wtorek, 2 lutego 2016

Rozdział 7

    Doctor stał przy panelu i spróbował się uśmiechnąć, myśląc, że teraz Amy jest bezpieczna, ale i tak czuł ból, spowodowany jej stratą. Próbował pocieszyć się odpalając TARDIS i słuchając wydawanych przez nią dźwięków. W końcu wziął w ręce pudło pełne strzykawek i zaczął po kolei skanować je za pomocą wehikułu. Większość była po prostu truciznami, ale niektóre powodowały tylko chwilowe zatrzymanie akcji życiowych. Szatyn obliczał jakie były szanse, że Rory mógł jednak przeżyć. Niewielkie - zwłaszcza, że pewnie płyny wymieszały się w jego krwi, a dochodził do tego jeszcze wybuch. Teoretycznie to było prawie niemożliwe, aby człowiek to wszystko przeżył. Jednak Władca Czasu wolał stawiać na praktykę. Wpisał szybko odpowiednie koordynaty i zaczął badać również chipy, które znalazł w Cybermanach. Jednak TARDIS nic nie potrafiła z nich na razie wyczytać. Potrzebowała więcej czasu, więc mężczyzna po prostu zostawił w niej urządzenia i wybiegł na zewnątrz. Planował odnaleźć Rory'ego. Żywego lub nie. Wbiegał po kolei na kolejne piętra. Zatrzymał się na tym, na którym wybuchła bomba. Spowolnił krok, bojąc się, że znajdzie się tu kolejna. Rozglądał się dookoła, zastanawiając gdzie prawdopodobnie mogło upaść ludzkie ciało. 
- Musi gdzieś tu być - mówił do siebie po cichu. Wtedy usłyszał za sobą odgłos robota i szybko się odwrócił. - Czego chcesz?! - krzyknął, ale ku jego zdziwieniu maska Cybermana zaczęła się otwierać, a w środku ujrzał twarz człowieka.
- Doctor? - zapytała lekko ochrypłym głosem.
- Rory?! Co ty robisz... w tym czymś?! - krzyknął szatyn i złapał go za mechaniczne ramiona.
- Ja... Nie mam pojęcia - odparł mężczyzna i rozejrzał się dookoła. - Co z Amy?
- Jest w domu. To... długa historia - wyjaśnił Doctor, widząc zdziwione oblicze Rory'ego. - No to wracajmy do TARDIS - dodał i poklepał go po ramieniu.
- A co z... tym - zapytał mężczyzna, pokazując na zbroje Cybermana.
- Wymyślę coś, a teraz chodź!
    Po niedługim czasie wrócili do machiny, a Doctor zaczął przeszukiwać różne pudła.
- Nie możesz po prostu zdjąć tego czegoś? - zapytał w końcu, nie mogąc znaleźć nic, co by mogło w tym pomóc.
- Gdybym mógł, to bym zdjął. Nie jestem, aż tak tępy! - burknął Rory i przewrócił oczami. Doctor spojrzał na niego, nie do końca pewny czy się z nim zgadza. Wziął swój śrubokręt i zbadał nim mężczyznę. Odczyty mówiły tylko to, co sam już zdążył zauważyć. Znowu poszedł do pudeł i wrócił z kawałkiem deski.
- Przygotuj się - powiedział i zamachnął się.
- Co?! - krzyknął Rory i odskoczył do tyłu.
- Masz racje - po tych słowach Władca Czasu odrzucił deskę na bok. - Spróbuję śrubokrętem - dodał i wrócił z takowym narzędziem. Mruknął coś o prymitywności ludzkich śrubokrętów i zaczął rozkręcać 'zbroję' mężczyzny. O dziwo udało mu się to.
- I tyle? - zdziwił się, oswobodzony mężczyzna, spoglądając na swoje ręce.
- Najwyraźniej... To dziwne - zastanawiał się Doctor i rzucił gdzieś niepotrzebny już śrubokręt. - Na pewno majstrowali coś przy twoim zdrowiu. Nie żyłeś przez jakiś czas...
- Słucham? - teraz Rory patrzył na szatyna szeroko otwartymi oczami, przerażony.
- Spokojnie, już żyjesz! Zjedz to - wtedy sięgnął po coś i rzucił mu to. Wyglądało jak ciastko. Mężczyzna po chwili wpatrywaniu się w nie, zjadł je. Poczuł odruch wymiotny, ale powstrzymał się od wyplucia go.
- Co to jest?! Smakuje jak...
- Nie chcesz wiedzieć - stwierdził Doctor klepiąc go po plecach. - Trzeba cię pokazać Amy. Teraz - póki jeszcze mnie nie nienawidzi... - dodał i wpisał odpowiednie koordynaty do panelu TARDIS, zadowolony, że będzie mógł zobaczyć ją ponownie. Sprawił, żeby maszyna trzęsła się, tak jak lubił i po chwili poczuł, że gładko wylądowali tam gdzie chcieli.
- Pokój Amy? - spytał Rory, wyglądając na zewnątrz. Rzeczywiście byli w pokoju dziewczyny, ale nigdzie jej nie było. Doctor wypchnął go na zewnątrz i pobiegł schodami na dół. Chciał znaleźć, albo ją, albo kogoś kto im pomoże ją znaleźć. Wybiegając z domu, zderzył się ze znajomym już listonoszem.
- O! Hej! Czek, jak ty miałeś na imię? - spytał, ale nie dał mu odpowiedzieć. - Nieważne. Wiesz gdzie jest Amy?
Listonosz patrzył zdziwiony na szatyna, ale po chwili wzruszył ramionami.
- Pewnie tam gdzie zwykle - w pracy - odparł.
- Kissogram? - spytał szybko Doctor, martwiąc się przez chwilę o bezpieczeństwo Rudej. Wtedy za nim pojawił się jej narzeczony, który też przywitał się z listonoszem.
- Nie, nie - sprostował szybko. - Teraz pracuje w kawiarni na rogu. Jest kelnerką.
- Cholera, ile się spóźniliśmy?! - warknął sam na siebie Doctor, uderzając się otwartą dłonią w czoło. Pobiegł ile sił miał w nogach do znajomej kawiarni. Za nim próbował go dogonić Rory. Obaj wlecieli przez drzwi do lokalu, zdyszani. Na drugim końcu zobaczyli obsługującą jakiegoś mężczyznę Amelie. Doctor rzucił się w jej stronę, łapiąc ją za ręce.
- Przepraszam! Na prawdę! Znowu się spóźniłem, ale odnalazłem twojego narzeczonego i jest cały i zdrowy! - tłumaczył się i dotknął dłonią jej policzka. - Nie chciałem cię zostawiać - wyznał po chwili i spuścił wzrok na podłogę. Dziewczyna stała zszokowana na mężczyznę, a potem za jego ramię, gdzie stał cały i zdrowy Rory. Uśmiechnęła się szeroko i rzuciła mu na szyję.
- Myślałam, że nie żyjesz! - krzyknęła, kierując na nich uwagę ludzi. Mężczyzna odwzajemnił uścisk i uniósł ją lekko nad ziemie.
- Em, ile się spóźniliśmy? - zapytał, wciąż speszony Doctor. Amy spojrzała na niego i uniosła kącik ust.
- Nie tak długo. Zaledwie dwa miesiące - powiedziała i przytuliła Doctora. Po chwili puściła go i dopiero teraz dała mu z liścia. - No, teraz jesteśmy kwita - odparła i uśmiechnęła się ciepło, co Doctor z chęcią odwzajemnił. Bał się, że ona będzie na niego bardziej zła.
- Cieszę się, że znów widzę jak się śmiejesz - wypalił, ale zdając sobie sprawę co powiedział zaczerwienił się i odwrócił w drugą stronę.
- Tylko mnie więcej nie zostawiaj, bo wtedy użyję nie tylko dłoni, ale i pięści... Albo dwóch - zagroziła mu żartobliwie dziewczyna i poczochrała mu ciemne włosy.
- To co? Bierzecie ślub, prawda? Co powiecie na... Las Vegas?! - zaproponował Doctor wyprowadzając ich na zewnątrz. Rory spojrzał niepewnie na swoją narzeczoną.
- Co na to powiesz, Pond? - zapytał niepewnie.
- Nie mam nic przeciwko - stwierdziła i pocałowała chłopaka. - Więc cichy ślub w Las Vegas?
- A kto powiedział, że cichy?! - zawołał Doctor, podekscytowany.
- A kogo mielibyśmy zaprosić? Nie mamy tam przecież rodziny.
- No to... Coś wymyślę. Sprowadzę ich TARDIS, czy coś - oznajmił szatyn - Ale mam kolejny świetny pomysł!
- Już nie mogę się doczekać, aż go nam opowiesz - oznajmiła Amy, uśmiechając się ciepło.
- Jedźmy tam autem!
Oboje jego towarzysze spojrzeli po sobie, niepewni.
- Ale... Po co? - zapytał Rory.
- No... Ludzie tak robią, co nie? Jak w tych filmach. W samochodzie bez dachu, włączają radio, śpiewają, rozmawiają... Będzie fajnie!
Ani dziewczyna, ani mężczyzna nie byli pewni czy tak fajnie będzie jechać przez całe Stany autem bez klimatyzacji, ale nie chcieli się sprzeczać. Już po chwili Amy z Doctorem czekali, aż Rory przyleci do pokoju Amy ze swoją walizką. Kiedy w końcu dotarł, Władca Czasu pobiegał chwilę przy panelu TARDIS i po niespełna pięciu minutach byli w USA. Narzeczeni wciąż nie potrafili się przyzwyczaić do tak prostego przemieszczania się po świecie.
- Jesteś coraz punktualniejszy, Doctorze - szepnęła mu do ucha Amy i zaśmiała się. Ten odwzajemnił ten gest i pobiegł gdzieś przed siebie, krzycząc coś, żeby poczekali.

***

- Nigdy nie mów Doctorowi, że staje się punktualny! - zawołała Rudowłosa sama do siebie, po pół godzinie czekania, a jakby na zawołanie przy nich pojawił się owy szatyn. Tylko, że z samochodem. Dużym, czerwonym, sportowym, z przyczepą i bez dachu. Mężczyzna wybiegł z niego, wleciał prędko do TARDIS i zaparkował nią na przyczepie. Rory od razu podbiegł do niego i zaczął oglądać karoserie. Wydał pełne zachwytu westchnienie i wrócił po walizki, ulokował je w bagażniku i wskoczył żwawo na tylne siedzenie. 
- Skąd ty go wytrzasnąłeś?! - zapytał usadawiając się wygodnie w fotelach. Doctor tylko uśmiechnął się sam do siebie i zatrąbił dla zabawy. 
- Zapraszamy na pokład, Pond - rzucił w stronę Amy, które chętnie zajęła miejsce z przodu koło Władcy Czasu... i radia. Była pod równie wielkim podziwem co jej narzeczony. Po chwili Doctor odpalił auto i ruszył przed siebie. 
- Umiesz kierować? - zapytał niepewnie Williams, opierając się o przednie fotele. 
- Oczywiście! To znaczy... To nie może być trudniejsze od kierowania wehikułem czasu! 
Wtedy wrzucił losowy bieg i przejechał kolejne parę metrów niezbyt prosto. Jechali przez chwilę w ciszy uliczkami miasta, aż dotarli na pobliską autostradę. 
- Więc... Co chcecie robić? - zapytał Doctor, nonszalancko wystawiając ramię za okno, co skutkowało zajechaniem drogi paru innym samochodom. Szatyn szybko wrócił do wcześniejszej pozycji, a jego towarzysze zaśmiali się wesoło. Nadal nie przestając się śmiać, Amy włączyła radio na pierwszym lepszym kanale. Leciała akurat jakaś szybka i wpadająca w ucho piosenka, której nazwy nikt nie potrafił zidentyfikować. Jednak miło się ją nuciło. Potem dopiero zaczęła się zabawa, bo usłyszeli klasyczne rockowe piosenki, które znał chyba każdy i zaczęli śpiewać je wspólnie, z akompaniamentem klaksonów, otaczających ich aut. Nie przeszkadzało im to śpiewać jeszcze głośniej. Nawet Doctor się dołączył, zwykle w połowach piosenek, kiedy w końcu opanowywał tekst. Tak to zwykle podrygiwał na siedzeniu kierowcy. Po dobrych paru godzinach jazdy, zaczęło się ściemniać. Śpiewy powoli cichły, aż w końcu Rory zasnął ze zwieszoną głową i co jakiś czas pochrapywał cicho. Amy w którymś momencie zdjęła buty, a teraz opierała się na opuszczonym nieco w dół fotelu i wpatrywała w gwiazdy.
- Nigdy nie sądziłam, że parogodzinna jazda autem może być tak przyjemna - stwierdziła, delektując się przyjemnym w tą porę roku wieczornym chodem. - Kocham lata. 
- Zależy z kim się jeździ. Ze mną zawsze jest fajnie - zażartował Doctor i obaj cicho się zaśmiali.
- Wiesz co? Nie żałuję, że cię spotkałam - szepnęła Amy, nie patrząc na niego, a na rozgwieżdżone niebo. 
- Miło to słyszeć - odparł Doctor. - Za niespełna godzinę będziemy na miejscu. W Las Vegas! - dodał uradowany. Amelia tylko lekko się uśmiechnęła i opuściła głowę na bok, tak że miała szatyna tuż przed sobą. Nieświadomie poczuła to samo ciepło w środku, co wtedy kiedy byli na wieży Eiffla w Paryżu. Od razu odsunęła od siebie to uczucie i spojrzała kątem oka na Rory'ego, który dalej smacznie spał. Więc pojutrze po południu bierze ślub. Dopiero teraz w pełni sobie to uświadomiła. Nawet nie zauważyła, kiedy przerwała te przemyślenia i po prostu zasnęła. Wydawało jej się, że minęła chwila, kiedy Doctor próbował ją przebudzić. Otworzyła powoli oczy. 
- Jesteśmy na miejscu. Sam też się tu trochę przespałem - odparł i ziewnął, przeciągając się. - Jest już ranek. Dziś się zabawimy, a jutro idziemy do kaplicy - po tych słowach wymusił uśmiech i szturchnął ją lekko pięścią. Ona tylko przytaknęła na wpół przytomnie i wyszła z auta, idąc obudzić Rory'ego. Doctor w tym czasie wyjął bagaże, a poten zaprowadził towarzyszy do pokoju, w którym mieli się zatrzymać. Sam Władca Czasu wziął sobie sąsiedni i ułożył w nim swoje rzeczy, których nie było za wiele. Wrócił do nich i żwawo zachęcał ich, żeby poszli razem z nim, ale po długich namowach zgodził się, żeby najpierw jeszcze się przespali. W końcu sen w samochodzie nie mógł być zbytnio wygodny. Także szatyn zostawił ich i sam postanowił pobiegać po klubach i pograć w karty. W końcu był Doctorem. Kasy mu akurat nie brakowało. Zawitał do pierwszego z brzegu kasyna, których było niemało w tym tętniącym życiem mieście. Wymienił pieniądze na żetony i jawnie zadowolony usiadł przy jednym ze stołów. Przywitał się i wyczekiwał na rozdanie kart. Sprawdził swoje i umiejętnie pokazując, że jest niezadowolony, zauważył, że ma już małego streeta. Wyłożył średnią ilość żetonów i czekał na ruch reszty. Będąc Władcą Czasu od razu zauważył kto jakie ma karty. Rzecz jasna wygrał tą kolejkę. Nie zawsze mu się udawało, ale teraz miał szczęście. Przy okazji gawędził sobie z resztą zebranych osób i chętnie opowiadał jak grał w pokera na Titanicu. Większość zebranych, albo sama już za dużo wypiła, albo stwierdzała, że to Doctor ma za sobą parę porządnych kolejek. Jednak ten nie zważał na to i kontynuował swoje wywody. Zdążył już się nieźle wzbogacić, kiedy usłyszał za sobą znajome głosy. Wstał od stołu, podziękował za partię i skierował się do usłyszanych ludzi.
- Jak się spało? - zapytał, z uśmiechem szeleszcząc sakiewką z żetonami.
- Wspaniale - odparła Amy, przeciągając się. - Mają naprawdę wygodne łóżka.
- Wiem, sam wybierałem hotel. Co z tobą, Rory? - wtedy szatyn przeniósł wzrok na mężczyznę.
- Nie wiem jak ja wytrzymam z nią w jednym łóżku przez kolejne parędziesiąt lat! Niezwykle się rozpycha - zażartował, ale pocałował dziewczynę w policzek. - I tak ją kocham - dodał, a Doctor wymusił uśmiech.
- Idziemy na karaoke? - zaproponowała Rudowłosa, przypominając sobie śpiewanie w samochodzie.
- Będzie zabawnie!
Obaj mężczyźni przytaknęli zgodnie i udali się do pobliskiego klubu, gdzie można było pośpiewać. Nikt nie zauważył, że tuż za nimi wyszedł jeden z gości kasyna, rozglądając się nieufnie na boki.
    Droga z jednego lokalu do drugiego zajęła im zaledwie parę minut. Usiedli przy barze i spojrzeli na scenę, na której właśnie występowała czwórka przyjaciół bardziej wygłupiając się, niż śpiewając. Wprawdzie nowo przybyli nie mieli w planach robić teraz czegokolwiek poważnie. Doctor zamówił po drinku i choć dość nieufnie, spróbował jednego. Uznając, że jest przyjemnie słodki, trochę się przekonał. Pod warunkiem, że miał mało alkoholu. Poczekali, aż kilka osób jeszcze coś pośpiewa, aż w końcu Amy pociągnęła Rory'ego na scenę, poprosiła o jakąś piosenkę Beatles'ów i zaczęła śpiewać. Wkrótce i Rory się przemógł. Tymczasem władca czasu próbował nie zacząć się śmiać z ich wygłupów na scenie. Przy kolejnej okazji dołączył do nich, drąc się z nimi przy rockowej i głośnej piosence. Wbiegali tak na scenę co jakiś czas, a pomiędzy występami żartowali, popijali drinki lub słuchali innych ludzi. Większość, tak samo jak oni wybierało jakieś głośne piosenki przy których można było się pośmiać. Rzadziej ktoś brał wolne utwory, ale zwykle zbierał za to brawa, również od trójki towarzyszy.
    Doctor akurat tańczył z obcymi ludźmi, gdy Amy i Rory zniknęli gdzieś w tłumie. Szatyn postanowił, że w tym czasie zamówi im po drinku. Stał przy barze, gdy nagle usłyszał jakieś zamieszanie, ale gdy się tam znalazł zdążył zobaczyć tylko, jak Amy soczyście uderza z liścia narzeczonego w prawy policzek. Usunął się w tył, nie chcąc się na razie mieszać. Wtedy zauważył mężczyznę, który uporczywie się w niego wpatrywał. Wydawał mu się podejrzany, ale starał się nie pokazywać mu, że go zobaczył. Udawał, że go nie widzi i czekał, aż Amy lub Rory wrócą do baru. W końcu doczekał się i zobaczył jak przez tłum w jego stronę przeciska się rozczochrana już nieco rudowłosa piękność. Uśmiechnął się do niej krzepiąco.
- Coś się stało? - zapytał i upił łyk swojego drinka.
- Pokłóciłam się z tym tępakiem - odparła Amy, tonem dającym jasno do zrozumienia, że nie chce więcej pytań. Wzięła drinka w dłonie i napiła się go trochę. Patrzyła się na blat, rozmyślając gorączkowo o słowach, które powiedział do niej jej przyszły mąż. Doctor umiejętnie wycofał się w tłum i poczuł niejasną chęć zrobienia czegoś. Odstawił byle gdzie swój kieliszek i wszedł na scenę. Podszedł do człowieka, który operował muzyką i poprosił o jakiś wolny i przyjemny kawałek. Skierował się do mikrofonu, nieco speszony i czekał, aż zobaczy tekst i usłyszy muzykę. Po chwili z głośników wydobyły się już pierwsze nuty piosenki Ed'a Sheeran'a, Photograph. Amy w tym czasie dalej wpatrywała się w barek, mieszając drinka słomką, gdy nagle usłyszała czysty i znajomy głos, który zaczynał pierwsze wersy jednej z jej ulubionych piosenek. Odwróciła się szybko i ujrzała Doctora, który z nieśmiałym uśmiechem wpatrywał się w nią ze sceny. Powoli przechodził do refrenu, kiedy dziewczyna nie mogła już powstrzymać uśmiechu, który pojawił się na jej twarzy. Patrzyła w jego stronę, znowu czując ciepło, którego tak często brakowało jej przy Rory'm. W pewnym momencie zaczęła się cicho śmiać, na myśl o wszystkich spędzonych razem z tym szaleńcem z budki chwilach. Kiedy skończył ostatnie wersy, wciąż patrząc w jej stronę, jakby upewniając się, że robi wszystko dobrze, dziewczyna wstała i zaczęła powoli iść w stronę sceny. Chciała go chociaż przytulić, podziękować. Tymczasem Doctor zastukał parę razy w mikrofon i spróbował coś powiedzieć, poprzez oklaski dobiegające z dołu.
- Em... Ta piosenka... To na pocieszenia. Mam nadzieję, że ci się podobało, Amy - powiedział mimowolnie lekko się rumieniąc. Już chciał schodzić ze sceny, gdy zauważył, że dziewczyna idzie w jego stronę. Poczuł te dziwne, ale przyjemne uczucie w brzuchu, patrząc na jej falujące i wspaniałe rude włosy, w kasztanowe oczy. Przełknął ślinę, myśląc przez chwilę, że zrobił coś źle, ale ona weszła powoli na scenę, wciąż patrząc mu w oczy. Podeszła bliżej. Najpierw chciała go po prostu przytulić, jednak w jednej chwili - kiedy stała tuż przed nim i jego ciemnymi włosami, tajemniczymi oczami - zmieniła zdanie. Bez ostrzeżenia dotknęła chłodnymi dłońmi jego szyi i przysunęła do niego, całując w usta - z pasją i namiętnie. Po krótkiej chwili dekoncentracji, Doctor złapał ją w talii, przysunął bliżej siebie i odwzajemnił pocałunek. Usłyszał pod sobą gromkie brawa, ludzi uradowanych ciekawą sytuacją. Nie umiał wyjaśnić dlaczego, ale pragnął mieć Amy blisko siebie jak nigdy dotąd. Tym razem nie odsunął jej od siebie. Może za dużo wypił? Nie obchodziło go to zresztą. Miał jej oczy, włosy i ją całą tuż przy sobie, Niczego innego nie pragnął.
Tymczasem tajemniczy mężczyzna wstał gwałtownie i wyszedł na świeże powietrze, mając już tyle informacji ile potrzebował.
__________________________________________________________
Wiem, że początek i problem z Rory'm tak średnio rozwiązałam, ale jakoś nie miałam na to lepszego pomysłu. Jednak postaram się to jakoś rozwinąć w przyszłych rozdziałach. Tymczasem do następnej notki, moi mili :)
PS. Dziękuję za wszelkie komentarze :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz