Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w poprzednim rozdziale pomieszałam bruneta z szatynem. Doctor jest oczywiście szatynem - ma brązowe włosy. Ciągle mi się mylą te dwa przymiotniki. Tu już powinno być wszystko w porządku :P
________________________________________________________________________
Doctor wchodził do każdego pokoju jaki napotkał na swojej drodze. W końcu zdał sobie jednak sprawę, że Amy nie ma w domu. Już chciał wyjść na zewnątrz, gdy nagle usłyszał za sobą czyiś głos.
________________________________________________________________________
Doctor wchodził do każdego pokoju jaki napotkał na swojej drodze. W końcu zdał sobie jednak sprawę, że Amy nie ma w domu. Już chciał wyjść na zewnątrz, gdy nagle usłyszał za sobą czyiś głos.
- Idę z tobą - odparł Rory i pierwszy otworzył dość gwałtownie drzwi. Władca czasu przewrócił oczami i ruszył za nim.
- Żeś się pośpieszył - burknął z jego stronę.
- Chyba nie myślałeś, że znowu zostawię cię sam na sam z nią - warknął Rory, nie patrząc na Doctora, który po raz kolejny miał ochotę go uderzyć. Powoli rozumiał o co chodziło Amy... a może po prostu nie lubił tego mężczyzny.
- Czyli nie obchodzi cię czy coś jej się stało? Ważne, że nie jest ze mną?!
- Daj spokój!
Szatyn ucichł, ale uśmiechnął się pod nosem.
- Wygrałem - powiedział ledwo słyszalnie, ale przyszły mąż Amelii Pond najwyraźniej to usłyszał, gdyż jeszcze bardziej się spiął. Ruszył w stronę ulubionego - według niego - miejsca Amy, czyli kawiarni na skrzyżowaniu dwóch ulic. Doctor spojrzał na niego jak na idiotę.
- Gdzie ty leziesz? - odparł pogardliwie spoglądając to na niego, to na kawiarnie.
- To ulubione miejsce Amy, pew...
- Chcę się ukryć, niech pomyślę, a dobra! Pójdę do najbardziej oczywistego miejsca - powiedział Doctor unosząc głos coraz bardziej, z każdym słowem. - Zresztą, to daj mi w spokoju jej poszukać!
- Chyba śnisz!
- To szukaj jej w tej swojej kawiarni, a ja pójdę gdzie indziej. Po prostu zejdź mi z drogi! - po tych słowach szatyn przeczesał włosy ręką i ruszył tam gdzie go nogi poniosły. Po chwili, upewniając się, że tamten człowiek za nim nie idzie, ruszył biegiem przed siebie. Mimo, że ufał w umiejętności Amy, martwił się. W końcu była gdzieś sama. Biegł tak przez dłuższy czas, aż ujrzał jak ona siedzi na jednym z wielu drzew w sadzie, w którym się teraz znalazł. Teraz przyznał przed sobą, że nie miał pojęcia gdzie jej szukać. Odchrząknął, patrząc na jej sylwetkę znajdującą się parę metrów nad nim. Ona spojrzała na niego z góry i nieznacznie uniosła kącik ust.
- Skąd wiedziałeś, że tu będę? - zapytała.
- Nie wiedziałem - odparł Doctor wkładając ręce do kieszeni. - Ale chciałem cię przeprosić. Nie powinienem bić twojego narzeczonego. - dodał, ale nie zabrzmiało to zbyt szczerze.
- Oh, daj spokój! Wiem, że nie żałujesz - zripostowała Amy i oparła głowę o pień drzewa. - Ale dzięki za chęci.
Szatyn uśmiechnął się lekko.
- Mogę tam do ciebie wejść? - spytał i przeczesał włosy ręką.
- Jak dasz sobie radę - zaśmiała się dziewczyna, ale nawet podała mu rękę. Mężczyzna zaczął wspinać się na drzewo.
- To jak, mogę być twoim świadkiem? - spytał rozpromieniony Doctor podając jej rękę. Amelia zaniemówiła i odruchu puściła jego dłoń, co skutkowało upadkiem szatyna na ziemie.
- Ech, dzięki - burknął i podniósł się powoli.
- Nie biorę żadnego ślubu - oznajmiła cicho dziewczyna, a po chwili dodała jeszcze ciszej: - Na razie.
- Z kąt ta zmiana planów? - zapytał Doctor otrzepując spodnie z trawy.
- Miałeś racje. Muszę spędzić trochę więcej czasu z Rory'm, żeby za niego wyjść.
- Aha. To może polecicie gdzie obaj za pomocą TARDIS?
- Z tobą? - zapytała Amy ironicznie, ale uśmiechając się.
- Ktoś musi was pilnować - zażartował i podał jej rękę, żeby pomóc zejść. - To jak? Idziemy go poszukać? - spytał z udawanym uśmiechem, a dziewczyna omijając jego rękę sama zeszła z drzewa.
- Idziemy - oznajmiła i złapała go za nadgarstek. Doctor, nie mając zbytnio wyboru, ruszył za nią.
- Dobra, moi drodzy zakochani, to gdzie chcecie jechać? - spytał z uśmiechem. Dziewczyna skrzywiła się na słowo zakochani, bo czuła, że to źle określa ich obecną sytuacje. Rory jakby to zauważył, bo zrzedła mu mina. - Ok, rozumiem. Sam coś wybiorę!
Po tych słowach podszedł do panelu kontrolnego i wpisał parametry Wenecji.
- Nie dziwi cię, że TARDIS jest większa w środku? - spytał Rory'ego naciskając na jakieś guziki.
- Jej wnętrze jest w innym wymiarze, co nie? - zapytał mężczyzna, czym zwrócił na siebie uwagę Doctora.
- Ta - odparł krótko i pociągnął za uruchamiającą dźwignię. - Trzymajcie się czegoś. - zawołał przez ryk silników i złapał się panelu kontrolnego. Maszyną zatrzęsło ostrzej niż zwykle, odrzucając Doctora i jego towarzyszy do tyłu. Nagle jakby TARDIS o coś uderzyła, a szatyn już wiedział, że nie są tam gdzie powinni. Wstał obolały z ziemi po czym pomógł reszcie się podnieść.
- Coś poszło nie tak? - zapytała Amy rozcierając obolałą głowę. Doctor tylko skinął głową biegając wokół panelu kontrolnego. - To, nie chcesz zobaczyć gdzie wylądowaliśmy? - zagadała Amy rozciągając słowa, nie ukrywając zadowolenia.
- No dobra - westchnął władca czasu i uniósł nieznacznie kącik ust. - Rory, nie masz nic przeciwko? - dodał zmuszając się do uśmiechu.
- Pewnie, że nie - odparł mężczyzna, zapominając o wrogości do Doctora, kiedy pomyślał o zobaczeniu czegoś, czego być może nie widział jeszcze żaden człowiek.
Pierwszy raz Doctor nie przepuścił Amy pierwszej przez drzwi, ale nie zrobił tego tylko dlatego, że nie chciał by coś jej się stało. Powoli uchylił je i wyjrzał na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie, a uznając, że jest bezpiecznie wyszedł, wypuszczając swoich towarzyszy. Zaczął biegać dookoła badając wszystko swoim śrubokrętem sonicznym. Tymczasem Amy i Rory zaczęli oglądać uważnie rosnące wokół nich wielkie paprocie, aż odezwała się dziewczyna.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała dziewczyna spoglądając w stronę ich przewodnika.
- Wygląda na to, że... w prehistorii - odparł powoli, dobrze dobierając słowa.
- Na prawdę?! - zawołali jednocześnie Rory i Amy, zaczynając biegać wokół, oglądając uważnie wszystko co ich otaczało.
- Tak. Prawdopodobnie gdzieś tutaj łażą jakieś dinozaury... Kto jest za tym, żeby ich poszukać? - zapytał radośnie Doctor spoglądając kątem oka na ludzi, którzy ustawili się już za nim gotowi do wyprawy.
- Poczekajcie. Wezmę jakiś prowiant z TARDIS. Może to nam zająć trochę, a raczej nie znajdziemy tutaj żadnej restauracji - zażartował i pobiegł do maszyny, zostawiając narzeczonych samych sobie. Amy starała się nie patrzeć mężczyźnie w oczy, bo czuła się winna, po tym jak całowała się jakiś czas temu z Doctorem. Zadziornie uderzyła partnera w ramię.
- Jak tam? - spytała i uśmiechnęła się ciepło.
- Co jest między wami? - zapytał patrząc na nią uważnie.
- Daj spokój, nic! - zapewniała i podeszła do swojego przyszłego męża. - Cieszmy się chwilą. Jesteśmy w prehistorii! - odparła z uśmiechem, chcąc go pocałować. Jednak Rory odsunął się nieznacznie i złapał rudowłosą delikatnie za podbródek i unosząc nieznacznie jej głowę, żeby patrzyła mu w oczy.
- Powiedz mi prawdę. Zrozumiem jeśli coś cię z nim łączy.
- No dobrze - szepnęła Amy, zastanawiając się jak mu to powiedzieć. - Raz, jeden jedyny raz... się całowaliśmy. - mówiła powoli oddzielając kolejne słowa od siebie. Rory odsunął się od niej nagle i odwrócił w drugą stronę.
- Co on ma czego ja nie mam? - powiedział cicho, siląc się na obojętność.
- Nic! To długa historia! - tłumaczyła się Amy, dopóki z TARDIS nie wyszedł uradowany Doctor, z wielkim plecakiem w ręce.
- Znalazłem trochę budyniu w kuch... oh - przerwał gdy zobaczył napiętą atmosferę między partnerami. Nie wiedząc za bardzo co robić podszedł do Amy i spytał ją po cichu:
- Co się stało?
- Dowiedział się, że się całowaliśmy - oznajmiła jednym tchem i ruszyła przed siebie. - Mieliśmy szukać dinozaurów. - dodała i poprawiła chustę na szyi. - Idziecie?
Doctor spojrzał na Rory'ego, który wydawał się czuć jeszcze mniejszą sympatię do Doctora, o ile to było możliwe. Szatyn starał się do niego uśmiechnąć przepraszająco, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Obaj ruszyli za Amy, milcząc.
Przedzierali się przez gęstą dżunglę przez jakiś czas, nie widząc śladu wielkich stworzeń, aż zauważyli wielkie wgłębienie w ziemi - mniej więcej owalne. Prawdopodobnie to były ślady jakichś ogromnych roślinożerców. Doctor uradowany wskoczył we wgłębienie i zaczął je badać swoim śrubokrętem.
- Należą do Brachiozaura. Może jest ich tu więcej. W końcu żyły w stadach. - oznajmił szatyn chowając śrubokręt do kieszeni w marynarce. Wszyscy przyśpieszyli kroku, bo chcieli jak najszybciej zobaczyć te stworzenia. Nagle zarośla się skończyły, a przed nimi ukazała się wielka równina, po której powoli przemieszczały się to w jedną stronę, to w drugą, skubiąc liście z pojedynczych drzew i źdźbła wielkiej trawy. Oni zaś stali na parunastu metrowej skarpie, z której rozciągał się ten wspaniały widok. Amy zdobyła się tylko, na krótkie westchnienie, a Rory nie mógł nic z siebie wydusić.
- Są wspaniałe - szepnął Doctor i rzucił plecak na ziemie. - Przy tak pięknym widoku, możemy chyba zrobić sobie przerwę.
Towarzysze pokiwali głowami i usiedli na zwalonym pniu. Doctor wyciągnął wszystko co znalazł w TARDIS, co było zdatne do jedzenia. Rzucił Amy jabłko i uśmiechnął się nieznacznie. Pamiętał pierwszy raz kiedy ją spotkał, jak była małą dziewczynką, a on poprosił ją o jabłko. Odwzajemniła uśmiech, a Rory sam sobie wziął banana.
- Tylko go nie upuść - odparł Doctor, wziął paczkę budyniu w proszku i usiadł pomiędzy Amy, a Rory'm.
- Wiesz, że to nie jest gotowy budyń? - zapytała dziewczyna, patrząc na paczkę niepewnie.
- Ale to budyń - uznał szatyn i otworzył go. Wsypał sobie proszek do ust i potrzymał chwilę. - Może być. Tylko paluszków rybnych brakuje. - dodał i szturchnął nieco Amy łokciem. Rory poczuł się nieco wykluczony, a władca czasu wydawał się to zauważyć, bo objął go ramieniem. - Em, może chciałbyś coś o sobie opowiedzieć? - zapytał starając się rozluźnić atmosferę, ale mężczyzna po krótkim namyśle nie powiedział nic. Przez parę minut siedzieli w ciszy, aż Doctor się znudził i wstał, żeby po prostu pochodzić w kółko.
- Nic tu się nie dzieje! - skarżył się, gdy nagle dinozaury zaczęły uciekać wzdłuż skarpy na której znajdowali się podróżnicy. Głowy większości stworzeń, które przebiegały najbliżej nich, były wysoko nad nimi. - Oh, jednak nie.
- Uciekają przed tyranozaurem? - zapytał Rory, wstając z pnia. Jak przypuszczał z dalszej części dżungli po drugiej stronie doliny wyłonił się wielki gad, ale nie wydawał się zainteresowany kąskami. Pominął roślinożerców i biegł dalej. Jakby przed czymś uciekał.
- Coś jest nie tak - szepnął Doctor i zaczął się dokładnie zastanawiać. - Chodźmy to sprawdzić. - dodał i podszedł do krawędzi skarpy. Zsunął nogi z zamiarem zjechania na piętach na dół, ale nie był to za dobry pomysł. Przewrócił się na plecy i zjechał po kamieniach na sam dół ośmiometrowej skarpy. Wstał, otrzepał się i zauważył, że ma rozdarte rękawy w paru miejscach. Zaklął pod nosem po Galifrayańsku i spojrzał na towarzyszy.
- Znajdźcie inną drogę! Poczekam tu! - zawołał, a oni zgodnie przytaknęli. Wzięli plecak Doctora i cofnęli się wgłąb lasu. Władca czasu spojrzał na swój zegarek, a potem na buty, odczuwając znudzenie. Czekał na ludzi dopóki ktoś nie zatkał mu ust jakąś chusteczką. Szarpał się przez chwilę, aż nie ogarnęła go senność i nie osunął się na kolana. Tajemnicze stworzenie zaczęło ciągnąć go po ziemi, w stronę, z której uciekały kolejno różne dinozaury. Amy i Rory nie mieli o niczym pojęcia.
________________________________________________________________________
Kurcze, długo mi zeszło i ani to ciekawe, ani długie, ale mam pomysł na to co się dalej wydarzy. Od sylwestra nie było jakoś czasu na pisanie :P Raz ktoś przychodził do mnie, raz ja musiałam gdzieś jechać, a raz po prostu za dużo zajęć w szkole i poza szkołą :/ Teraz jednak powinnam mieć trochę więcej czasu, więc kolejne notki będą się pojawiać co najmniej raz w tygodniu :D Więc do następnej notki!
- Skąd wiedziałeś, że tu będę? - zapytała.
- Nie wiedziałem - odparł Doctor wkładając ręce do kieszeni. - Ale chciałem cię przeprosić. Nie powinienem bić twojego narzeczonego. - dodał, ale nie zabrzmiało to zbyt szczerze.
- Oh, daj spokój! Wiem, że nie żałujesz - zripostowała Amy i oparła głowę o pień drzewa. - Ale dzięki za chęci.
Szatyn uśmiechnął się lekko.
- Mogę tam do ciebie wejść? - spytał i przeczesał włosy ręką.
- Jak dasz sobie radę - zaśmiała się dziewczyna, ale nawet podała mu rękę. Mężczyzna zaczął wspinać się na drzewo.
- To jak, mogę być twoim świadkiem? - spytał rozpromieniony Doctor podając jej rękę. Amelia zaniemówiła i odruchu puściła jego dłoń, co skutkowało upadkiem szatyna na ziemie.
- Ech, dzięki - burknął i podniósł się powoli.
- Nie biorę żadnego ślubu - oznajmiła cicho dziewczyna, a po chwili dodała jeszcze ciszej: - Na razie.
- Z kąt ta zmiana planów? - zapytał Doctor otrzepując spodnie z trawy.
- Miałeś racje. Muszę spędzić trochę więcej czasu z Rory'm, żeby za niego wyjść.
- Aha. To może polecicie gdzie obaj za pomocą TARDIS?
- Z tobą? - zapytała Amy ironicznie, ale uśmiechając się.
- Ktoś musi was pilnować - zażartował i podał jej rękę, żeby pomóc zejść. - To jak? Idziemy go poszukać? - spytał z udawanym uśmiechem, a dziewczyna omijając jego rękę sama zeszła z drzewa.
- Idziemy - oznajmiła i złapała go za nadgarstek. Doctor, nie mając zbytnio wyboru, ruszył za nią.
***
Obaj weszli do tej samej kawiarni, do której wcześniej chciał pójść Rory.
- Myślisz, że jeszcze tu będzie? - spytał Doctor, ale nie otrzymał odpowiedzi, bo Amy wkroczyła raźnie do lokalu. Jej przyszły mąż wstał pospiesznie, uradowany widokiem narzeczonej, ale mina mu zrzedła kiedy zobaczył wchodzącego za nią Doctora.
- Czyli... Ty znalazłeś ją pierwszy? - spytał trochę zawiedziony. Tamten wzruszył tylko ramionami, a Amy puściła jego nadgarstek.
- Chodź Rory, jedziemy na wycieczkę - odparła wesoło i pocałowała go w policzek. Doctor mruknął coś do siebie niechętnie.
- Ale gdzie? - zapytał zdezorientowany Rory, patrząc to na wybrankę, to na jej towarzysza, który westchnął cicho.
- Ze mną. TARDIS. Tyle. Chodź! - powiedział szatyn i wyszedł z kawiarni. - Za mną! - zawołał do nich i ruszył w stronę domu rudowłosej. Nie powiedziałby, że z przyjemnością zabiera mężczyznę na pokład, ale robił to głównie dla Amy. Kiedy znaleźli się koło maszyny, pogładził jej drewniane drzwi i pstryknął palcami. Te natychmiast się otworzyły. Przepuścił przed sobą dziewczynę i wszedł zaraz za nią, zmuszając Rory'ego do poczekania. Poczuł się trochę chamsko, ale zaraz o tym zapomniał, podszedł i objął jednym ramieniem Rory'ego, a drugim Amy.
- Dobra, moi drodzy zakochani, to gdzie chcecie jechać? - spytał z uśmiechem. Dziewczyna skrzywiła się na słowo zakochani, bo czuła, że to źle określa ich obecną sytuacje. Rory jakby to zauważył, bo zrzedła mu mina. - Ok, rozumiem. Sam coś wybiorę!Po tych słowach podszedł do panelu kontrolnego i wpisał parametry Wenecji.
- Nie dziwi cię, że TARDIS jest większa w środku? - spytał Rory'ego naciskając na jakieś guziki.
- Jej wnętrze jest w innym wymiarze, co nie? - zapytał mężczyzna, czym zwrócił na siebie uwagę Doctora.
- Ta - odparł krótko i pociągnął za uruchamiającą dźwignię. - Trzymajcie się czegoś. - zawołał przez ryk silników i złapał się panelu kontrolnego. Maszyną zatrzęsło ostrzej niż zwykle, odrzucając Doctora i jego towarzyszy do tyłu. Nagle jakby TARDIS o coś uderzyła, a szatyn już wiedział, że nie są tam gdzie powinni. Wstał obolały z ziemi po czym pomógł reszcie się podnieść.
- Coś poszło nie tak? - zapytała Amy rozcierając obolałą głowę. Doctor tylko skinął głową biegając wokół panelu kontrolnego. - To, nie chcesz zobaczyć gdzie wylądowaliśmy? - zagadała Amy rozciągając słowa, nie ukrywając zadowolenia.
- No dobra - westchnął władca czasu i uniósł nieznacznie kącik ust. - Rory, nie masz nic przeciwko? - dodał zmuszając się do uśmiechu.
- Pewnie, że nie - odparł mężczyzna, zapominając o wrogości do Doctora, kiedy pomyślał o zobaczeniu czegoś, czego być może nie widział jeszcze żaden człowiek.
Pierwszy raz Doctor nie przepuścił Amy pierwszej przez drzwi, ale nie zrobił tego tylko dlatego, że nie chciał by coś jej się stało. Powoli uchylił je i wyjrzał na zewnątrz. Rozejrzał się uważnie, a uznając, że jest bezpiecznie wyszedł, wypuszczając swoich towarzyszy. Zaczął biegać dookoła badając wszystko swoim śrubokrętem sonicznym. Tymczasem Amy i Rory zaczęli oglądać uważnie rosnące wokół nich wielkie paprocie, aż odezwała się dziewczyna.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała dziewczyna spoglądając w stronę ich przewodnika.
- Wygląda na to, że... w prehistorii - odparł powoli, dobrze dobierając słowa.
- Na prawdę?! - zawołali jednocześnie Rory i Amy, zaczynając biegać wokół, oglądając uważnie wszystko co ich otaczało.
- Tak. Prawdopodobnie gdzieś tutaj łażą jakieś dinozaury... Kto jest za tym, żeby ich poszukać? - zapytał radośnie Doctor spoglądając kątem oka na ludzi, którzy ustawili się już za nim gotowi do wyprawy.
- Poczekajcie. Wezmę jakiś prowiant z TARDIS. Może to nam zająć trochę, a raczej nie znajdziemy tutaj żadnej restauracji - zażartował i pobiegł do maszyny, zostawiając narzeczonych samych sobie. Amy starała się nie patrzeć mężczyźnie w oczy, bo czuła się winna, po tym jak całowała się jakiś czas temu z Doctorem. Zadziornie uderzyła partnera w ramię.
- Jak tam? - spytała i uśmiechnęła się ciepło.
- Co jest między wami? - zapytał patrząc na nią uważnie.
- Daj spokój, nic! - zapewniała i podeszła do swojego przyszłego męża. - Cieszmy się chwilą. Jesteśmy w prehistorii! - odparła z uśmiechem, chcąc go pocałować. Jednak Rory odsunął się nieznacznie i złapał rudowłosą delikatnie za podbródek i unosząc nieznacznie jej głowę, żeby patrzyła mu w oczy.
- Powiedz mi prawdę. Zrozumiem jeśli coś cię z nim łączy.
- No dobrze - szepnęła Amy, zastanawiając się jak mu to powiedzieć. - Raz, jeden jedyny raz... się całowaliśmy. - mówiła powoli oddzielając kolejne słowa od siebie. Rory odsunął się od niej nagle i odwrócił w drugą stronę.
- Co on ma czego ja nie mam? - powiedział cicho, siląc się na obojętność.
- Nic! To długa historia! - tłumaczyła się Amy, dopóki z TARDIS nie wyszedł uradowany Doctor, z wielkim plecakiem w ręce.
- Znalazłem trochę budyniu w kuch... oh - przerwał gdy zobaczył napiętą atmosferę między partnerami. Nie wiedząc za bardzo co robić podszedł do Amy i spytał ją po cichu:
- Co się stało?
- Dowiedział się, że się całowaliśmy - oznajmiła jednym tchem i ruszyła przed siebie. - Mieliśmy szukać dinozaurów. - dodała i poprawiła chustę na szyi. - Idziecie?
Doctor spojrzał na Rory'ego, który wydawał się czuć jeszcze mniejszą sympatię do Doctora, o ile to było możliwe. Szatyn starał się do niego uśmiechnąć przepraszająco, ale nie wychodziło mu to za dobrze. Obaj ruszyli za Amy, milcząc.
Przedzierali się przez gęstą dżunglę przez jakiś czas, nie widząc śladu wielkich stworzeń, aż zauważyli wielkie wgłębienie w ziemi - mniej więcej owalne. Prawdopodobnie to były ślady jakichś ogromnych roślinożerców. Doctor uradowany wskoczył we wgłębienie i zaczął je badać swoim śrubokrętem.
- Należą do Brachiozaura. Może jest ich tu więcej. W końcu żyły w stadach. - oznajmił szatyn chowając śrubokręt do kieszeni w marynarce. Wszyscy przyśpieszyli kroku, bo chcieli jak najszybciej zobaczyć te stworzenia. Nagle zarośla się skończyły, a przed nimi ukazała się wielka równina, po której powoli przemieszczały się to w jedną stronę, to w drugą, skubiąc liście z pojedynczych drzew i źdźbła wielkiej trawy. Oni zaś stali na parunastu metrowej skarpie, z której rozciągał się ten wspaniały widok. Amy zdobyła się tylko, na krótkie westchnienie, a Rory nie mógł nic z siebie wydusić.
- Są wspaniałe - szepnął Doctor i rzucił plecak na ziemie. - Przy tak pięknym widoku, możemy chyba zrobić sobie przerwę.
Towarzysze pokiwali głowami i usiedli na zwalonym pniu. Doctor wyciągnął wszystko co znalazł w TARDIS, co było zdatne do jedzenia. Rzucił Amy jabłko i uśmiechnął się nieznacznie. Pamiętał pierwszy raz kiedy ją spotkał, jak była małą dziewczynką, a on poprosił ją o jabłko. Odwzajemniła uśmiech, a Rory sam sobie wziął banana.
- Tylko go nie upuść - odparł Doctor, wziął paczkę budyniu w proszku i usiadł pomiędzy Amy, a Rory'm.
- Wiesz, że to nie jest gotowy budyń? - zapytała dziewczyna, patrząc na paczkę niepewnie.
- Ale to budyń - uznał szatyn i otworzył go. Wsypał sobie proszek do ust i potrzymał chwilę. - Może być. Tylko paluszków rybnych brakuje. - dodał i szturchnął nieco Amy łokciem. Rory poczuł się nieco wykluczony, a władca czasu wydawał się to zauważyć, bo objął go ramieniem. - Em, może chciałbyś coś o sobie opowiedzieć? - zapytał starając się rozluźnić atmosferę, ale mężczyzna po krótkim namyśle nie powiedział nic. Przez parę minut siedzieli w ciszy, aż Doctor się znudził i wstał, żeby po prostu pochodzić w kółko.
- Nic tu się nie dzieje! - skarżył się, gdy nagle dinozaury zaczęły uciekać wzdłuż skarpy na której znajdowali się podróżnicy. Głowy większości stworzeń, które przebiegały najbliżej nich, były wysoko nad nimi. - Oh, jednak nie.
- Uciekają przed tyranozaurem? - zapytał Rory, wstając z pnia. Jak przypuszczał z dalszej części dżungli po drugiej stronie doliny wyłonił się wielki gad, ale nie wydawał się zainteresowany kąskami. Pominął roślinożerców i biegł dalej. Jakby przed czymś uciekał.
- Coś jest nie tak - szepnął Doctor i zaczął się dokładnie zastanawiać. - Chodźmy to sprawdzić. - dodał i podszedł do krawędzi skarpy. Zsunął nogi z zamiarem zjechania na piętach na dół, ale nie był to za dobry pomysł. Przewrócił się na plecy i zjechał po kamieniach na sam dół ośmiometrowej skarpy. Wstał, otrzepał się i zauważył, że ma rozdarte rękawy w paru miejscach. Zaklął pod nosem po Galifrayańsku i spojrzał na towarzyszy.
- Znajdźcie inną drogę! Poczekam tu! - zawołał, a oni zgodnie przytaknęli. Wzięli plecak Doctora i cofnęli się wgłąb lasu. Władca czasu spojrzał na swój zegarek, a potem na buty, odczuwając znudzenie. Czekał na ludzi dopóki ktoś nie zatkał mu ust jakąś chusteczką. Szarpał się przez chwilę, aż nie ogarnęła go senność i nie osunął się na kolana. Tajemnicze stworzenie zaczęło ciągnąć go po ziemi, w stronę, z której uciekały kolejno różne dinozaury. Amy i Rory nie mieli o niczym pojęcia.
________________________________________________________________________
Kurcze, długo mi zeszło i ani to ciekawe, ani długie, ale mam pomysł na to co się dalej wydarzy. Od sylwestra nie było jakoś czasu na pisanie :P Raz ktoś przychodził do mnie, raz ja musiałam gdzieś jechać, a raz po prostu za dużo zajęć w szkole i poza szkołą :/ Teraz jednak powinnam mieć trochę więcej czasu, więc kolejne notki będą się pojawiać co najmniej raz w tygodniu :D Więc do następnej notki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz