Przepraszam, że ostatnio tak długi zajmuje mi pisanie, ale dużo ostatnio roboty w szkole i poza nią :P Mam nadzieję, że mi to wybaczycie!
____________________________________________________________________________
Nie mieli żadnego planu. Doctor w sumie rzadko miewał jakiekolwiek plany. Postanowili się po prostu rozejrzeć. Widząc straże przy bramie, przebiegli schyleni do innej ściany. Władca Czasu poprosił Rory'ego, żeby go podsadził, żeby mógł zajrzeć do okna. Spojrzał w prawo i w lewo, a nie widząc nikogo, podciągnął się do środka. Wychylił się, żeby podać dłoń towarzyszowi. On też dostał się do wnętrza budynku. Był udekorowany bardzo ubogo. Gdzieniegdzie wisiały pojedyncze, zniszczone obrazy. To było w sumie wszystko. Ogólnie, panował tam półmrok, a wraz z zagłębianiem się wgłąb korytarzy robiło się coraz ciemniej. Doctor wyjął z marynarki swoją latarkę, która wyglądała bardziej jak miecz świetlny.
- Musimy uważać, bo skoro oni żyją w takich ciemnościach, widzą pewnie o wiele lepiej od nas - powiedział, a po chwili namysłu dodał: - albo są ślepe i mają lepsze wszystkie inne zmysły. W skrócie - znajdą nas szybciej niż my zdamy sobie sprawę, że ktoś tu jest.
Rory nic nie odpowiedział i tylko starał się nie wpaść na nic po drodze. Dzięki 'latarce' Doctora widzieli chociaż najbliższe trzy metry. Na szczęście korytarze były tak wąskie, że światło padało na obie ściany i widać było gdy zakręcały. Szli w ciszy przez dobre parędziesiąt minut, zanim usłyszeli ochrypłe głosy z ich lewej strony. Doctor schował swój 'miecz świetlny' i po omacku zaczął kierować się ku dźwiękom. Rory szedł tuż za nim i prawie na niego wpadł, kiedy ten się zatrzymał. Doctor przycisnął go ręką do ściany i uciszył. Tuż obok, zza zakrętem, ktoś gwałtownie się poruszył. Obaj mężczyźni wstrzymali oddechy, ale na szczęście było to zbędne, bo nikt ich nie usłyszał. Stworzenia wróciły do rozmowy, prowadzonej w jakimś dziwnym języku. Jako Władca Czasu, szatyn wszystko rozumiał, ale jego towarzysz nie miał pojęcia o co chodzi. Kiedy głosy ucichły, Doctor zaczął wyprowadzać Rory'ego jak najdalej, żeby wyjaśnić mu o czym rozmawiali. Gdy byli już dość daleko, zaczął:
- Ogólnie nie potrafię rozpoznać co to za gatunek - rozmawiają w dość uniwersalnym języku. W skrócie chcą podbić Ziemie.
- Czyli pewnie nic nowego? - zapytał Rory, nieco ironicznie.
- Dokładnie - stwierdził szatyn, jakby w ogóle nie wyczuł sarkazmu. - Potrzebują więcej ludzi, tylko, że nie mam pojęcia do czego. Wspominali też coś o jakiejś tajnej broni. Pewnie wszystko, co istotne, schowali wgłębi tych ruin. Trzeba się dowiedzieć co...
- Najpierw musimy znaleźć Amy - powiedział stanowczo mężczyzna i ruszył do przodu, po omacku, trzymając się ściany. Doctor poszedł za nim i wyciągnął swoje światło. Nie zajęło im dużo, aż usłyszeli jak ktoś porusza się szybko, kawałek przed nimi. Ukryli latarkę i przywarli do ściany, jak wcześniej, ale nie dało im to zbyt wiele. Mimo, że nic nie widzieli, to ktoś inny widział ich. Jedno ze stworzeń złapało Rory'ego za kurtkę, a drugie złapało Władcę Czasu pod szyją i uniósł nieco.
- N-Nie mamy złych z-zamiarów - mówił szybko, łapczywie łapiąc powietrze i próbując się utrzymać na wielkiej łapie stwora, żeby się nie udusić. Ten mruknął coś do drugiego i przerzucił Doctora przez ramię, powodując u niego lekki odruch wymiotny. Po odgłosach, zrozumiał, że Rory'ego spotkało to samo. Nieśli ich tak przez jakiś czas, a potem zrzucili dość brutalnie na ziemie. Obaj rozmasowali obolałe kości i próbowali się rozejrzeć, ale nic nie widzieli. W końcu Doctor po prostu zaryzykował i wyjął swój 'miecz'. Rozświetlił pomieszczenie i zobaczył skulonych w rogu ludzi, którzy skrzywili się pod wpływem światła. Pewnie nie było go tu od bardzo dawna. Było ich około dziesięciu, w tym mężczyźni, kobiety i dwójka dzieci. Poczuł wstręt do istot, które je tu zamknęły i przeczołgał się do nich.
- Witam, nazywam się Doctor - przedstawił się z niewielkim uśmieszkiem. - Przybyłem was uratować - dodał i poczochrał po włosach małego, paroletniego chłopca. Williams też powoli się przysunął i rozejrzał wokół.
- Co tu się dzieje? - zapytał cicho, coraz bardziej zaniepokojony. Władca Czasu myślał chwilę w ciszy, a potem wydusił jeszcze ciszej:
- J-ja nie wiem - zająknął się nieznacznie, ale zaraz wrócił mu jego zwyczajny wigor. - Ale się dowiem!
Po tym wstał, a raczej wskoczył do pozycji stojącej i zaczął przechadzać się po pokoju, oświetlając swoją latarką wszystkie zakamarki. Zero okien i tylko jedne, i to zamknięte, drzwi.
- Myśl, myśl, myśl - powtarzał sobie, ale w końcu usiadł koło ludzi. - Mogę zadać parę pytań?
Niektórzy dorośli nieco się wycofali, ale na przód wypełzła dziewczynka w wieku około trzynastu lat i usiadła przed Doctorem po turecku. Wyglądała na pewną i odważną, ale szatyn wiedział, że w środku bardzo się boi. Znał dzieci bardzo dobrze i były to dla niego fascynujące stworzenia. Nachylił się nieco do niej i uśmiechnął krzepiąco.
- Jak się nazywasz? - zapytał, a dziewczynka poruszyła się niespokojnie.
- Lydia - odparła cicho, ale pewnie. Doctor pomyślał, że jest bardzo podobna do Amy. Przynajmniej pod względem charakteru, bo mała miała bardzo długie ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Obie były pewne siebie i starały się być odważniejsze niż były na prawdę. Szatyn zaciął się na myśl o Rudej, ale szybko wrócił do płynnej rozmowy.
- Bardzo ładne imię - stwierdził, chcąc pokazać, że nie jest groźny. - Jak długo tu jesteście? - dodał bardziej poważnie, ale Lydia rozejrzała się po innych twarzach.
- Nikt tego nie wie - oznajmiła, a Doctor zdziwił się lekko.
- A co się tutaj dotąd działo?
- W sumie nic. Każdego ranka i wieczoru dostajemy jedzenie, ale w sumie nic nie widzimy - powiedziała ciemnowłosa. Władcy Czasu tyle wystarczało. Wstał pospiesznie i rozejrzał się jeszcze raz. Nagle przełknął ślinę i odwrócił się, zdając sobie z czegoś sprawę.
- Było tu więcej ludzi? - zapytał, myśląc gorączkowo, o tym jak mógł o tym zapomnieć.
- Nie, tylko my... Tak mi się wydaje - odparła jakaś kobieta z tyłu.
Doctor poczochrał swoje ciemne włosy i zaczął chodzić w kółko, zastanawiając się co mogli zrobić.
- Na pewno? Skupcie się! Miała wspaniałe rude włosy, kasztanowe oczy...
- My nic nie widzieliśmy, Doctorze - odezwała się niepewnie Lydia, nie rozumiejąc co się dzieje. Ten jeszcze bardziej się zdenerwował i pokręcił gwałtownie głową.
- Nie, nie, nie, coś tu nie gra! Dlaczego nie trzymają jej tutaj?! - powiedział sam do siebie, a Rory bardziej zainteresował się jego słowami.
- Co masz przez to na myśli? Ona może...
- Nie! Ona żyje - na pewno! Kontaktowała się ze mną tego wieczoru - odparł szybko Doctor i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że się wygadał. Westchnął, przeczuwając, że Williams się na niego wkurzy. Nie pomylił się zbytnio.
- Dlaczego nic nie mówiłeś?! Dlaczego mnie nie zawołałeś?! - warknął mężczyzna, a Władca Czasu próbował go uspokoić, ale nie szło mu to za dobrze.
- Daj pokój! Ważne, że wiemy, że jest cała i zdrowa!
Rory ucichł dopiero na te słowa i wycofał się do rogu pomieszczenia. Nagle odezwała się ciemnowłosa dziewczyna.
- Co się stało? - zapytała stanowczo, podnosząc się. Podeszła bliżej i dotknęła go jakby był najdelikatniejszą rzeczą na świecie. Doctor obejrzał się na nią i znowu zdał sobie sprawę, że dzieci widzą więcej. Widzą wnętrze człowieka (i nie tylko) świdrując go tymi swoimi przeszywającymi ślepiami. Uśmiechnął się nieznacznie i niewesoło.
- Straciłem kogoś bliskiego. Nawet bardzo bliskiego - odparł Doctor opierając głowę o ścianę. Rory podniósł na niego wzrok.
- To musisz go odzyskać - stwierdziła Lydia, jakby to była najbardziej oczywista rzeczna świecie. Szatyn spojrzał na nią uważnie.
- Oczywiście, zrobię to, ale...
- Ale co? - wypytywała dziewczyna, a Doctor nieco się speszył.
- Boli mnie fakt, że kiedyś mnie zostawi... Albo ja ją - dla jej dobra - zwierzył się, nie patrząc na nią.
- Jak to?
Szatyn nieco się podenerwował. Za dużo ciężkich pytań. Wyjął śrubokręt, zbadał wszystko wokół i zastanawiał się jak uciec, żeby nikt ich nie zobaczył. Bo z samym otwarciem zamka nie będzie problemu.
- Kochasz ją - spytała, szepcząc Lydia, a Doctor przełknął ślinę.
- Ale to nie tak.
- Właśnie, że tak. Daj spokój. Na razie i tak nie uciekniemy, bo nas zobaczą. Musisz wymyślić jakiś plan, a w tym czasie możemy porozmawiać. Umowa stoi? - zapytała dziewczyna, cały czas w pełni poważna. Władca Czasu zastanawiał się chwilę czy to dobry pomysł, ale przytaknął i uśmiechnął się lekko.
____________________________________________________________________________
Nie mieli żadnego planu. Doctor w sumie rzadko miewał jakiekolwiek plany. Postanowili się po prostu rozejrzeć. Widząc straże przy bramie, przebiegli schyleni do innej ściany. Władca Czasu poprosił Rory'ego, żeby go podsadził, żeby mógł zajrzeć do okna. Spojrzał w prawo i w lewo, a nie widząc nikogo, podciągnął się do środka. Wychylił się, żeby podać dłoń towarzyszowi. On też dostał się do wnętrza budynku. Był udekorowany bardzo ubogo. Gdzieniegdzie wisiały pojedyncze, zniszczone obrazy. To było w sumie wszystko. Ogólnie, panował tam półmrok, a wraz z zagłębianiem się wgłąb korytarzy robiło się coraz ciemniej. Doctor wyjął z marynarki swoją latarkę, która wyglądała bardziej jak miecz świetlny.
- Musimy uważać, bo skoro oni żyją w takich ciemnościach, widzą pewnie o wiele lepiej od nas - powiedział, a po chwili namysłu dodał: - albo są ślepe i mają lepsze wszystkie inne zmysły. W skrócie - znajdą nas szybciej niż my zdamy sobie sprawę, że ktoś tu jest.
Rory nic nie odpowiedział i tylko starał się nie wpaść na nic po drodze. Dzięki 'latarce' Doctora widzieli chociaż najbliższe trzy metry. Na szczęście korytarze były tak wąskie, że światło padało na obie ściany i widać było gdy zakręcały. Szli w ciszy przez dobre parędziesiąt minut, zanim usłyszeli ochrypłe głosy z ich lewej strony. Doctor schował swój 'miecz świetlny' i po omacku zaczął kierować się ku dźwiękom. Rory szedł tuż za nim i prawie na niego wpadł, kiedy ten się zatrzymał. Doctor przycisnął go ręką do ściany i uciszył. Tuż obok, zza zakrętem, ktoś gwałtownie się poruszył. Obaj mężczyźni wstrzymali oddechy, ale na szczęście było to zbędne, bo nikt ich nie usłyszał. Stworzenia wróciły do rozmowy, prowadzonej w jakimś dziwnym języku. Jako Władca Czasu, szatyn wszystko rozumiał, ale jego towarzysz nie miał pojęcia o co chodzi. Kiedy głosy ucichły, Doctor zaczął wyprowadzać Rory'ego jak najdalej, żeby wyjaśnić mu o czym rozmawiali. Gdy byli już dość daleko, zaczął:
- Ogólnie nie potrafię rozpoznać co to za gatunek - rozmawiają w dość uniwersalnym języku. W skrócie chcą podbić Ziemie.
- Czyli pewnie nic nowego? - zapytał Rory, nieco ironicznie.
- Dokładnie - stwierdził szatyn, jakby w ogóle nie wyczuł sarkazmu. - Potrzebują więcej ludzi, tylko, że nie mam pojęcia do czego. Wspominali też coś o jakiejś tajnej broni. Pewnie wszystko, co istotne, schowali wgłębi tych ruin. Trzeba się dowiedzieć co...
- Najpierw musimy znaleźć Amy - powiedział stanowczo mężczyzna i ruszył do przodu, po omacku, trzymając się ściany. Doctor poszedł za nim i wyciągnął swoje światło. Nie zajęło im dużo, aż usłyszeli jak ktoś porusza się szybko, kawałek przed nimi. Ukryli latarkę i przywarli do ściany, jak wcześniej, ale nie dało im to zbyt wiele. Mimo, że nic nie widzieli, to ktoś inny widział ich. Jedno ze stworzeń złapało Rory'ego za kurtkę, a drugie złapało Władcę Czasu pod szyją i uniósł nieco.
- N-Nie mamy złych z-zamiarów - mówił szybko, łapczywie łapiąc powietrze i próbując się utrzymać na wielkiej łapie stwora, żeby się nie udusić. Ten mruknął coś do drugiego i przerzucił Doctora przez ramię, powodując u niego lekki odruch wymiotny. Po odgłosach, zrozumiał, że Rory'ego spotkało to samo. Nieśli ich tak przez jakiś czas, a potem zrzucili dość brutalnie na ziemie. Obaj rozmasowali obolałe kości i próbowali się rozejrzeć, ale nic nie widzieli. W końcu Doctor po prostu zaryzykował i wyjął swój 'miecz'. Rozświetlił pomieszczenie i zobaczył skulonych w rogu ludzi, którzy skrzywili się pod wpływem światła. Pewnie nie było go tu od bardzo dawna. Było ich około dziesięciu, w tym mężczyźni, kobiety i dwójka dzieci. Poczuł wstręt do istot, które je tu zamknęły i przeczołgał się do nich.
- Witam, nazywam się Doctor - przedstawił się z niewielkim uśmieszkiem. - Przybyłem was uratować - dodał i poczochrał po włosach małego, paroletniego chłopca. Williams też powoli się przysunął i rozejrzał wokół.
- Co tu się dzieje? - zapytał cicho, coraz bardziej zaniepokojony. Władca Czasu myślał chwilę w ciszy, a potem wydusił jeszcze ciszej:
- J-ja nie wiem - zająknął się nieznacznie, ale zaraz wrócił mu jego zwyczajny wigor. - Ale się dowiem!
Po tym wstał, a raczej wskoczył do pozycji stojącej i zaczął przechadzać się po pokoju, oświetlając swoją latarką wszystkie zakamarki. Zero okien i tylko jedne, i to zamknięte, drzwi.
- Myśl, myśl, myśl - powtarzał sobie, ale w końcu usiadł koło ludzi. - Mogę zadać parę pytań?
Niektórzy dorośli nieco się wycofali, ale na przód wypełzła dziewczynka w wieku około trzynastu lat i usiadła przed Doctorem po turecku. Wyglądała na pewną i odważną, ale szatyn wiedział, że w środku bardzo się boi. Znał dzieci bardzo dobrze i były to dla niego fascynujące stworzenia. Nachylił się nieco do niej i uśmiechnął krzepiąco.
- Jak się nazywasz? - zapytał, a dziewczynka poruszyła się niespokojnie.
- Lydia - odparła cicho, ale pewnie. Doctor pomyślał, że jest bardzo podobna do Amy. Przynajmniej pod względem charakteru, bo mała miała bardzo długie ciemnobrązowe włosy i zielone oczy. Obie były pewne siebie i starały się być odważniejsze niż były na prawdę. Szatyn zaciął się na myśl o Rudej, ale szybko wrócił do płynnej rozmowy.
- Bardzo ładne imię - stwierdził, chcąc pokazać, że nie jest groźny. - Jak długo tu jesteście? - dodał bardziej poważnie, ale Lydia rozejrzała się po innych twarzach.
- Nikt tego nie wie - oznajmiła, a Doctor zdziwił się lekko.
- A co się tutaj dotąd działo?
- W sumie nic. Każdego ranka i wieczoru dostajemy jedzenie, ale w sumie nic nie widzimy - powiedziała ciemnowłosa. Władcy Czasu tyle wystarczało. Wstał pospiesznie i rozejrzał się jeszcze raz. Nagle przełknął ślinę i odwrócił się, zdając sobie z czegoś sprawę.
- Było tu więcej ludzi? - zapytał, myśląc gorączkowo, o tym jak mógł o tym zapomnieć.
- Nie, tylko my... Tak mi się wydaje - odparła jakaś kobieta z tyłu.
Doctor poczochrał swoje ciemne włosy i zaczął chodzić w kółko, zastanawiając się co mogli zrobić.
- Na pewno? Skupcie się! Miała wspaniałe rude włosy, kasztanowe oczy...
- My nic nie widzieliśmy, Doctorze - odezwała się niepewnie Lydia, nie rozumiejąc co się dzieje. Ten jeszcze bardziej się zdenerwował i pokręcił gwałtownie głową.
- Nie, nie, nie, coś tu nie gra! Dlaczego nie trzymają jej tutaj?! - powiedział sam do siebie, a Rory bardziej zainteresował się jego słowami.
- Co masz przez to na myśli? Ona może...
- Nie! Ona żyje - na pewno! Kontaktowała się ze mną tego wieczoru - odparł szybko Doctor i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że się wygadał. Westchnął, przeczuwając, że Williams się na niego wkurzy. Nie pomylił się zbytnio.
- Dlaczego nic nie mówiłeś?! Dlaczego mnie nie zawołałeś?! - warknął mężczyzna, a Władca Czasu próbował go uspokoić, ale nie szło mu to za dobrze.
- Daj pokój! Ważne, że wiemy, że jest cała i zdrowa!
Rory ucichł dopiero na te słowa i wycofał się do rogu pomieszczenia. Nagle odezwała się ciemnowłosa dziewczyna.
- Co się stało? - zapytała stanowczo, podnosząc się. Podeszła bliżej i dotknęła go jakby był najdelikatniejszą rzeczą na świecie. Doctor obejrzał się na nią i znowu zdał sobie sprawę, że dzieci widzą więcej. Widzą wnętrze człowieka (i nie tylko) świdrując go tymi swoimi przeszywającymi ślepiami. Uśmiechnął się nieznacznie i niewesoło.
- Straciłem kogoś bliskiego. Nawet bardzo bliskiego - odparł Doctor opierając głowę o ścianę. Rory podniósł na niego wzrok.
- To musisz go odzyskać - stwierdziła Lydia, jakby to była najbardziej oczywista rzeczna świecie. Szatyn spojrzał na nią uważnie.
- Oczywiście, zrobię to, ale...
- Ale co? - wypytywała dziewczyna, a Doctor nieco się speszył.
- Boli mnie fakt, że kiedyś mnie zostawi... Albo ja ją - dla jej dobra - zwierzył się, nie patrząc na nią.
- Jak to?
Szatyn nieco się podenerwował. Za dużo ciężkich pytań. Wyjął śrubokręt, zbadał wszystko wokół i zastanawiał się jak uciec, żeby nikt ich nie zobaczył. Bo z samym otwarciem zamka nie będzie problemu.
- Kochasz ją - spytała, szepcząc Lydia, a Doctor przełknął ślinę.
- Ale to nie tak.
- Właśnie, że tak. Daj spokój. Na razie i tak nie uciekniemy, bo nas zobaczą. Musisz wymyślić jakiś plan, a w tym czasie możemy porozmawiać. Umowa stoi? - zapytała dziewczyna, cały czas w pełni poważna. Władca Czasu zastanawiał się chwilę czy to dobry pomysł, ale przytaknął i uśmiechnął się lekko.
***
Tymczasem Amy straciła już rachubę - kiedy był dzień, kiedy wieczór i ile dni już tam była. Czuła się nieswojo. Dostawała jedzenie, mogła się co jakiś czas umyć, ale to wcale nie poprawiało sytuacji - nic nie widziała, a jedyne co słyszała, to przychodzące do niej od czasu do czasu stwory. Zauważyła, a raczej wyczuła kiedyś dłońmi, że zostawiały za sobą ten sam śluz, co ten który ostatnio pozostał na jej ręce. Nie miał zapachu, a smaku wolała nie sprawdzać. Wszystko działo się spokojnie i rutynowo, dopóki komunikator nie wypadł jej z ręki po ostatnim kontakcie z Doctorem. Nie mogła go znaleźć, ale za to stworzenie nie miało z tym większych problemów i wyraźnie się na nią wkurzyło. Krzyczało coś do swoich kompanów, a po tym jak Amy zaczęła do niego krzyczeć, by jej to oddał, ten w końcu ją uderzyło. Jęknęła cicho, a on z resztą wyszedł z pomieszczenia. Nie lubiła bezsilności. Chciała działać, uwolnić się. W końcu była Amelią Pond! Nie mogła tak po prostu się poddać. Zwłaszcza teraz - kiedy straciła jakikolwiek kontakt z Doctorem. Nie wiadomo, który już raz próbowała wyswobodzić dłoń z uwięzi. Wtedy wpadła na pomysł. Wzięła trochę śluzu i spróbowała użyć go niczym masła w hollywoodzkich filmach, żeby ręka sama jej się wyślizgnęła. O dziwo udało jej się. Tylko, że nie wiedziała co dalej. Wstała powoli i bezskutecznie się rozejrzała. Ruszyła niepewnie przed siebie z wyciągniętymi rękoma. Kiedy wyczuła przed sobą ścianę, zaczęła się poruszać wzdłuż niej, aż doszła do jakiegoś przejścia i wkroczyła w jeden z wielu tuneli. Dotknęła dłońmi obu ścian, po jej bokach i szła przed siebie, licząc na trochę światła.
***
- Więc co chcesz o mnie wiedzieć? - spytał Doctor siadając koło młodej dziewczyny.
- Wszystko - oznajmiła mu, uśmiechając się szelmowsko. - Może zacznij od tego kim jesteś.
Ten zastanawiał się chwilę, ale odpowiedział zgodnie z prawdą:
- Kosmitą, a dokładniej Władcą Czasu z odległej planety, która już nie istnieje - jestem ostatni.
Lydia zamilkła na chwilę i wskazała głową na Rory'ego:
- A ten to kto? - spytała mrużąc lekko oczy.
- Mąż owej bliskiej mi osoby - Doctor ze zdziwieniem zauważył, że był nieco za oschły. Dziewczynka wydała cichy, ale długi jęk i spojrzała na niego wzrokiem mówiącym "Masz facet przerąbane". Szatyn spojrzał na nią pytająco, a gdy zdał sobie sprawę o co jej chodziło, mimo sprzeciwu wszystkich jego wewnętrznych narządów, odparł stanowczo:
- Nie, nie kocham jej! Ma męża, szczęśliwe życie. Nie mógłbym jej tego zepsuć. Po prostu... Bardzo mi na niej zależy i ma bardzo ładne włosy - mimowolnie przełknął ślinę na ich wspomnienie.
- Czego nie przyznasz tego sam przed sobą? Powiedz to głośno - tak jest łatwiej.
- Przypominam, że Rory tu siedzi.
Na te słowa mężczyzna wstał i podszedł do nich.
- Co ja? - zapytał i spojrzał po ich twarzach.
- Idziemy ratować Amy. I wszystkich tu obecnych - powiedział Doctor i wstał gwałtownie, wyrównując się z Williamsem. Spojrzał mu w oczy, z nieświadomą wrogością i zamrugał parę razy, żeby się jej pozbyć. Podbiegł do drzwi i otworzył je. - Najwyżej sparaliżuję je śrubokrętem - dodał i krzycząc 'geronimo' kopnął drzwi najmocniej jak umiał. One odleciały do tyłu, a za nimi nikogo nie ujrzeli.
- Rory... - zaczął Doctor, staranie dobierając słowa. - Musisz zaprowadzić tych ludzi do wyjścia.
- A ty? - spytał podejrzliwie mężczyzna.
- Muszę uratować Amy - stwierdził szatyn, wciskając swojemu towarzyszowi latarkę do ręki. - Tobie bardziej się przyda.
- Chyba nie myślisz, że tak ją...
- Ktoś musi pomóc tym ludziom, a ja poradzę sobie lepiej jeśli natknę się na te stworzenia. Idźcie już! - popchnął go do przodu niecierpliwie, a sam zaczął podążać wgłąb korytarzy. Kiedy poczuł jak bardzo się denerwuje, zrozumiał jak bardzo mu na niej zależy. Stała się częścią niego jak wiele poprzednich jego towarzyszy, ale... To było coś magicznego. To uczucie było nawet silniejsze od tego, które czuł do Rose. Zamknął oczy, mimo i tak otaczającej go ciemności. Starał się wysilić wszystkie inne zmysły, gdy nagle poczuł, że coś w niego uderzyło. Odsunął się gwałtownie, ale nie wyczuwając, by to coś się do niego zbliżało, sam to zrobił. Wyciągnął rękę i poczuł ludzką dłoń. Złapał ją mocniej i wyciągnął drugą dłoń, żeby złapać mocniej kogoś kto próbował mu się wyrwać.
- Amy, to ty? - zapytał, starając się odnaleźć jej twarz w ciemności.
- Doctor?
Ten przytulił ją do siebie, pozwalając spokojnie spłynąć paru niesfornym łzom po policzku. Nie mógł jej zobaczyć, ale przejechał łagodnie palcami po jej ramieniu i w ten sposób odnalazł jej policzek.
- Nic ci nie jest? - dodał szeptem, przybliżając się, w nieudanej próbie zobaczenia jakichś szczegółów jej twarzy.
- Wydaję mi się, że nie - odpowiedziała dziewczyna, łapiąc się kurczowo za marynarkę Doctora. - Ale mnie tu już nie zostawiaj!
- Nigdy - odparł Doctor i uśmiechnął się. W końcu miał ją bezpieczną przy sobie. Zaśmiał się cicho i zaczął się powoli cofać korytarzem, łapiąc ją mocno za rękę.
- To jak uciekłaś? - spytał bardzo cicho, przysuwając się do niej, ale wciąż idąc do przodu.
- No, po prostu wyswobodziłam się i wyszłam - powiedziała jeszcze ciszej Amy. Doctor pokiwał tylko głową i trzymając się ściany szedł przed siebie. Nagle usłyszał przed sobą znajomy krzyk. Rozpoznał, że to Lydia i rzucił się do przodu, wciąż trzymając Amy za rękę. Uderzył w coś po drodze głową i zatoczył się do tyłu, na dziewczynę, która go podtrzymała. Wtedy coś innego pociągnęło ją do tyłu, a szatyn upadł na ziemie. Słyszał jak rudowłosa próbowała się wyrwać. Poruszył się niespokojnie, próbując zrozumieć co się dzieje.
- Ah, Doctor, chyba nie myślałeś, że damy ci ją zabrać - stwierdził jakiś głos przed nim, któremu towarzyszyły pospieszne kroki.
- Przy mnie jakoś nie paliłeś się do tego, by powiedzieć coś po ludzku - warknęła Amelia, a trzymający ją stwór złapał ją mocniej.
- Skąd wiesz jak mnie zwą? - spytał Władca Czasu, podnosząc się niezdarnie.
- Dużo o tobie słyszałem, wiesz? Na przykład, że dopuściłeś, by twój gatunek wymarł, albo, że lubisz narażać życie swoich towarzyszy - szepnął mu głos do ucha, a on poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odsunął się szybko, oddychając szybko.
- Czego chcecie? Kim jesteście? - Doctor starał się mówić bardzo spokojnie, ale osobnik przed nim tylko się zaśmiał.
- Oh, Doctorze - dowiesz się w swoim czasie - po tych słowach było słychać tylko cichy klik i nagle wokół nich zabłysły wszelakie pochodnie i wtedy było widać cokolwiek. Doctor spojrzał na Amy - była wymęczona, ale jak zwykle waleczna, z tym swoim błyskiem w oku. Potem rozejrzał się uważnie dookoła, kiedy zobaczył jak Lydia nieprzytomnie spoczywa w ramionach jakiegoś stwora. Wyglądał jak wielki byk, stojący na tylnych nogach. Wokół były jeszcze trzy takie stwory - jeden trzymał jego ukochaną, a drugi stał za mówcą. Ten był dość wychudzonym, człekopodobnym stworem. Do ramion miał przyczepione swego rodzaju błony, a na głowie żadnych włosów, a za to dość wysoko postawione, nietoperze uszy. Wyglądał jak hybryda nietoperza, ryby i człowieka. Ciężko to opisać. Szatyn chciał coś powiedzieć, wykrzyczeć, ale nie zdążył.
- Pozwól, że weźmiemy cię ze sobą - odparł nietoperz, a jeden z byków uderzył go mocno w głowę, pozbawiając go przytomności.
_______________________________________________________________________
Jeszcze raz przepraszam, że to tyle trwało, ale miałam mało czasu w tym tygodniu. Kolejne rozdziały powinny pojawiać się trochę szybciej, ale najdłużej mogą mi zająć tydzień. Mam nadzieję, że się podobało i, że nadal ktoś to czyta :P
- A ty? - spytał podejrzliwie mężczyzna.
- Muszę uratować Amy - stwierdził szatyn, wciskając swojemu towarzyszowi latarkę do ręki. - Tobie bardziej się przyda.
- Chyba nie myślisz, że tak ją...
- Ktoś musi pomóc tym ludziom, a ja poradzę sobie lepiej jeśli natknę się na te stworzenia. Idźcie już! - popchnął go do przodu niecierpliwie, a sam zaczął podążać wgłąb korytarzy. Kiedy poczuł jak bardzo się denerwuje, zrozumiał jak bardzo mu na niej zależy. Stała się częścią niego jak wiele poprzednich jego towarzyszy, ale... To było coś magicznego. To uczucie było nawet silniejsze od tego, które czuł do Rose. Zamknął oczy, mimo i tak otaczającej go ciemności. Starał się wysilić wszystkie inne zmysły, gdy nagle poczuł, że coś w niego uderzyło. Odsunął się gwałtownie, ale nie wyczuwając, by to coś się do niego zbliżało, sam to zrobił. Wyciągnął rękę i poczuł ludzką dłoń. Złapał ją mocniej i wyciągnął drugą dłoń, żeby złapać mocniej kogoś kto próbował mu się wyrwać.
- Amy, to ty? - zapytał, starając się odnaleźć jej twarz w ciemności.
- Doctor?
Ten przytulił ją do siebie, pozwalając spokojnie spłynąć paru niesfornym łzom po policzku. Nie mógł jej zobaczyć, ale przejechał łagodnie palcami po jej ramieniu i w ten sposób odnalazł jej policzek.
- Nic ci nie jest? - dodał szeptem, przybliżając się, w nieudanej próbie zobaczenia jakichś szczegółów jej twarzy.
- Wydaję mi się, że nie - odpowiedziała dziewczyna, łapiąc się kurczowo za marynarkę Doctora. - Ale mnie tu już nie zostawiaj!
- Nigdy - odparł Doctor i uśmiechnął się. W końcu miał ją bezpieczną przy sobie. Zaśmiał się cicho i zaczął się powoli cofać korytarzem, łapiąc ją mocno za rękę.
- To jak uciekłaś? - spytał bardzo cicho, przysuwając się do niej, ale wciąż idąc do przodu.
- No, po prostu wyswobodziłam się i wyszłam - powiedziała jeszcze ciszej Amy. Doctor pokiwał tylko głową i trzymając się ściany szedł przed siebie. Nagle usłyszał przed sobą znajomy krzyk. Rozpoznał, że to Lydia i rzucił się do przodu, wciąż trzymając Amy za rękę. Uderzył w coś po drodze głową i zatoczył się do tyłu, na dziewczynę, która go podtrzymała. Wtedy coś innego pociągnęło ją do tyłu, a szatyn upadł na ziemie. Słyszał jak rudowłosa próbowała się wyrwać. Poruszył się niespokojnie, próbując zrozumieć co się dzieje.
- Ah, Doctor, chyba nie myślałeś, że damy ci ją zabrać - stwierdził jakiś głos przed nim, któremu towarzyszyły pospieszne kroki.
- Przy mnie jakoś nie paliłeś się do tego, by powiedzieć coś po ludzku - warknęła Amelia, a trzymający ją stwór złapał ją mocniej.
- Skąd wiesz jak mnie zwą? - spytał Władca Czasu, podnosząc się niezdarnie.
- Dużo o tobie słyszałem, wiesz? Na przykład, że dopuściłeś, by twój gatunek wymarł, albo, że lubisz narażać życie swoich towarzyszy - szepnął mu głos do ucha, a on poczuł dłoń na swoim ramieniu. Odsunął się szybko, oddychając szybko.
- Czego chcecie? Kim jesteście? - Doctor starał się mówić bardzo spokojnie, ale osobnik przed nim tylko się zaśmiał.
- Oh, Doctorze - dowiesz się w swoim czasie - po tych słowach było słychać tylko cichy klik i nagle wokół nich zabłysły wszelakie pochodnie i wtedy było widać cokolwiek. Doctor spojrzał na Amy - była wymęczona, ale jak zwykle waleczna, z tym swoim błyskiem w oku. Potem rozejrzał się uważnie dookoła, kiedy zobaczył jak Lydia nieprzytomnie spoczywa w ramionach jakiegoś stwora. Wyglądał jak wielki byk, stojący na tylnych nogach. Wokół były jeszcze trzy takie stwory - jeden trzymał jego ukochaną, a drugi stał za mówcą. Ten był dość wychudzonym, człekopodobnym stworem. Do ramion miał przyczepione swego rodzaju błony, a na głowie żadnych włosów, a za to dość wysoko postawione, nietoperze uszy. Wyglądał jak hybryda nietoperza, ryby i człowieka. Ciężko to opisać. Szatyn chciał coś powiedzieć, wykrzyczeć, ale nie zdążył.
- Pozwól, że weźmiemy cię ze sobą - odparł nietoperz, a jeden z byków uderzył go mocno w głowę, pozbawiając go przytomności.
_______________________________________________________________________
Jeszcze raz przepraszam, że to tyle trwało, ale miałam mało czasu w tym tygodniu. Kolejne rozdziały powinny pojawiać się trochę szybciej, ale najdłużej mogą mi zająć tydzień. Mam nadzieję, że się podobało i, że nadal ktoś to czyta :P
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz