zauważył, że powoli nadchodził ranek. Poczuł nagły przypływ zmęczenia i wrócił do większego wnętrza maszyny.
- Ale na pewno martwi się o ciebie, opiekuje tobą, prawda?
- No... - Amy zmieszała się. - No tak. Zawsze by mi pomógł, ale to nie wszystko. Sam jest jak dama w opałach, więc wiesz. - zaśmiała się, a Doctor odwzajemnił uśmiech.
- Teraz ty - oznajmił Doctor.
- Więc... Skąd masz TARDIS?
Wtedy brunet opowiedział jej całą historię kradzieży - którą za każdym razem nazywał pożyczeniem - machiny i wyruszenia w wyprawę. Rozmawiali jeszcze długi czas, rozprawiając o różnych sprawach - tych bardziej i mniej poważnych. W końcu położyli się i spoglądali w gwiazdy, aż Amy nie zasnęła. Wtedy mężczyzna podniósł się, wsunął rękę pod szyję, a drugą pod kolana i uniósł ją w ramionach. Zdziwił się jaka jest lekka. Oparła swoją głowę na jego ramieniu w pełni nieświadomie, a on powoli wniósł ją do TARDIS, a potem do jej pokoju. Ułożył delikatnie na łóżku, ucałował w czoło jak to miał w zwyczaju i uśmiechnął się sam do siebie.
- Dobranoc, Pond - jego głos był bardzo cichy, gdyż nie chciał jej obudzić. Potem wrócił po resztę rzeczy i zauważył, że powoli nadchodził ranek. Poczuł nagły przypływ zmęczenia i wrócił do większego wnętrza maszyny.
***
Minął tydzień od tamtego dnia, a Doctor, jak i Amy coraz bardziej udawali, że nic się nie wydarzyło. Byli na paru krótkich wycieczkach w różne miejsca, ale nic ciekawego się nie działo. Wszystko było w jak największym porządku, dopóki Amy nie oznajmiła stanowczo, że musi wracać. Nie wyglądała wtedy na zadowoloną, jakby robiła to z przymusu, ale Doctor niechętnie się na to zgodził. Odpalił TARDIS i już po chwili byli na podwórku, na którym po raz pierwszy się spotkali. Przed nimi był jak zwykle prawie pusty, wielki dom rudej, która wpatrywała się w niego uważnie.
Brunet spojrzał na nią z ukosa, zastanawiając się jak to wyjaśnić.
- Więc, podejrzewam, że to sprawa tej szczeliny w twoim pokoju - odparł, a po chwili namysłu dodał. - Wiesz czemu cie ze sobą zabrałem?
Amy przyglądała mu się dokładnie zaintrygowana.
- Dlaczego? - spytała, a jej głos był cichy, jakby nie była pewna czy chce znać odpowiedź.
- Ten dom. Miał za dużo pokoi jak na dwie osoby. Musiałaś kiedyś mieć rodziców. Nie zastanawiało cię dlaczego nikt nic o nich nie wie? Nic nie pamięta? To musi być sprawa tego pęknięcia. Musiało coś z nimi zrobić. Wymazać ich. Na początku chciałem to zbadać... No i wiesz, że zawsze reaguję kiedy dziecko płacze - dodał i uśmiechnął się szczerze. Potem w ciszy ruszyli do budynku. Po raz kolejny znaleźli się w pokoju i Amy, a wszystkie uczucia powróciły, jakby miały miejsce zaledwie poprzedniego wieczoru. Doctor rozglądał się dookoła niepewnie.
- Muszę wziąć ten ślub - wypaliła szybko Amy i zaczęła przyglądać się sukni ślubnej.
- Nie chciałabyś może wyruszyć na jeszcze jedną wyprawę? Tylko jedną... - brunet próbował za wszelką cenę zatrzymać dziewczynę przy sobie, ale ona westchnęła tylko.
- Ostatnio też tak mówiłeś - jęknęła cicho. - Muszę to zrobić? Nie wyobrażam sobie co by było gdybym miała zerwać zaręczyny. Co by powiedziała...
- Czemu mi się tłumaczysz? - spytał Doctor zmuszając się do uśmiechu. Amy zamilkła i uśmiechnęła się lekko. Wstała, a mężczyzna podszedł do niej i przytulił ją mocno. Próbował ukryć ból jaki zadawał mu fakt jej ślubu z Rory'm. Zaczął się śmiać i przewrócił Amy na łóżko. Przeturlali się, tak że dziewczyna były nad brunetem i oparła się na jego klatce piersiowej. Oboje śmiali się wesoło jak dwóch dobrych przyjaciół. Chwila była wspaniała. Doctor czuł ciepło rudej, trzymał ją blisko siebie i miał przed sobą jej roześmianą twarz. Cała ta sytuacja była cudowna, aż do momentu gdy zza drzwi wydobył się znajomy dla Amelii głos.
- Kochanie, nie jesteś w sukni ślubnej? Bo chciałbym cię jeszcze zobaczyć przed naszym wielkim dniem - to był Rory. Dwóch towarzyszy spojrzało w stronę drzwi, ale nie zdążyło nic zrobić, bo mężczyzna wszedł wesoło do pomieszczenia. Pierwsze co ujrzał to swoją ukochaną opierającą się o prawie obcego dla niego mężczyznę. Mimo, że żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy na początku, teraz oboje zrozumieli jak niezręcznie to musi wyglądać. Wstali gwałtownie i patrzyli zaniepokojeni wyczekując reakcji Rory'ego. Ten patrzył to na jedno to na drugie.
- Wy?...
- Nie! - krzyknęli obaj rozpaczliwie. Amy zbliżyła się do przyszłego męża, patrząc mu w oczy.
- Kochanie, przecież ja bym nie - zaczęła, ale ten odepchnął ją od siebie trochę za mocno. Ta potoczyła się do tyłu, ale w ostatniej chwili złapał ją Doctor. Pomógł jej zachować równowagę.
- Muszę wziąć ten ślub - wypaliła szybko Amy i zaczęła przyglądać się sukni ślubnej.
- Nie chciałabyś może wyruszyć na jeszcze jedną wyprawę? Tylko jedną... - brunet próbował za wszelką cenę zatrzymać dziewczynę przy sobie, ale ona westchnęła tylko.
- Ostatnio też tak mówiłeś - jęknęła cicho. - Muszę to zrobić? Nie wyobrażam sobie co by było gdybym miała zerwać zaręczyny. Co by powiedziała...
- Czemu mi się tłumaczysz? - spytał Doctor zmuszając się do uśmiechu. Amy zamilkła i uśmiechnęła się lekko. Wstała, a mężczyzna podszedł do niej i przytulił ją mocno. Próbował ukryć ból jaki zadawał mu fakt jej ślubu z Rory'm. Zaczął się śmiać i przewrócił Amy na łóżko. Przeturlali się, tak że dziewczyna były nad brunetem i oparła się na jego klatce piersiowej. Oboje śmiali się wesoło jak dwóch dobrych przyjaciół. Chwila była wspaniała. Doctor czuł ciepło rudej, trzymał ją blisko siebie i miał przed sobą jej roześmianą twarz. Cała ta sytuacja była cudowna, aż do momentu gdy zza drzwi wydobył się znajomy dla Amelii głos.
- Kochanie, nie jesteś w sukni ślubnej? Bo chciałbym cię jeszcze zobaczyć przed naszym wielkim dniem - to był Rory. Dwóch towarzyszy spojrzało w stronę drzwi, ale nie zdążyło nic zrobić, bo mężczyzna wszedł wesoło do pomieszczenia. Pierwsze co ujrzał to swoją ukochaną opierającą się o prawie obcego dla niego mężczyznę. Mimo, że żadne z nich nie zdawało sobie z tego sprawy na początku, teraz oboje zrozumieli jak niezręcznie to musi wyglądać. Wstali gwałtownie i patrzyli zaniepokojeni wyczekując reakcji Rory'ego. Ten patrzył to na jedno to na drugie.
- Wy?...
- Nie! - krzyknęli obaj rozpaczliwie. Amy zbliżyła się do przyszłego męża, patrząc mu w oczy.
- Kochanie, przecież ja bym nie - zaczęła, ale ten odepchnął ją od siebie trochę za mocno. Ta potoczyła się do tyłu, ale w ostatniej chwili złapał ją Doctor. Pomógł jej zachować równowagę.
- Czego ci brakowało, co?! - krzyknął Rory. Ani Amy, ani władca czasu nie widzieli go nigdy tak rozwścieczonego.
- Ale ja nic nie zrobiłam! - jęknęła dziewczyna.
- To prawda, ona nic nie zrobiła. To moja wina, to był taki żart, długa historia - tłumaczył się brunet, starając się zachować spokój.
- Ty!... - warknął Rory i ruszył ku mężczyźnie z uniesioną, zaciśniętą w pięść ręką. Chciał zadać cios, ale w odruchu obronnym Doctor zrobił to pierwszy. Mężczyznę odrzuciło do tyłu, a kiedy spojrzał powtórnie na bruneta, z nosa leciała mu stróżka krwi. Amelia patrzyła na nich z boku, aż w końcu stanęła między nimi.
- Obaj zachowujecie się jak idioci! - syknęła i wyszła z pokoju trzaskając drzwiami. Zostawiła mężczyzn samych. Rory wkurzony jak nigdy spoglądał złowrogo na Doctora, który spokojnie próbował rozruszać nadgarstek.
- Sorry za to - odparł, wzruszając ramionami. Tak na prawdę nie było mu ani trochę szkoda.
Rory wyczuł to, ale powoli się uspokajał. Usiadł na łóżku Amy, a brunet przysiągłby, że zobaczył łzy na jego policzkach. Próbował się powstrzymać, ale mimowolnie pomyślał - mięczak, mógłbyś chociaż do niej iść. Postanowił przejąć jego obowiązki. Wyszedł z pomieszczenia, słysząc za sobą pytanie mężczyzny, gdzie on idzie. Idzie odnaleźć Amy i ją przeprosić.
______________________________________________________________________
Mam nadzieję, że podobał wam się pierwszy rozdział. Wiem, że akcja leci dość szybko, ale może to dlatego, że piszę dość długie rozdziały (przynajmniej tak mi się wydaję) :P Tak czy siak kolejny pojawi się pewnie już za kilka dni. Pozdrawiam wszystkich fanów Eleventh x Amy i całego Doctora Who ^^
Przepięknie piszesz.Bardzo podobała mi się scena w domu Amy. Była bardzo piękna a przy okazji zabawna.
OdpowiedzUsuńŻyczę weny.❤😙👌
Dziękuję Ci bardzo :D Twój blog też jest świetny i czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział ^^
Usuń