niedziela, 17 stycznia 2016

Rozdział 4

    Amy właśnie się obudziła. Miała dziwny sen. Spojrzała szybko na zegarek, który stał obok jej łóżka, na którym widniały cyferki, które powoli mózg Amy ułożył w 4:36. Jęknęła cicho i spróbowała jeszcze raz zamknąć oczy i pogrążyć się w śnie, ale nie udawało jej się to. Zrzuciła z siebie gniewnie kołdrę i wstała ociągając się. Spojrzała w kąt pokoju, gdzie powinien teraz spokojnie spać 3bit. Nic jednak nie zobaczyła, bo pomieszczenie pogrążone było w ciemności. Powoli wstała, poprawiając koszulę nocną. Na boso przebiegła przez pokój, otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz, patrząc czy nikogo nie ma, po czym wyszła. Powoli, żeby nikogo nie obudzić szła w stronę kuchni. Kiedy się w niej znalazła, zapaliła światło i dopiero wtedy zauważyła, że nie jest sama.
- Witaj Amy - Doctor uśmiechnął się, spoglądając w jej stronę. Upił łyk herbaty z mlekiem, dosypał do niej trochę cukru i zaczął mozolnie ją mieszać. - Nie możesz spać? - spytał nie odrywają wzroku od herbaty. 
- Jak widać - odparła Amy nie ruszając się z miejsca.
- Dlaczego? - zmartwił się szatyn, oglądając dziewczynę od stóp do głów. Rudowłosa usiadła na drugim końcu stołu i patrzyła na niego z góry.
- Mogłabym zapytać o to samo - zauważyła i uśmiechnęła się lekko.
- Pytam na poważnie. Coś się stało? Ludzie zwykle śpią o tej godzinie.
- Nie, nic. Po prostu nie mogłam zasnąć. Chciałam sobie zrobić herbaty.
Po tych sowach zeszła ze stołu i poszła szukać napoju.
- Trzecia szafka, górna półka - oznajmił Doctor i znowu napił się ze swojej filiżanki. - Polecam cytrynową.
Po zrobieniu sobie herbaty, rudowłosa wróciła na swoje miejsce i zaczęła uważnie przyglądać się mężczyźnie. W końcu on podniósł na nią swój wzrok. 
- Mam coś na twarzy? - zapytał, unosząc nieznacznie kącik ust, na co Amy tylko pokręciła głową, na boki. - Więc czemu na mnie patrzysz? - zapytał przekręcając z zaciekawieniem głowę. 
- Obiecałeś mi coś na pikniku. Miałeś mi kiedyś opowiedzieć o swoich innych towarzyszach - odparła Amy, zachowując powagę i patrząc mu prosto w oczy. - Chcę wiedzieć kto był przede mną - dodała, a głos jej się lekko załamał. Trochę bała się tego dowiedzieć, ale przełknęła ślinę i uśmiechnęła się pocieszająco. Bardziej do siebie niż do samego Doctora, który westchnął tylko. 
- Chcesz o tym słuchać? Teraz? O piątej nad ranem? - zapytał przeciągając słowa.
- Niesamowicie - powiedziała cicho Amy i nachyliła się ku niemu. - Mów - dodała jeszcze ciszej, nieco zmysłowo, przez co szatyn przełknął ślinę. Poprawił kołnierz i spróbował się uśmiechnąć. 
- Dobrze więc...  - oparł się o stół i spuścił wzrok. - Było ich wielu. Bardzo wielu... - głos mu się załamał, a on sam zacisnął pięści. Amy widząc to, zmartwiła się. 
- Wybacz... Nie musisz...
- Zaczęło się od Susan... 
   Opowiadanie o jego towarzyszach, zajęło mu już ponad dwie godziny, ale wciąż nie kończył. Każdego opisywał dokładnie, często się zacinając i jąkając. Wyjaśniał jak ich poznał i z łzami w oczach, tłumaczył ich stratę. Rudowłosa patrzyła gdzieś w dal, zastanawiając się czy ona kiedyś kogoś straciła, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Rodziców prawie nie znała, a z jej miasteczka nikt nie miał okazji się wyprowadzić za jej pobytu tam. Próbowała zrozumieć ból Doctora i nawet go sobie wyobrażała, ale cały czas miała świadomość, że nigdy czegoś takiego nie zaznała. Nie wiedziała w jaki sposób go pocieszyć. Do tego zauważyła, że większość jej poprzedników miał powód, by uciekać. Ona po prostu się nudziła. Czuła się z tym faktem źle. Zacisnęła pięści, ale od razu poczuła na nich dłonie mężczyzny. 
- Nie martw się mną. Przeżyłem i będę z tym żył dalej, nie musisz...
- Nie pocieszaj mnie! - Amy wydała z siebie zduszony krzyk. Poczuła złość. - To ja powinnam pocieszać ciebie! 
Jednak on już i tak jej nie słuchał i siadał koło niej na stoliku. Objął ją ramieniem i uśmiechnął się ciepło. 
- Zawsze będę cię pocieszał - szepnął i poczochrał jej włosy, a Amy odruchowo go przytuliła. Doctor po chwili namysłu odwzajemnił uścisk, głaszcząc ją po plecach. Siedzieli wtuleni w siebie chwilę w milczeniu. 
- Nie jesteś zmęczona? - zapytał Doctor powoli puszczając dziewczynę, która pośpiesznie otarła pojedyncze łzy.
- Nie, nie, a ty? 
- Ja nie potrzebuję tyle snu - zapewnił szatyn i zszedł ze stołu zabierając ze sobą szklanki, żeby je umyć. Amy w tym czasie przeczesała włosy palcami i uśmiechnęła się sama do siebie. Ciepło, które odczuła podczas jego uścisku, wciąż jej nie opuściło. Wstała i stanęła koło Doctora.
- Pomóc ci? - zapytała, widząc jak mężczyzna zmywa naczynia.
- Ratowałem już światy. Poradzę sobie z brudnymi szklankami - zaśmiał się.
- Skoro tak uważasz - Amy też zażartowała. - To gdzie zamierzasz nas dzisiaj zabrać? - zapytała.
- Gdzieś gdzie będzie bezpiecznie - odparł stanowczo Doctor. - Może...
- Na trójkąt bermudzki!
- Że co?!
Amelia nie mogła się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem, widząc zdziwioną minę przyjaciela. 
- Na trójkąt bermudzki - odparła ponownie, całkiem spokojnie. - No wiesz, statki z tamtąd nie wracają i w ogóle, ale dla TARDIS to chyba nie jest przeszkodą.
Doctor patrzył na nią przez chwilę, ale wtedy pokiwał przecząco głową. 
- Dobra, to był żart. Może zapytajmy Rory'ego? Na pewno zna jakieś bezpieczne miejsca. 
Po tych słowach Amy wyszła z pomieszczenia i poszła do pokoju narzeczonego. Zapukała lekko i weszła do środka. 
- Hej - zawołała cicho i uśmiechnęła się do mężczyzny, który akurat wstawał z łóżka. Uśmiechnął się i podszedł do dziewczyny. Przysunął się, żeby ją pocałować, ale ona tylko odchrząknęła z uśmiechem. - A jakieś słowo na powitanie? - zapytała i zafundowała mu pstryczka w nos. 
- Więc witaj moja droga Amy - powiedział, przesadnie koloryzując, Rory i złapał narzeczoną w talii. - Teraz mogę cię pocałować? - zapytał i już chciał to zrobić, ale oa odsunęła się, złapała go za rękę i pociągnęła za sobą.
- Mamy ciekawsze rzeczy do roboty! Musisz pomóc nam wybrać miejsce, do którego się wybierzemy, bo nie możemy się zdecydować - powiedziała wychodząc z pokoju i ciągnąc go za sobą.
- Wam? Czyli... widziałaś się już z Doctorem? - zapytał zdziwiony, starając się ukryć zawód.
- Nie mogłam zasnąć. Długa historia... Bardzo długa.

***

    Kiedy wszyscy byli już przy panelu kontrolnym TARDIS, musieli w końcu wybrać miejsce docelowe ich dzisiejszej podróży.
- Może jakaś planeta? - zaproponowała Amy, głaszcząc 3bita, który już się obudził i właśnie spoczywał na jej kolanach, mrucząc przymilnie. - Dawno na żadnej nie byliśmy! O! Wiem! Może weźmiemy River? Dawno się nie widzieliśmy. 
- Ona przychodzi jak ma na to ochotę - zapewnił szatyn i uśmiechnął się pod nosem. - Ale planeta to dobry pomysł. Znam jedną ciekawą. Ładną zresztą też. 
Wtedy przesunął parę dźwigni, zatańczył wokół guzików i śmiejąc się uruchomił maszynę. Podświadomie, Amy pomyślała, że na prawdę niesamowicie ukrywa ból w sercu. To znaczy, sercach. W końcu ma dwa. Dziewczyna zastanawiała się wtedy czy mając dwa złamane serca, odczuwa się te straty bardziej. Przyglądała się roześmianemu obliczu kosmity, który zdawał się już nie pamiętać ich porannej rozmowy. Trzymając się barierki, czekała na lądowanie wehikułu. Gdy to nastąpiło, wybiegła z niej i rozejrzała się wokół. Otworzyła szeroko usta, a Rory, wychodząc zrobił to samo. Przed nimi rozciągała się wielka tafla jeziora, które zdawało się nie mieć końca, z żadnej strony. Za horyzontem widniały trzy księżyce. Jeden, największy, był widoczny zaledwie w połowie. Reszta chowała się 'pod wodą'. Dwa kolejne były o wiele większe, i wisiały w nieregularnych odstępach od tego ogromnego. Tuż przed towarzyszami natomiast, znajdował się tylko bardzo długi pomost. Miał dobre sto metrów, a po bokach rozchodził się na dwa kolejne pięćdziesięciometrowe części. Coś idealnego dla ludzi, którzy kochają spacery pod gwiazdami. Amy mogła bez zastanowienia powiedzieć, że nie zna nic lepszego. No, może poza całą TARDIS.
    Doctor podszedł do nich i poklepał po plecach.
- Wydaję mi się, że nie zmieścimy się na tym pomoście we trójkę - po tych słowach lekko popchnął ich do przodu, a sam wycofał się w stronę budki policyjnej. Jego towarzysze odwrócili się do niego, ale nie chcąc się sprzeczać poszli przed siebie. Doctor oparł się o niebieskie drewno swojej budki i pogładził je palcami. Wiedział, że żeby pozbyć się wrażenia, że czuje coś do Amy musiał sprawić, żeby pokochała Rory'ego. Wiedział jakby się to wszystko skończyło gdyby się w niej zakochał. Westchnął, włożył ręce do kieszeni i skręcił w lewą stronę.
   Tymczasem Rory i Amy w ciszy dochodzili do połowy pomostu. Żadne z nich się nie odzywało. Po prostu szli powoli do przodu. Cisze przerwał w końcu Rory.
- Więc... - próbował zacząć. - Jak długo podróżowaliście z Doctorem, zanim wzięliście mnie ze sobą? - zapytał i spróbował się uśmiechnąć.
- Jakiś miesiąc? Może krócej - odparł Amy, jakby nieobecna, wpatrując się w gwiazdy nad sobą. Rory, widząc to nic nie odpowiedział. Objął ją ramieniem, chcąc zwrócić na siebie jej uwagę. Pocałował ją w policzek, starając się być romantyczny. Jednak nic nie sprawiało, żeby Amy chociaż na niego spojrzała. Różne myśli kłębiły się w jej głowie. Kiedy doszli do końca drogi, Rory złapał ją w talii i spojrzał w oczy.
- Coś się stało? - zapytał zmartwiony. - Powiedz tylko słowo, a zostawię cię samą... Jeśli chcesz pomyśleć czy coś...
- Jesteś wspaniały - szepnęła dziewczyna, ale bez cienia uśmiechu. Bała się wypowiedzieć kolejne słowa, które układały się w jej głowie, więc po prostu dotknęła ciepłą ręką jego szyi i pocałowała w usta. Mężczyzna oczywiście od razu oddał pocałunek, uśmiechając się lekko. Miał nadzieje, że w końcu mu się udało, że Amy go pokochała.

***

   Doctor szybko doszedł do końca pięćdziesięciometrowej części pomostu. Ustał i zamknął oczy, czując jak wiatr rozwiewa mu włosy, a przyjemny chłód oplata jego twarz. Bił się z myślami. Dzisiejsza, poranna rozmowa z Amy przypomniała mu te wszystkie chwile, osoby. Tak bardzo pragnął ich jeszcze raz zobaczyć. Donne, Marthę, Rose... Wszystkich! Rzucił się na kolana i zaczął cicho łkać. Nie zdarzało mu się często płakać, ale chyba każdy czasem bardziej zatęskni i pragnie się komuś wyżalić. On wolał to zrobić w samotności. To było drugim powodem dla którego nie powędrował z Amy i Rory'm do przodu. Ze spuszczoną głową pozwalał spływać łzom powoli po policzkach. 
- Przepraszam - wyszeptał do siebie, albo raczej do nieba przed nim. Do nicości. - Na prawdę przepraszam - chciał krzyczeć, ale bał się, że jego towarzysze go usłyszą. Wolał być teraz sam. Nikt nie mógł go zrozumieć. Przynajmniej żaden człowiek. Nieważne jakby chciał, nie może sobie wyobrazić ile wspomnień musi pomieścić Doctor po tych dziewięciuset latach. Z jego głowy nigdy nie wyleciała żadna sytuacja w jego życiu. Zawsze pamiętał. To było najgorsze. Kiedy kładł się spać, co noc wszystkie te chwile przelatywały mu przed oczami, a potem pojawiały się w snach. Można, by jednak rzec, że do tego przywykł. Co innego, do rozmawiania o tym. Po dłuższej chwili, kiedy poczuł, że łzy są coraz słabsze, a jego oddech się uspokaja, przeczesał włosy palcami, po czym chciał obmyć twarz wodą z jeziora, ale coś wyciągnęło w jego stronę obślizgłą dłoń, zmuszając go do nagłego odsunięcia się. Wstał gwałtownie i zaczął wpatrywać się w naruszoną taflę jeziora, ale potwora już nie było. Ruszył biegiem, ku towarzyszom, żeby ich ostrzec. Przy okazji uważał, żeby się nie poślizgnąć. 
- Nie zbliżajcie się do wody! Tam coś żyje! - krzyknął już z daleka, czym odciągnął od siebie narzeczonych. Podbiegł jak najbliżej do nich i kazał wracać do TARDIS lekko trzęsącym się głosem. Jeszcze do końca nie ochłonął. Rory poszedł przodem, ku zachętom Amy, ale odwracał się co chwila za siebie, sprawdzając czy z resztą wszystko w porządku. W tym czasie rudowłosa złapała Doctora mocno za nadgarstek i przyciągnęła do siebie, patrząc mu głęboko w oczy.
- Płakałeś - szepnęła, widząc jego lekko zaczerwienione oczy.
- Jakie to ma teraz znaczenie? - spytał podenerwowany szatyn. - Chodź, musimy stąd uciekać! 
Już chciał ruszyć, ale usłyszał krzyk Amy tuż koło siebie. Złapał ją mocno za dłonie i przysunął bliżej siebie, żeby objąć ją całą. Coś ciągnęło ją za kostkę i próbowało wciągnąć pod wodę. Dziewczyna wtuliła się w stojącego najbliżej niej Doctora i starała trzymać się jego marynarki najmocniej jak mogła. Po chwili podbiegł do nich Rory, a widząc co się dzieje także pomógł szatynowi utrzymać ukochaną na powierzchni, ale ona coraz bardziej im się wyślizgiwała.
- Amy, trzymaj się mocno. Damy radę - szeptał jej po cichu do ucha Doctor, ale nagle coś złapało ją za drugą kostkę, co zaważyło na finale tego wydarzenia. Z akompaniamentem zmieszanych krzyków Doctora i Rory'ego, stworzenia wciągnęły Amy pod wodę.
- Nie idź za mną, bo jeśli nawet byś przeżył to dostaniesz mocno w łeb - warknął do Rory'ego Doctor i wskoczył prędko do wody, myśląc gorączkowo co robić. Nie mógł jej stracić. Nie teraz, nie z własnego powodu! Starał się płynąć za stworzeniami, które na jego szczęście utrzymywały się przy powierzchni, więc mógł się co jakiś czas wynurzać. Śledził je najszybciej jak umiał, aż poczuł między dłońmi miękkie i mokre włosy Amy. Próbował jeszcze bardziej przyśpieszyć, ale powoli tracił siły. Cudem zdołał złapać za ramiona dziewczynę i przyciągnąć się do niej. Chwilę siłował się ze stworzeniami i czym prędzej wynurzył głowę Amelii z wody. Pozwolił jej złapać oddech i odetchnął cicho z ulgą, widząc ją żywą. Jednak problem całkiem nie zniknął, bo stworzenia wciąż ją trzymały i znowu wciągnęły pod wodę. Doctor jednak nie chciał puszczać towarzyszki. Jedną ręką wyjął śrubokręt soniczny i przebadał nim potwory, po czym spróbował je za jego pomocą odgonić, ale z początku one tylko wytrzeszczały na niego ślepia. Wyglądały jak wielkie ryby, trochę upodobnione do człowieka. Miały ręce zakończone palcami połączonymi błonami. Tak samo wyglądały tylne odnóża. Miały skrzela i wydawały dźwięki podobne do bulgotania. Doctor znowu musiał wynurzyć się z Amy. 
- Czego chcecie?! - krzyknął szybko będąc nad wodą, po czym znów się zanurzył. Tylko dlatego, że stworzenia nie chciały za nic puścić rudowłosej. Powiedziały coś po dziwnym języku, ale Doctor wszystko rozumiał, jako że był władcą czasu. Mówiły, że są głodne, a on nie powinien się w to mieszać, na co szatyn, wyłaniając się z wody, krzyknął, że ma bardzo dużo powodów, żeby się w to mieszać. Nie miał na razie planu i pośpiesznie próbował coś wymyślić. Jedyne co mu przychodziło do głowy to siłować się ze stworzeniami. W końcu one puściły Amy, ale podpłynęły do Doctora, próbując go złapać. On próbował bronić się śrubokrętem. Uciekał przy okazji w tył, ale nieprzytomna dziewczyna ciążyła mu w ramionach, a do tego powoli wychładzał się w zimnej wodzie. 
- Idźcie polować na jakieś ryby i zostawcie ją! - krzyczał zrozpaczony, aż w końcu uderzył z całej siły jedno ze stworzeń między oczy, przez co ono odsunęło się gwałtownie i syknęło. Doctor zyskał trochę czasu na dopłynięcie do brzegu i podanie Rory'emu Amy. Sam został znowu podtopiony i zaczął się wyrywać. W końcu kopnął większego stwora butem i wdrapał się na pomost, oddychając ciężko i kaszląc. Przeczołgał się do Amy i zawiesił zmęczoną głowę koło jej ucha.
- Już dobrze, Amy. Obudź się! - szeptał jej do ucha łamiącym się głosem. W końcu Rory odsunął go na bok i zaczął resuscytacje Amy. W tym samym czasie Doctor położył się po drugiej stronie dziewczyny - bokiem do niej i lekko się skulił, jednocześnie głaszcząc powoli jej włosy. Zamknął oczy i otworzył je dopiero gdy usłyszał jej zdesperowany oddech. Podniósł głowę najszybciej jak był w stanie i przytulił ją jeszcze na leżąco. 
- Tak się bałem, nigdy więcej mi tego nie rób! Jak mówię, że mamy uciekać, to uciekasz, zrozumiano?! - mówił do niej i powoli ją podniósł trzymając ją w objęciach.
- Dziękuję - powiedziała słabo dziewczyna, lekko pokasłując i opierając się na nim w pełni. Szatyn nie puszczał jej jeszcze przez chwilę, bojąc się, że upadnie. Czując jednak, że jej ciężar ciąży na jego zmęczonych mięśniach, oddał ją w objęcia Rory'ego, który martwił się nie mniej od niego. 
- Wracajmy czym prędzej na pokład TARDIS - odparł Rory i pomógł Amy wstać, trzymając ją na ramieniu. Doctor też wstał, trzęsąc się lekko na nogach. Czuł jednak, że z każdą chwilą wracają mu siły. Wlókł się za towarzyszami, powłócząc lekko nogami. W końcu zatrzymał się przed budką i oparł zmęczony o jej niebiesko drewno. Głaskał ją tak jak tuż po przyjeździe tutaj. Szeptał do siebie pośpiesznie jakieś słowa po Gallifreyańsku. Nagle z wehikułu wrócił mężczyzna. Doctor spojrzał na niego, opierając się jeszcze o TARDIS.
- Masz zabrać nas do domu w tej chwili. Nie ważne, co ona na to powie! Ja, ona i 3bit też. Nikt nie jest przy tobie bezpieczny. Każdy chce ci zaimponować, a tak to się kończy - Rory mówił oddzielając od siebie słowa, a każde z nich kuło coraz mocniej szatyna w serce, a nawet w oba naraz. Po chwili kiwnął głową i wszedł za człowiekiem do środka. Ujrzał Amy skuloną, otuloną kocem i siedzącą na ławie przy panelu TARDIS. Nie mógł się oprzeć, żeby nie usiąść koło niej chodź na chwilę. 
- Powiedziałem, że masz nas zabrać do domu w tej chwili - warknął Rory, ale Doctor nie słuchał go. Przewracał rude, wysychające powoli włosy Amy i przysunął je do twarzy, chcąc poczuć ich piękny zapach, przebijający się przez woń wody z jeziora. Dziewczyna trzęsła się jeszcze z zimna. 
- Nie chcę odchodzić! Nie! Rozumiecie to?! - mówiła, starając się to robić najgłośniej jak mogła.
- On ma racje, Amy. Za bardzo cię... was narażam - szepnął jej do ucha Doctor i wstał, żeby wpisać współrzędne ogródka dziewczyny. Znowu. 
- Czy kogokolwiek obchodzi co ja mam do powiedzenia?! - zawołała desperacko Amy i wstała gwałtownie, czując przy tym ostre zawroty głowy. - Ja nigdzie się nie wybieram! 
Po tych słowach podeszła do Doctora i złapała go mocno z nadgarstek. Zwróciła tym samym na siebie jego uwagę i spojrzała głęboko  w oczy. 
- Masz mnie teraz posłuchać, rozumiesz?
- Amy...
- Za to, że mnie wtedy zostawiłeś! Za czternaście lat, czterech psychologów, nieudany ślub, poranną opowieść, twoje łzy dziś na pomoście! Za to wszystko masz się teraz ze mną męczyć! - mówiła kładąc nacisk na każde słowo, coraz głębiej patrząc mu w oczy. - Będę o siebie dbać. Zaufaj mi - dodała desperackim szeptem, zwalniając nieco uścisk. 
- Przyrzeknij - odpowiedział Doctor również szeptem. - Na coś ważnego. Najważniejszego w twoim życiu.
- Tak więc, przyrzekam na... paluszki rybne z budyniem - powiedziała lekko się uśmiechając. Nie wiedziała  wtedy jeszcze co dla niej oznaczały te słowa, choć mgliste pojęcie gubiło jej się w głowie. Te krótkie słowa "paluszki rybne z budyniem" znaczyły więcej niż jej się wydawało w tamtej chwili, ale miała to zrozumieć dopiero wiele czasu później. 
Doctor uśmiechnął się nieznacznie i zmienił koordynaty, z domu Amy na jakieś jemu tylko znane miejsce w kosmosie i odsunął się od panelu. Amy prawie podskoczyła ze szczęścia, ale powstrzymała się, bo wciąż czuła pulsujący ból w głowie. Pocałowała tylko Doctora w policzek i przytuliła do siebie. 
- Nie zgadzam się! To niebezpieczne! - krzyknął Rory i w nagłym przypływie emocji, pociągnął Doctora za marynarkę, odciągając go od swoje narzeczonej. Odwrócił go w swoją stronę i uderzył pięścią w policzek. Doctor zachwiał się na nogach, bo wciąż nie doszedł do końca do siebie. Amy złapała go za ramiona, powstrzymując upadek i spojrzała na Rory'ego zszokowana. 
- Co ci się stało? - zapytała, a szok powoli zamieniał się w gniew. - O co ty jesteś zazdrosny?! Nie zmienisz tego, jak ważny jest dla mnie Doctor! Zmienił całe moje życie, a ty oczekujesz, że będę go traktować jak obcego mi człowieka?! Jest... Moim przyjacielem i musisz się z tym pogodzić! - warknęła i podeszła do Rory'ego. - Zachowujesz się jak idiota, a to nie on mi się zaręczył. Zaręczył mi się miły, dobry Rory.
- Mówiłaś, że.. - zaczął Doctor, ale nie dane mu było skończyć. 
- Kłamałam... To skomplikowane - odparł szybko nie patrząc na niego. Potem znowu zwróciła się do Rory'ego. - Na prawdę byłam już pewna, że chcę za ciebie wyjść. Z Doctorem jako świadkiem... Ale się zmieniłeś - ostatnie słowa wypowiedziała szeptem, nie spuszczając z niego oczu. 
- Zostaw go, to emocje... - zaczął szatyn, bo nie o to mu chodziło. Nawet jeśli pokochałby Amy, nie mógłby z nią być, więc nie miał zamiaru być powodem rozstania tych dwóch.
- Ty też mnie zostaw. Zdecyduj się! Po prostu powiedz kim dla ciebie jestem! - zawołała wywrócona z równowagi Amy, ale Doctor zamilkł, patrząc na nią i przełykając ślinę. - Mam dosyć mężczyzn - powiedziała do siebie Amy i ruszyła do swojego pokoju, po drodze łapiąc 3bita, który przechadzał się korytarzem. W pokoju rzuciła się na łóżko i leżała wpatrzona w sufit. Nic nie wiedziała. Nic nie rozumiała. Po chwili zasnęła, a w głowie znowu zaczął się jej kreować ten sam co ostatniej nocy. 
_____________________________________________________
Jak ktoś tutaj dotarł to gratuluję :P Dobrze czuję się w pisaniu emocjonalnych scen, ale wiem, że ciekawsza zwykle jest akcja, która wychodzi mi trochę gorzej. Postaram się jednak w kolejnych notkach sprawić, by więcej się działo. 

Tymczasem chcę was poinformować o czymś ważnym. Otóż, skoro ten blog (jak i opowiadanie na Wattpadzie https://www.wattpad.com/201590548-jedenasta-godzina-eleventh-x-amy-rozdzia%C5%82-1 ) są pisane przede wszystkim dla czytelników, więc kolejne rozdziały będą dodawane, po tym jak zobaczę pod tym co najmniej 3 komentarze od różnych osób! Nie muszą być w pełni pozytywne, ale chcę, żeby ktoś wyraził swoją opinię na temat moich wypocin, więc czekam :P 
Do następnej notki!

2 komentarze:

  1. Woow ! Twoje opowiadania sa niesamowite ! Swietnie piszesz i rob to falej bo czytelnik nie moze sie od tego po prostu oderwac ♥♥ nie moge doczekac sie kolejnego rozdzialu
    ~ The Raven Julie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że ci się podobają ^^ Do kolejnego rozdziału już tylko jeden kom! (1 na Wattpadzie + 1 twój = 2 o ile się nie mylę xDD)

      Usuń