piątek, 29 stycznia 2016

Rozdział 6

    Budząc się, Amy zasłoniła sobie twarz dłońmi, a przyzwyczajając się do światła słonecznego, zdała sobie sprawę, że nie leży tam gdzie zasnęła. Przetarła rękoma powieki i podniosła głowę, żeby się rozejrzeć. Leżała na ziemi, a raczej na niewielkiej stercie koców. Obok siedział Doctor i rozmawiał z jakimś żołnierzem, który nagle zauważył jej pobudkę i wskazał na nią głową. Szatyn od razu się odwrócił i uśmiechnął do dziewczyny.
- Jak się spało? - zapytał i poczochrał sobie włosy w zakłopotaniu. - Nie miałem nic innego, ale lepsze to niż spać na ziemi, więc cię tu przeniosłem.
Ruda usiadła koło niego i odwzajemniła uśmiech. Prostując się odczuła skutki spania na ziemi, ale nie skarżyła się.
- Dzięki, nie tak źle - odpowiedziała i rozejrzała się dookoła. - Co właściwie macie zamiar zrobić? - zapytała, przypominając sobie o Rory'm.
- Obronić budynek i uratować twojego narzeczonego - stwierdził krótko Doctor i rozciągnął się.
- Mówiłeś, że masz plan! - zauważyła Amy, ale samo spojrzenie mężczyzny dało jej do zrozumienia, że on go ma, ale jeszcze go nie określił. Mimowolnie się uśmiechnęła, ale czuła się teraz mniej pewnie.
- Uratuję go - szepnął po raz nie wiadomo który szatyn i pocałował ją w czoło. Potem wstał i poszedł do generała. Amy także się podniosła, masując obolałe plecy. Nie miała pojęcia co robić. W końcu spotkała River i przywitała się. Jednak nie dane im było porozmawiać, bo nagle ktoś zawołał kobietę i ona przepraszając Amy, poszła zobaczyć o co chodzi. W końcu Ruda po prostu usiadła w swoim wczorajszym miejscu, czując niezwykle drażniąco bezsilność. Nie miała jak pomóc i nie była do niczego potrzebna. Nagle koło siebie zobaczyła tego samego bruneta co wczoraj i spojrzała na niego pogardliwie.
- Czego znowu chcesz? - warknęła, nie spuszczając go z oczu. Zdziwiła się kiedy mężczyzna złapał ją silnie za ramie i zbliżył swoją twarz do jej, patrząc jej w oczy.
- Mam przez ciebie problemy, zadowolona? - syknął, ale Amy od razu się wyrwała.
- Bardzo - odparła dziewczyna oschle i odsunęła się, starając się nie pokazywać, że jest przestraszona.
- Pożałujesz tego - dodał jeszcze brunet cicho i odwrócił się na pięcie. Kiedy odszedł kawałek, Amelia złapała się za ramię i przez chwilę zastanawiała się czy mówić o tym Doctorowi, ale nie chciała wyjść na słabą. Nie bała się. Przynajmniej tak jej się wydawało.

***

    Minęły jeszcze jakieś dwie godziny, zanim coś zaczęło się dziać. Z nieba zaczęły nadlatywać pojedyncze statki kosmiczne, a żołnierze od razu zabrali się za strzelanie do nich. Przypominało to bardziej grę video niż prawdziwą bitwę. Mimo to Doctor pobiegł do Amy i pociągnął ją za sobą do wnętrza budynku i wbiegł do jakiegoś niewielkiego pomieszczenia. 
- Zostań tu - powiedział stanowczo, patrząc jej w oczy. - Parę osób wyruszyło wczoraj na zwiady. Wiemy gdzie jest Rory i kilku innych porwanych ludzi. Idziemy go odnaleźć, ale zapamiętaj, bo to ważne! Zostań tu i nie otwieraj nikomu. Ja mam śrubokręt, sam sobie otworzę. 
- Ale... - jęknęła dziewczyna, która za wszelką cenę, chciała się na coś przydać.
- Proszę, Amy... - głos Doctora ściszył się o pół tonu, a Ruda znowu poczuła jego dłoń na swojej i nagle spokój ogarnął całe jej ciało. Pożegnała go półuśmiechem i usiadła w kącie, czekając na jego powrót.

***

    Doctor wraz z resztą wojska przebiegli przez kolejne parę pięter, gdy nagle ich dowódca zatrzymał się, powodując efekt domina. Władca czasu wyszedł na przód, by zobaczyć co się stało. Stało przed nimi trzech Cybermanów, którzy najwyraźniej nie byli przyjaźnie nastawieni do ludzi. Za Doctorem stanęło paru żołnierzy, mierząc w roboty z broni, ale szatyn powstrzymał ich od razu. 
- Witam - powiedział donośnym głosem w stronę Cybermanów. - Nie macie szans. Mamy znacząco przewagę liczebną. Pokażcie nam gdzie trzymacie ludzi, a nikt nie ucierpi!
Jednak jedyną odpowiedzią jaką dostał, było natarcie na nich, przez istoty. Żołnierze od razu ich zestrzelili, na co sam Władca czasu nie zareagował przychylnie.
- Co wy żeście zrobili?! Jak my teraz znajdziemy tych ludzi? - jęknął i zaczął badać śrubokrętem 'ciała' Cybermanów. Znalazł w nich coś dziwnego, co bardzo go zaciekawiło. W każdym po jednym. Schował tajemnicze chipy do kieszeni i ruszył do przodu.
- Teraz będziemy musieli się rozdzielić i przeszukać wszystkie pomieszczenia na tym piętrze - dodał Doctor, jakby będąc myślami gdzie indziej. Zastanawiał się nad przeznaczeniem tych małych urządzeń. Po chwili wyszedł z zadumy. - No dalej! Podzielcie się po trzy osoby i ruchy! 
    Poczekał chwilę i wraz z dwójką żołnierzy zabrał się za przeglądanie każdego pomieszczenia. Trwało to może piętnaście minut, gdy nagle usłyszał okrzyk z drugiego końca piętra. Pobiegł tam i zobaczył jak na ziemi leży paru nieprzytomnych ludzi. Jednak nigdzie nie było Rory'ego. Przeklął pod nosem, po Gallifreyańsku i wybiegł z pokoju. 
- Dajcie im to - odparł i rzucił butlę z jakimś płynem. - Za pół godziny powinni się obudzić. To tylko środki usypiające. Oddychają.
Gdzie on jest?! Nie mogę jej zawieść! Znowu... myślał gorączkowo, ale nie dawał nic po sobie poznać. Przeszukiwał dalsze pokoje, aż w końcu znalazł. Czysto teoretycznie, to czego szukał. Bezwładne ciało Rory'ego leżało na podłodze. Rzucił się ku niemu i zbadał je śrubokrętem. To było dziwne, bo nie było na nim żadnych odczytów. Rozejrzał się dookoła, szukając jakiejś podpowiedzi, ale już nic nie rozumiał. Nagle poczuł jak odpycha go czyjaś silna ręka. Koło leżącego pojawił się dowódca, który właśnie sprawdzał czy oddycha, a po chwili zaczął resuscytacje. Doctor skulił się z boku. Myślał co zrobił źle, co poszło nie tak. Rozważał alternatywne zakończenia tej sytuacji. Gdyby wtedy dalej gonił tego Cybermana, gdyby szybciej zaczął poszukiwania...
- Doctorze, on... - zaczął dowódca, ale przerwał mu pełen rozpaczy krzyk szatyna:
- Ale co mu, do cholery jest?! - po tym kopnął z całej siły w stojącą obok szafkę, która otworzyła się gwałtownie, ukazując zestaw dziwnych strzykawek, o jeszcze dziwniejszych kolorach. Spojrzał szybko na Rory'ego i zrzucił wszystko z sąsiedniej szafki. - Co oni ci zrobili? - powiedział sam do siebie, opierając się na łokciach o mebel i powoli się uspokajając. Spytał cicho o jakiś karton lub pudło, a dostając je, schował do środka wszystkie strzykawki. Podszedł jeszcze do ciała Rory'ego i zacisnął pięści z bezsilności. 
- Zabierzcie je ze sobą, ona... pewnie chciałaby je pochować - odparł cicho, siląc się na beznamiętność i zaczął się wspinać po schodach, a za nim reszta, pomagając rannym i otępionym lekami nasennymi. Przez całą drogę zastanawiał się co powie Amy. Nie umiał nawet wytłumaczyć co się stało. Kiedy weszli na wyższe piętro, postanowili sprawdzić jeszcze pomieszczenia, które się tam znajdowały. Doctor znowu zarządził, żeby się podzielić. Wtedy wszyscy się rozeszli, ale nie trwało to długo, bo z ich prawej strony coś wybuchło z niezwykłą siłą. Prawdopodobnie bomba, która wyczuła ich obecność. Większość osób, a w tym Doctor upadło na ziemie. Niektórzy od razu wstawali tylko lekko obolali i próbowali ugasić ogień oraz znaleźć źródło wybuchu. Na szczęście, ściany zostały tylko lekko naruszone, w niektórych miejscach.
    Doctor leżał przez chwilę na ziemi, z zamkniętymi oczami i zaciśniętymi zębami. Próbował się choć trochę unieść, ale coś piekielnie zabolało go po lewej stronie ciała. Mimowolnie krzyknął z bólu. Spróbował obrócić głowę w tamtą stronę i przerażony odkrył, że jakiś pręt na wylot przebił mu miejsce koło lewego obojczyka. Jęknął, gdyż ból się nasilał. W końcu krzyknął prosząc o pomoc. Podbiegł do niego jeden z żołnierzy, który zaczął czymś smarować miejsce w okolicy rany.
- Gdzie Greg? - zapytał Doctor, przez zaciśnięte zęby, nie otwierając oczu.
- Dowódca nie żyje - powiedział słabo człowiek. - Uważaj, to nie będzie przyjemne - dodał i skrzywił się na samą myśl. Złapał za pręt i umiejętnie go wyciągnął, powodują kolejny przeszywający krzyk Doctora. Łzy napłynęły mu do oczu, a prawa dłoń odruchowo powędrowała do okolic rany. Po niedługim czasie opanował oddech, a ból zaczął ustawać. Głównie dzięki maści, którą dalej wcierał mu w ramię mężczyzna. Potem obandażował je i pomógł usiąść władcy czasu.
- To tylko prowizoryczny opatrunek, więc trzeba cię szybko przenieść na górę. Tak jak resztę rannych.
- A co z martwymi? Dużo ich jest? - wypytywał szatyn, myśląc o Rory'm.
- Trójka martwych, a dwóch zaginionych - odparł szybko żołnierz, lekko się garbiąc.
- Kto zaginął?
- Żołnierz i... - zaczął mężczyzna, ale zatrzymał się, patrząc niepewnie na Doctora.
- Kto?! - pośpieszył go władca czasu, chociaż już podejrzewał odpowiedź.
- I ten człowiek, którego znaleźliśmy martwego...
Doctor wstał gwałtownie i walnął prawą pięścią w ścianę. Wciąż czuł ból, w ramieniu, który wcale się nie pomniejszał.
- Bierzcie rannych i idziemy - zarządził po chwili i ruszył do schodów.

***

    Amy siedziała cicho w rogu. Co jakiś czas coś wybuchało, ale podejrzewała, że to bomby ze statków kosmicznych. Dopiero gdy jeden wybuch usłyszała wyraźnie pod sobą, poruszyła się niespokojnie. Następstwem tego był niezwykle głośny krzyk Doctora, który spowodował, że dziewczyna poderwała się z podłogi i podbiegła do drzwi. Przysunęła się do nich i zaczęła nasłuchiwać. Po krótkiej chwili, dało się słyszeć kolejny krzyk, który dziewczyna mimowolnie odwzajemniła.
- Doctor! - wydarła się i uderzyła w drzwi, siląc się by zachować spokój. Osunęła się na ziemie i usiadła przed drzwiami przerażona. Bała się. Czekała kolejne parędziesiąt minut, zanim drzwi same się otworzyły, a zza nich wychylił się rozczochrany szatyn. Amy wstała pośpiesznie i przyjrzała się mu. 
- Co ci się stało? - zapytała, patrząc szeroko otwartymi oczami na jego ranę. 
- Przepraszam - jęknął tylko cicho mężczyzna, a wzrok dziewczyny przeniósł się na jego oczy. Odsunęła się lekko, domyślając się co się stało. - J-ja... próbowałem! Nie chciałem tego - Doctor próbował się tłumaczyć i podejść do Amy, ale ta odsuwała się coraz bardziej. 
- Co się stało? - spytała przełykając ślinę. 
- Rory, on... - zaczął Doctor, opuszczając głowę.
- Nie! - krzyknęła Ruda i usiadła na podłodze, ukrywając twarz w dłoniach. Była zrozpaczona - płakała i siliła się, żeby nie zacząć krzyczeć. Szatyn od razu usiadł naprzeciwko niej i złapał ją za ramiona. 
- Amy! Spokojnie, ja... - próbował ją pocieszyć, ale nie potrafił.
- Gdzie... Gdzie jest jego... - dziewczyna próbowała się wysłowić, ale nie umiała wypowiedzieć słowa ciało. Nie mogła się z tym wszystkim pogodzić. Doctor jednak domyślił się o co jej chodzi i na sekundę odwrócił wzrok, zastanawiając się jak jej to wytłumaczyć, ale to go zgubiło.
- Co się z nim stało? - jęknęła Rudowłosa, gdy nagle poczuła dłoń Doctora na swojej i szybko ją wyrwała. - Nie chcę się uspokajać. Nie tym razem - odparła szybko przez łzy, a szatyn posłusznie się odsunął i zaczerpnął powietrza.
- Zaginęło wraz z ciałem pewnego żołnierza po wybuchu...
- Ale... - Amy próbowała to sobie uświadomić, ale w końcu po prostu skuliła się i zaczęła dalej szlochać, chowając twarz w ramionach. Władca czasu chciał ją jakoś przytulić, pomóc jej, ale do pomieszczenia weszła River, złapała go za zdrowe ramie i wyprowadziła na zewnątrz.
- Coś ty zrobił?! - warknęła w jego stronę, ale widząc niczym nie skrywany smutek na jego twarzy, złagodniała. Objęła go lekko, ale on nie miał nawet siły, żeby odwzajemnić ten gest. Wyszedł na dach, rozejrzał się po pobojowisku i usiadł na kocach, na których wcześniej leżała Amy. Także ukrył twarz w rękach, ale nie płakał. To nie było do niego podobne. Po prostu siedział w ciszy i zastanawiał się nad tym co zrobił źle. Potem podszedł do jednego ze starszych żołnierzy, który najwidoczniej chciał opanować wszystkich, po śmierci ich generała. Zbierał wszystkich i wysyłał kolejno na zwiady wokół budynku i w jego środku, żeby sprawdzić czy aby na pewno wszyscy Cybermani zostali wybici.
- Macie pewność, że to jedyna salwa? Nie ma ich więcej? - zapytał Doctor, przybliżając się do sondy.
- W obszarze najbliższych stu kilometrów nie widać żadnych oznak czyjejkolwiek obecności.
- Więc ja będę się zbierał. Muszę jeszcze przepadać parę rzeczy na TARDIS. I odwieźć kogoś do domu... Póki oddycha.
- Nie zrobisz tego - usłyszał za sobą szatyn i od razu się odwrócił. Stała za nim River z założonymi na krzyż rękoma. - Nie potrafisz... Przyznaj się do tego.
- A skąd ty możesz o tym wiedzieć? - warknął mężczyzna, podchodząc do niej.
- Znam cię dość długo... Pewnie już nieraz tak mówiłeś...
- Ale... To inna sytuacja! Ona mogła też zginąć i za dużo już straciła! - zapierał się Doctor włożył ręce do kieszeni.
- Pierwszy raz?
Po tym władca czasu zamilkł i odszedł w drugą stronę. Tymczasem do River podszedł starszy żołnierz.
- Jaki to miało cel? - zapytał patrząc za odchodzącym szatynem.
- Teraz na pewno odstawi ją do domu - odparła cicho doctor Song i także odeszła w inną stronę, zostawiając żołnierza samego.
     W tym czasie Amy próbowała zatrzymać samoistnie spływające jej po policzkach łzy. Siedziała skulona w samym rogu pomieszczenia, między ścianą, a biurkiem. Nagle na jego progu zauważyła znajomego mężczyznę. Był to ten żołnierz, który jej groził. Amy wstała pośpiesznie, starając ukryć, że się boi. Przylgnęła do ściany, a widząc, że mężczyzna się do niej zbliża, zaczęła krzyczeć. Ten podbiegł do niej szybko i zatkał jej usta ręką. Amy próbowała mu się wyrwać, jednak bezskutecznie. Kopnęła go nawet w piszczel, ale brunet tylko lekko cofnął tą nogę i jeszcze bardziej się wkurzył. Widząc to, dziewczyna próbowała udawać, że ją to nie rusza. Tylko dlaczego to nie było takie proste? Szarpała się mocno, dopóki nie zauważyła, że mężczyzna wyjmuje zza pasa nóż. Zastygła przerażona w bezruchu i patrzyła na narzędzie szeroko otwartymi oczami, do których zaczęły napływać jej łzy. Najzwyczajniej w świecie się bała i nie mogła już nic na to poradzić. Nóż zbliżał się do jej twarzy powoli, ale dla Amy ten czas mijał niezwykle szybko.  Złapała dłonią za rękę z bronią, ale ta szybko się wyrwała i zacięła nożem skórę na policzku dziewczyny. Spłynęła po nim niewielka strużka krwi.
- Proszę, nie rób więcej problemów... - odparł znudzony mężczyzna, obracając w dłoni swój nóż. - I tak sobie z tobą poradzę - dodał, szepcąc jej do ucha, ale Amy jeszcze bardziej zaczęła się wyrywać. Nie, nie miała zamiaru umierać, tak po prostu poddając się. Pchnęła korpus mężczyzny najmocniej jak mogła, ale ten tylko lekko się odsunął i złapał oba jej nadgarstki, dzięki czemu ona mogła znowu krzyknąć. Tym razem krzyczała konkretne słowo - Doctor. Brunet nie za bardzo wiedząc co robić. W jednej ręce trzymał obie jej dłonie, a drugą podstawił jej nóż do gardła, powodując, że Amy ucichła i w grobowej ciszy czekała, co on zrobi. Rozglądał się dookoła, patrząc czy ktoś jej nie usłyszał. Gdy po dłuższej chwili nikogo nie zobaczył, powoli odsunął nóż, żeby bezpiecznie zbliżyć się do Rudej. Ona nie mogła nawet go spoliczkować, bo miała związane ręce, a bała się, że jeśli spróbuje go kopnąć, źle się to dla niej skończy. Po prostu kręciła się na boki, marząc, żeby ściana za nią magicznie zniknęła. Zamknęła już oczy, powoli godząc się ze swoim losem, gdy nagle do pomieszczenia wbiegł Doctor, podbiegł do mężczyzny, odciągnął go od Amy i uderzył prawą pięścią, najmocniej jak umiał w szczękę. Brunet upadł do tyłu i jęknął z bólu. Amy osunęła się na kolana, a łzy kolejny raz mimowolnie spłynęły po jej policzkach. Podniosła na chwilę wzrok. Jeszcze nigdy nie widziała tak rozwścieczonego Doctora.
- Jeszcze raz się do niej zbliżysz... - warknął cicho, kopiąc go pogardliwie, ale mocno w żebra. - A osobiście przypilnuję, żeby cię przywiązali na łańcucha do drzewa i karmili raz na tydzień! - ostatnie słowa krzyknął. Nie rozumiał jak można było być takim człowiekiem. Szatyn mruknął jeszcze coś tuż przy jego uchu i już chciał odejść, ale odwrócił się i jeszcze raz kopnął go - tym razem w brzuch. Kiedy brunet zwijał się i jęczał z bólu, przywołując tym nowego przełożonego, Doctor rzucił się w stronę Amy. Słyszał za sobą, jak wynoszą tego dupka z pomieszczenia, ale nie zwracał już na to uwagi. Wpatrywał się przerażony, w zapłakaną twarz dziewczyny i przysunął ją do siebie, tak że stykali się czołami.
- Zrobił ci coś? - zapytał szatyn, starając się mówić spokojnie. Rudowłosa pokręciła lekko głową.
- Nie zdążył - odparła cicho, ochrypłym głosem. Władca czasu zaczął gładzić jej dłoń, a ona powoli się uspokajała. W ciszy, przy swoim 'obdartym' Doctorze.
- Przepraszam, że nie przybiegłem wcześniej, ja...
- Nie tłumacz się - powiedziała szybko Amy, odsunęła się i przetarła rękawem twarz. - Nic mi nie jest.
Jednak Doctor nie był przekonany. Złapał ją pod ramionami, żeby pomóc jej wstać. Ona złapała za jego plecy i pozwoliła mu ją lekko unieść. Kiedy stała już twardo na ziemi, szatyn chciał ją puścić, ale ona złapała go mocniej.
- Amelia... Musimy pogadać... Przy mnie nie jest bezpiecznie - zaczął Doctor cicho, ale dziewczyna złapała go za marynarkę, tak jakby miała w planach nigdy go nie puszczać.
- Nie, proszę! Nie zostawiaj mnie teraz! Nie teraz, nie samą! - błagała, trzymając go i jego ciepło najbliżej siebie, jak mogła.
- Ale Amy, ja...
- Proszę! - jęknęła. - Jestem sama! Ciocia już i tak nie ma czasu się mną zajmować, wielu przyjaciół nigdy nie miałam, a Rory nie żyje! - pierwszy raz wypowiedziała na głos te słowa, zdając sobie w końcu sprawę co one znaczą. - On był jedyną osobą, której na mnie na prawdę zależało...
Doctor wpatrywał się chwilę przed siebie i objął mocniej dziewczynę.
- Nie mogę - odparł w końcu, zrezygnowany. - Odwiedzę cię co jakiś czas - dodał próbując ratować sytuacje. Odsunął się od Amy, zmuszając ją do puszczenia go. Zrobiło jej się słabo i zaczęła osuwać się z powrotem na ziemie, ale Doctor złapał ją szybko. Tak jak kiedyś, w Paryżu, włożył jedną rękę pod jej plecy, a drugą pod kolana i podniósł ją w ramionach. Była lekka, jak zwykle, nawet pomimo lekkiego bólu w lewej ręce. Pomyślał, że dobrze, że wziął już leki przeciwbólowe i parę maści na ranę. Rudowłosa na początku odchyliła głowę, ale po chwili spojrzała na jego lekko nieobecną twarz i oparła głowę na jego ramieniu. Tym razem świadomie. Szepnęła kolejny raz Proszę, ale Doctor starał się już jej nie słuchać. Przeszedł z nią w ramionach po schodach, chociaż nie było łatwo. Motywował go jej ciężki oddech, który słyszał po swojej prawej stronie. Na zewnątrz zobaczył River, która od razu podbiegła do nich i zaczęła wypytywać o na wpół przytomną Amy, która wciąż spoczywała w jego ramionach. Myśląc, że zasnęła, szatyn po cichu tłumaczył wszystko blondynce.
- Może... Powinieneś przy niej zostać? - zapytała, gładząc rude włosy dziewczyny.
- Nie - odparł beznamiętnie Doctor. - Muszę ją odstawić do domu, póki jeszcze w ogóle oddycha - dodał, delektując się równomiernym oddechem Amy.
- Nie mówię, że masz ją dalej wozić po wszechświecie. Po prostu... Może zostań przy niej póki się po tym wszystkim nie otrząśnie.
Mężczyzna przełknął ślinę, ale nic nie odpowiedział. Ułożył Amy, w bezpiecznym miejscu w TARDIS i przykrył kocem. Wpisał szybko koordynaty jej domu i przypilnował, żeby za bardzo nimi nie zatrzęsło. Wziął ją jeszcze raz na ręce, nie ściągając z niej koca, ale ona obudziła się i spojrzała mu w oczy.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała, bojąc się odpowiedzi.
- W domu... Twoim domu - powiedział cicho i wniósł ją do jej pokoju. Położył ją na łóżku i cofnął się do TARDIS.
- Do zobaczenia, Pond - pożegnał się bardzo cicho i zamknął za sobą drzwi maszyny. Amy wstała gwałtownie, próbując zbagatelizować zawroty głowy i uderzyła w drzwi od wehikułu czasu.
- Nie zostawiaj mnie! Proszę! - krzyczała, ale budka już zanikała na jej oczach. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona sama osunęła się na kolana. Przecież była taka silna. Potrafiła ukrywać emocje, nie zachowywała się jak teraz. Nie siedziała załamana na podłodze. Jednak teraz nie miała dla kogo być silna. Wszyscy ją opuścili. Siedziała w ten sposób przez bardzo długi czas, zanim podniosła wzrok na okno. Wstała, przecierając rękawem twarz i usiadła na łóżku. Otworzyła szafkę i wyjęła z niej swój pierścionek zaręczynowy. Po chwili jednak schowała go z powrotem, czując jak bardzo boli ją w klatce piersiowej i wyjęła jedną ze starszych kukiełek Doctora jakie zrobiła.
- Będę czekać - powiedziała do siebie, zamykając oczy. - Na ciebie, bo ty zawsze wracasz - dodała do siebie i położyła się na swoim łóżku i wpatrywała w sufit, póki nie zmorzył jej sen.
_______________________________________________________________________
Jak myślicie? Co się stanie z Rory'm? Ci co oglądali kiedykolwiek sezony 5-6 Doctora Who, pewnie już się domyślają :P Dziękuję tym, którzy wciąż mnie czytają i mam nadzieję, że rozdział wam się podobał. Spokojnie, w kolejnym rozdziale będzie się powoli wyjaśniać cała ta historia z chipami, dziwnymi substancjami i Cybermanami. Do zobaczenia w kolejnych postach! ^^

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz