czwartek, 28 stycznia 2016

Rozdział 5

Wiem, wiem! Miały być 3 komentarze i rozdział, ale chyba sama nie wytrzymam xD Dwie osoby już skomentowały (jedna tu, druga na Wattpadzie), plus czyta to coś jeszcze kilku moich znajomych, ale albo nie ma czasu, albo konta w googlach/na Wattpadzie i nie chce im się zakładać, także przymknijmy na to wszystko oko i zapraszam do czytania! ^^
_______________________________________________________________________________

    Rory od razu pobiegł za dziewczyną, próbując ją zatrzymać, mimo powstrzymujące go od tego Doctora. 
- Wy, ludzie, jesteście bardzo dziwnymi stworzeniami! Ona powiedziała, że ma nas dosyć! Nie rozumiem was - zapierał się Doctor, łapiąc Rory'ego lekko za ramię.
- No właśnie, nie rozumiesz ludzi, więc dlaczego zachowujesz się tak jakbyś to robił? Trzeba ją przeprosić, pocieszyć!
Szatyn puścił go w końcu i zawrócił się, żeby uderzyć dłonią o panel TARDIS. Przeprosił cicho, w zwykłym odruchu, spojrzał za mężczyzną i wyszedł na zewnątrz z chęcią przejścia się.

***

    W tym czasie Rory pukał już do pokoju ukochanej, mówiąc do niej po cichu:
- Amy, Amy otwórz.
Jednak nikt mu nie odpowiadał, więc sam otworzył sobie drzwi. Zajrzał do pokoju, po czym rozejrzał się po pokoju uważnie. Dziewczyna siedziała w kącie, bawiąc się z 3bitem. 
- Mogę wejść? - zapytał niepewnie mężczyzna.
- Czego chcesz? - zapytała Amy, nie patrząc na niego. - Mówiłam, że nie chcę z wami gadać. Tak czy nie?
- No... tak, ale...
- No właśnie - ruda nie wyglądała na chętną do rozmów. Drapała kociaka za uszami. Rory mimo, że mu teoretycznie zabroniła. Chciał dotknąć jej włosów, ale ona zarzuciła je na drugą stronę głowy. Rory odsunął się zrezygnowany i bąknął pod nosem:
- Przepraszam - powiedział to całkiem szczerze, a Amy spojrzała w jego stronę. 
- Dlaczego to zrobiłeś? Nie musiałeś go bić - odparła bardzo cicho, odwracając się z powrotem do kota. Rory już chciał coś powiedzieć, ale zamilkł i wpatrywał się przed siebie. Siedzieli przez dłuższy czas w ciszy, słysząc tylko co jakiś czas pomrukiwania kota. W końcu, ku zdziwieniu Rory'ego, pierwsza odezwała się Amy:
- Kocham cię - szepnęła i dotknęła jego dłoni. - Nie musisz mi nic udowadniać - dodała po chwili i pocałowała go w policzek. 
- Ale... Masz u swojego boku bohatera. Jak mam się nie starać ci zaimponować? - spytał, ale nie odsunął się. 
- Tęsknię za moim starym, miłym i łagodnym Rory'm. Nie chcę innego - powiedziała po chwili rudowłosa, patrząc mu w oczy.
- Masz magiczne oczy - stwierdził mężczyzna i pocałował ją lekko w usta. Nie był już jednak niczego pewien. Zawsze niedługo po takiej chwili działo się coś, co wszystko psuło. Starał się więc nacieszyć tą chwilą i przysunął się do dziewczyny. Gładził ją lekko po policzku i uśmiechał się nieznacznie. Dopiero gdy ona sama lekko się odsunęła, zdołał powiedzieć co mu leży na sercu.
- Em, Amy, a co z naszym ślubem? - zapytał dotykając jej gładkiej dłoni. 
- Czemu ci się tak śpieszy? - spytała zdezorientowana dziewczyna i spróbowała się uśmiechnąć. - Mamy czas... Cały czas i przestrzeń! - dodała i potargała mu lekko włosy.
- Czyli mam czekać, aż znudzi ci się Doctor? - słowa Rory'ego przepełnione były ironią, a on sam odsunął się od niej. - Wybacz, ale chyba dam sobie spokój...
- Nie! Rory, proszę - jęknęła Amy. Na prawdę nie chciała go tracić. Był przy niej te wszystkie lata i mimo, że traktowała go bardziej jak przyjaciela, wiedziała, że inaczej go straci. - Wyjdę za ciebie już niedługo. Nawet po tej, ostatniej wycieczce... Co ty na to?
Mężczyzna zawahał się, ale w końcu uśmiechnął się i założył włosy dziewczyny za ucho. Szepnął jej coś do ucha, że ją kocha, a ona zachichotała, myśląc jak to łatwo jest dla ludzi powiedzieć te dwa słowa.

***

   Doctor wyszedł na zewnątrz i rozejrzał się dookoła. Zbadał swoje otoczenie śrubokrętem sonicznym, po czym schował go z powrotem do wewnętrznej kieszeni marynarki. Była jeszcze trochę wilgotna, ale szatyn nie dbał o to w tamtej chwili. Poszedł przed siebie, żeby zobaczyć gdzie wylądowali. Schował ręce do kieszeni spodni i spoglądał to w lewo, to w prawo. Wokół niego rozciągała się wielka równina, a w oddali widział jakiś budynek. Zaczął zmierzać w jego stronę, nie mogąc wyrzucił z głowy wszystkich tych słów, które powiedział do niego przez ten czas Rory. Wirowały mu wokół głowy i nie chciały się odczepić, jak wstrętny owad. 
Rozjaśnił się nagle gdy ujrzał znajomą sobie sylwetkę stojąco parędziesiąt metrów od niego. Podszedł kawałek bliżej i odchrząknął cicho. Osoba odwróciła się i uśmiechnęła do władcy czasu.
- Witaj, kochanie - powiedziała cicho i wróciła do swojego zajęcia, które polegało na skanowaniu dokładnie ścian budynku. 
- Witaj, River - odparł Doctor. - Można wiedzieć co tutaj robisz? - zapytał i ustał bliżej, żeby przyjrzeć się budynkowi.
- Jest podejrzenie, że Cybermani chcą zaatakować tą planetę, więc sprawdzam czy żaden się tu nie ukrywa. No i nudziło mi się w więzieniu. A ty co tutaj robisz, mój drogi?
- Długa historia. Potrzebujesz pomocy?
- W towarzystwie zawsze lepiej się pracuje - odparła kobieta, cały czas na niego nie patrząc.
- Zwłaszcza moim - powiedział cicho Doctor, lekko się śmiejąc i szybko się wycofał. Usłyszał za sobą śmiech kobiety, a sam uśmiechnął się do siebie. Wrócił szybkim krokiem do TARDIS. Wchodząc przywitał się z nią i poszedł zapukać do pokoju Amy. Dziewczyna szybko otworzyła i spojrzała zaskoczona na rozpromienioną twarz Doctora.
- Idziecie? Na zewnątrz dzieje się coś ciekawego i na dodatek nie zgadniesz kogo spotkałem!
- Kogo? - zapytała wciąż zdziwiona, ale już zaintrygowana ruda. Chyba domyślała się kim jest ta osoba. - Czyżby River? - dodała z uśmiechem.
- Oczywiście! To jak? Idziecie? - zapytał łapiąc ją za nadgarstek. Nie musiał czekać na odpowiedź, bo Amy wyskoczyła przez drzwi, a za nią wyszedł Rory, który spoglądał po ich twarzach.
- Em, kto to? - spytał, ale nie dostał odpowiedzi, bo Amy już ciągnęła go za sobą ku wyjściu. Doctor wybiegł za nimi i zamknął za sobą budkę. Poprowadził ich za sobą drogą, którą już raz przeszedł i widząc ją, uderzył River w ramię.
- Panno Song, oto Rory Williams - odparł szatyn, wskazując na mężczyznę, który wydawał się nie rozmieć całej sytuacji.
- Miło mi - wydusił tylko i spojrzał na wielki budynek.
- I jak? Są w środku? - wypytywał kobietę Doctor, wyraźnie podekscytowany.
- To coś wyczuwa kilku, ale trzeba to sprawdzić osobiście. Co ty na to? - zapytała kobieta i schowała urządzenie.
- A jak myślisz? - zawołał Doctor i ruszył ku wejściu, krokiem dziecka, które szło na ulubioną atrakcje w wesołym miasteczku. Amy zaśmiała się cicho i podeszła do River, żeby się przywitać.
- Jak się masz, Amy? Widzę, że masz nowego znajomego - powiedziała blondynka odwracając się do dziewczyny. - Opowiesz mi po drodze. Chodźmy szybko, lepiej nie zostawiać go samego - mówiąc to wskazała na Doctora, który właśnie oglądał dokładnie drzwi. Rudowłosa zaśmiała się znowu i szybkim krokiem podążała koło kobiety. Rory szybko je dogonił i przysłuchiwał się ich rozmowom. Kiedy byli dość blisko podszedł do szatyna, by go o coś zapytać.
- Kim ona jest?
- Naszą znajomą - odparł szybko mężczyzna, nie patrząc na rozmówcę.
- Aha. Dużo mi to mówi - zripostował Rory, ale nie liczył na dokładniejszą odpowiedź. W końcu Doctor uporał się z drzwiami i wszedł do środka. Za nim reszta.
- Mamy się tu spodziewać kogoś jeszcze? - zapytał, wyciągając z marynarki latarkę. Włączył ją i zobaczył przed sobą nieco zniszczone wnętrze budynku. Prawdopodobnie jakiegoś bunkra. Ruszył dalej, po czym odwrócił się do reszty, nie zwalniając kroku.
- Tak, całej ekipy, która przyleciała się tym zająć, ale są już na dachu - oznajmiła River. Doctor tylko pokiwał głową i wrócił do oglądania ścian wokół siebie.
- Ja się czujesz, Amy? No wiesz, po tamtym dniu - zapytała River, cicho dziewczynę, a ona uśmiechnęła się ciepło.
- Już wszystko dobrze, dzięki za troskę - odparła rudowłosa i spojrzała na Doctora poszerzając swój uśmiech. Przypomniał jej się dzień kiedy go pocałowała. W dziwny sposób ją to rozbawiło. Szli jeszcze dłuższą chwilę korytarzami, gdy Doctor zarządził udanie się na dach i zaczęli się wspinać po schodach, w których gdzieniegdzie były dziury, a gdzie indziej strasznie skrzypiały. Nagle, jakieś dwa piętra od dachu, zobaczyli tuż przed sobą pojedynczego Cybermana. Ruszył w ich stronę, a oni szybko zaczęli się wycofywać, z akompaniamentem pospieszających krzyków Doctora. Tymczasem on wyjął śrubokręt soniczny i wycelował go w kosmitę.
- Usuń nam się z drogi, inaczej zostaniesz zniszczony - zagroził, trzymając swoją 'broń' przed sobą. Stworzenie, ku wielkiemu zdziwieniu wszystkich, po prostu odeszło.
- Coś jest nie tak - szepnęła River, a wszyscy towarzysze ruszyli dalej. Już wspinali się po drabinie na dach, gdy nagle za nimi uniósł się krzyk Rory'ego. Amy pierwsza się odwróciła, a widząc narzeczonego ciągniętego przez Cybermana, chciała się zanim rzucić, ale doctor Song złapała ją mocno za ramiona i przytrzymała koło siebie, mimo błagań dziewczyny. Za to Doctor pobiegł w stronę kosmity, ale po dłuższym biegu i zgubieniu robota zatrzymał się i wycofał powoli.
- Co ty robisz?! Goń go! - krzyknęła Amy, ale szatyn już głaskał ją uspokajająco po dłoni.
- Spokojnie. On ma broń, ja tak na prawdę nie. Śrubokrętem nic mu nie zrobię. Rory'emu nic nie będzie, rozumiesz? Pewnie chcą mieć zakładnika. Nie dogoniłbym go teraz. Wybacz mi - powiedział cicho, nie przestając gładzić jej dłoni.
- Jak to robisz? - zapytała w końcu cicho, patrząc w lekko zdziwione oczy Doctora. - Jak mnie uspokajasz? Dlaczego nie panikuję? - dodała, nie spuszczając z niego wzroku, a on sam się uśmiechnął.
- To zawsze na ciebie działa - odparł Doctor bardzo cicho i uniósł wyżej jej rękę, żeby mogła ją zobaczyć. - Znajdziemy Rory'ego - obiecał w końcu i przepuszczając przed sobą dziewczynę, wszedł na dach. Kiedy tylko Amy wychyliła się na światło dzienne, ujrzała przed sobą dwójkę ludzi z bronią. Przełknęła ślinę, ale Doctor kazał jej wychodzić, a sam pokazał im psychiczny papier i wytłumaczył po co tu są. River wszyscy rozpoznali, więc od razu poszła do dowódcy. Po chwili dołączył do niej Doctor, a Amy ustała z boku i przysłuchiwała się uważnie ich rozmowom.
- Więc co się właściwie dzieje? - zapytał szatyn przeczesując włosy palcami.
- Już ci tłumaczyłam... - odparła kobieta, przewracając oczami.
- Ale dokładnie!
Odpowiedzi postanowił udzielić mu jeden z żołnierzy, bo River się do tego nie kwapiła.
- Dostaliśmy wiadomość, że spora ilość Cybermanów kieruje się w stronę tej planety. Musimy temu zaradzić...
- Po co? - głos zabrała Amy i spojrzała po twarzach zgromadzonych. - Przecież to nie Ziemia, prawda? Więc dlaczego oni nie mogą sobie jej po prostu wziąć?
- Jest rok 4561. Musimy szukać miejsc do osiedlenia się, bo na naszej planecie zaczyna brakować miejsca.
Ruda spojrzała na Doctora zdziwiona, ale od razu wycofała się w tył i wróciła do słuchania rozmowy. Dowiedziała się z niej między innymi, że mają niedaleko ukryty cały legion ludzi gotowych do walki oraz, że Cybermanów prawdopodobnie jest paręset. Po niedługim czasie zaczęło jej się nudzić, przyglądanie planowaniu strategii przez władce czasu i resztę, więc usiadła dalej, na uboczu i czekała, aż skończą. Myślała właśnie co się dzieje z jej narzeczonym, gdy nagle ujrzała przed sobą dość wysokiego bruneta, który ciepło się do niej uśmiechał.
- Mogę w czymś pomóc? Twój partner - wtedy wskazał na Doctora pogrążonego w opracowywaniu planu. - Jest chyba zajęty...
- To nie jest mój partner! - żachnęła się dziewczyna.
- Oh, przepraszam - powiedział mężczyzna lekko się czerwieniąc, ale wydawał się być nawet zadowolony z tego faktu. - Tak czy siak... Mogę w czymś pomóc? - zapytał jeszcze raz.
- Nie dziękuję - burknęła Amy i odwróciła się w drugą stronę. Nie miała ochoty na kolejne słabe podrywy, nawet jeśli ten osobnik był niczego sobie. Chciała z powrotem Rory'ego. Martwiła się.
- Może jednak? - nalegał owy osobnik i nawet próbował dotknąć jej dłoni, ale dziewczyna wyrwała ją tak gwałtownie, że sama sie tego nie spodziewała. Od dziś była zarezerwowana tylko dla Doctora. No, może jeszcze dla Rory'ego. Tylko wstała i podeszła do stołu, przy którym siedzieli wraz z Doctorem inni żołnierze.
- Niech ten generał zrobi coś ze swoimi rozpuszczonymi żołnierzami, bo na za wiele sobie pozwalają! - warknęła cicho do szatyna, tak żeby każdy wkoło to słyszał. Potem wróciła na skraj dachu i usiadła, na jakimś drewnianym pudle. Odruchowo odwróciła się i zobaczyła jak władca czasu wygarnia coś tamtemu brunetowi prosto w twarz. Uniosła lekko kącik ust i oparła głowę o jakąś ścianę. Patrzyła przed siebie, gdy nagle poczuła znajomą dłoń na ręce tylko dla niej przeznaczonej. Odwróciła się gwałtownie, by ujrzeć zatroskaną twarz Doctora.
- Przepraszam za niego - odparł cicho. - Mamy już zarys planu jak odbić twojego narzeczonego. - dodał i uśmiechnął się krzepiąco.
- Dziękuję ci - powiedziała cicho dziewczyna i objęła go za szyję. - Zawsze mi pomagasz. Zawsze, chociaż nie musisz.
Po chwili zastanowienia, szatyn odwzajemnił uścisk i poklepał ją po plecach.
- Staram się - dodał i powoli zaczął zawracać do swojego stołu.
- Tylko odnajdź go szybko - zawołała za nim Amy i uśmiechnęła się szerzej. - Chcę w końcu wziąć ślub!
Szatyn stanął w miejscu i spojrzał na nią zdziwiony, ale po chwili narzucił na twarz lekko wymuszony uśmiech i odkrzyknął:
- Spróbuję! - po czym wrócił do stołu, a Amy przejechała palcami po włosach, spojrzała na powolny zachód słońca i po chwili zasnęła, zmęczona po całym dniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz