niedziela, 7 lutego 2016

Rozdział 8

    Więc dziś miała wyjść za mąż. Amy rozmyślała nad wszystkim co się wczoraj wydarzyło. Późnym rankiem Rory przyszedł ją przeprosić. Nie miał za co - miał wtedy racje. Powodem ich kłótni było nic innego, jak zazdrość mężczyzny o Doctora. Zamknęła oczy na wspomnienie ust szatyna. Przełknęła szybko ślinę i spojrzała w lustro. Miała na sobie swoją suknię ślubną, na którą co rano spoglądała z utęsknieniem. Przynajmniej dopóki nie pojawił się ten tajemniczy kosmita, który całkiem zmienił jej życie. Nagle usłyszała za sobą pukanie do drzwi. Ujrzała w nich owego obcego, który spoglądał na nią, próbując ukryć jak bardzo go to boli. 
- Przepraszam za wczoraj - wypalił szybko i przejechał palcami po włosach. - Powinienem się odsunąć, powinienem cię powstrzymać już na scenie - dodał, zwalając wszystko na swoje barki. Jednak dziewczyna już kręciła głową. 
- To moja wina. Za dużo wypiłam - tłumaczyła się i wpuściła mężczyznę do pokoju. Stali chwilę w ciszy, przypominając sobie wszystkie odczucia, z poprzedniego wieczoru. - Poprowadzisz mnie do ołtarza, prawda? - zapytała Amelia, spoglądając na niego niepewnie. 
- Oczywiście. Jeśli tylko chcesz - rzucił Doctor i starał się szczerze uśmiechnąć. Zastanawiał się wtedy dlaczego zakochał się w ludzkiej dziewczynie, która na dodatek miała narzeczonego. Może za jej piękne, piekielnie rude włosy? Może za jej pewność siebie i siłę, jaką skrywała pod tym nieśmiałym uśmiechem i wielkimi oczami? Jakkolwiek by się nie starał, nie mógł odgonić tych myśli. Na dodatek, wciąż czuł jej chłodne ręce na swojej szyi i ciepły oddech, tak blisko swojej twarzy. Miał ochotę krzyczeć, żeby nie wychodziła za mąż, ale umiejętnie próbował się opanować i pogodzić z tym co było od początku nieuniknione. Dotknął jej dłoni i uśmiechnął się ciepło.
- Na prawdę, żeby mnie uspokoić wystarcza twoja dłoń? - zapytała, patrząc na swoją rękę.
- Szczerze? - zaczął Doctor, mieszając się lekko. - To tylko taka maść uspokajająca - odparł, powodując wybuch śmiechu u Rudowłosej.
- Nagle cały twój romantyzm prysł - zażartował, dając mu pstryczka w nos. Szatyn również zaczął się śmiać.
- Muszę się przebrać, więc widzimy się przed kościołem. Sprowadzę wasze rodziny - powiedział i zatrzymał się na progu, rzucając ostatnie spojrzenie na roześmiane oblicze dziewczyny. Opuścił pokój i zostawił ją samą.
    Tymczasem ona wciąż biła się z myślami. Czy tak powinna się czuć przed własnym ślubem? Zamknęła oczy i próbowała sobie przypomnieć wszystkie miłe chwile spędzone z Rory'm, żeby utwierdzić się w podjętej decyzji. Było ich wiele, więc nie miała z tym większych problemów, ale jej wątpliwości do końca nie zniknęły. Dopiero gdy do pokoju ktoś zapukał i ujrzała w drzwiach swoją ciocię, uśmiechnęła się i starała odgonić myśli. Podeszła i przytuliła swoją wieloletnią opiekunkę, która od razu zasypała ją pytaniami, gratulacjami i wyrazami szczęścia, jakie ją rozpiera. Amy wysłuchiwała pouczań i przestróg cierpliwie, nie przerywając cioci nawet słowem. Dopiero kiedy nadszedł ten moment, kiedy miała wyjechać do kościoła, emocje wróciły. Zobaczyła Rory'ego ubranego w elegancki garnitur i z ułożonymi porządnie włosami. Był niezwykle szczęśliwy. Coś zakuło dziewczynę w środku. Co ona zrobiła? Przecież on ją kochał, a ona przez wiele lat odwzajemniała jego uczucie. Co się między nimi zmieniło? Podeszła do niego, a on wydał z siebie krótkie westchnienie zachwytu. Uśmiechnął się i pocałował ją w policzek, a potem jeszcze w usta. Dziewczyna także się uśmiechnęła i łapiąc go za rękę wyszli z budynku, do samochodu. W sumie limuzyny.
- Skąd Doctor bierze na to wszystko pieniądze? - zapytał Rory, a Amy spojrzała na niego uważnie. Wydawał się pytać poważnie, co nie za bardzo spodobało się Rudej.
- Sugerujesz coś? - odparła, siląc się na beznamiętność, ale i tak wyczuwalna była ironia w jej głosie. Mężczyzna odwrócił się w jej stronę.
- Nie, oczywiście, że nie - sprostował szybko i dotknął jej dłoni, tak jak to zawsze robił Doctor. Ona poczuła ucisk w gardle, a chłopak spojrzał na nią wesołymi oczami.
Nie zasługuję na niego - przeszło jej przez myśl, a ona sama odwróciła się do okna i z udawanym uśmiechem spoglądała na mijane uliczki.

***

    Tymczasem w kościele już zebrali się wszyscy gości. Czekali tylko na małżonków, siedząc w ławkach. Doctor siedział na razie w jednej z ostatnich, czekając, aż przyjedzie Amy i Rory. Miał ją poprowadzić do ołtarza, podczas gdy ostatnie czego pragnął to jej ślub. O ironio! Rozglądał się dookoła, nie wiedząc co zrobić z drażniącymi go myślami. W końcu skupił je na dziwnym fakcie. River gdzieś zniknęła. Miała siedzieć koło niego, a tymczasem nie widział jej nigdzie na całym obszarze, który mógł omieść wzrokiem. Nagle usłyszał dźwięk auta i wybiegł na zewnątrz. Poczekał, aż pan młody otworzy swojej przyszłej małżonce auto. Przez myśl przeszło mu, że chciałby być na jego miejscu, ale uderzył się dyskretnie w głowę i powiedział coś do siebie po cichu. Podszedł do Amy i uśmiechnął się najcieplej jak potrafił. Wziął jej ramię pod swoje i czekając chwilę przed kościołem, poczekał, aż Rory zajmie miejsce przy ołtarzu. W akompaniamencie marszu weselnego, poprowadził dziewczynę ku jej mężowi, lekko spięty. Dobrze ukrywał, że wcale się nie cieszy i uśmiechał się do wszystkich wokół. Kiedy już byli na miejscu musiał się przemóc i puścić Amy i usiąść w jednej z ławek. Nawet nie zauważył, że River wciąż nigdzie nie ma. Usiadł na brzegu i oparł rękę na bocznym oparciu. Zastanawiał się czy tak czują się rodzice przed ślubami dzieci, ale uznał, że nie, bo oni się przy okazji cieszą. On nie potrafił jakkolwiek, by nie próbował. Udawał tylko wesołego i zbzikowanego, a teraz na końcu kościoła, gdzie nikt na niego nie patrzył mógł zdjąć maskę i wpatrywać się w oddalającą się od niego, kochaną Amelię Pond... W głowie miał jedną jedyną świdrującą go myśl. Czego się spodziewał? Nie słuchał za bardzo słów księdza, pogrążony w swoich rozmyślaniach. Dopiero gdy doszło do składania przysięgi, spojrzał uważnie na narzeczonych i nasłuchiwał. Rory rzecz jasna od razu powiedział tak. Tego się spodziewał. Bardziej ciekawiło go co zrobi Amy. Tuż przed tym jak miała odpowiedzieć, spojrzała szybko w dół, wzięła dwa szybkie oddechy i kątem oka przeleciała po całym kościele. Tylko Doctor zauważał takie rzeczy. Przełknął ślinę, ścisnął mocniej oparcie, na którym trzymał rękę i wyprostował się. Nie chciał tego, ale błagał w duchu, by jednak skończyło się to inaczej. Jednak po krótkim 'tak', które usłyszał z ust dziewczyny, opadł zrezygnowany na ławę. Nie patrzył na ich pocałunek i wyszedł dyskretnie z kościoła, mówiąc komuś przed sobą, że musi poszukać River. Była to po części prawda. Nie miał pojęcia gdzie ona się mogła podziać. Przechadzał się po przykościelnym cmentarzu, z rękoma w kieszeniach wypatrując kobiety. W końcu usiadł na pobliskiej ławce, spuścił głowę, próbując odgonić wszystkie możliwe myśli. Kiedy już się chyba pogodził, że to już koniec wstał i spojrzał na drzwi kościoła, w którym wszyscy gratulowali nowożeńcom. Spróbował się uśmiechnąć i poszedł zrobić to samo co reszta. Złapał Rory'ego za ramiona i chwilę pożartował z nim o Amy i jej kaprysach, po czym podszedł do niej i spojrzał w oczy. Ta dała mu pstryczka w nos i zaśmiała się.
- Myślałeś, że nie słyszałam stojąc obok - zapytała, wciąż się śmiejąc i wskazała na swojego męża. Doctor także się zaśmiał i przytulił ją do siebie. Odszedł trochę na bok i nagle, w jednej chwili zrozumiał jaki jest samotny. Bił się ze wszystkim w środku i nie mógł o tym nikomu powiedzieć. River zniknęła sobie, chociaż on zawsze był na jej zawołanie, a przecież Amy nie będzie się żalił, że się w niej zakochał. Przymknął oczy, słysząc odbijające się echem w jego głowię słowo - zakochał się. Czy to możliwe, że znowu zakochał się w człowieku. Jego wspomnienia o Rose brutalnie ukłuły go w serce, a nawet oba. Dlaczego on zawsze musiał tak kończyć? Sam, jedyny, zakochany, załamany. Ludzie odchodzili, a on zostawał. Miał ochotę pobiec do Rudowłosej i zacząć krzyczeć, że nie chce żeby odchodziła. Jednak tylko się uśmiechnął i krzyknął, żeby jechali za nim na weselę. Mimo wszystko, chciał chociaż potańczyć...

***

   Przeczekał, wiwatując z boku, pierwszy taniec, a potem sam wkroczył na parkiet i mimo swoich nikłych zdolności tanecznych zachęcał wszystkich, żeby także weszli na parkiet. Próbował w ten sposób zapomnieć o tym co się wydarzyło i wychodziło mu to nawet dobrze, dopóki wszyscy nie zaczęli zbierać się do swoich pokoi, zmęczeni, a pozostała resztka ludzi nie zaczęła tańczyć wolnego. Doctor, ustał z boku, bo i tak nie miał z kim tego zatańczyć. Patrzył na innych ludzi i na Amy, która kiwała się powoli na boki, z głową opartą na ramieniu swojego męża. Znowu poczuł to przykre ukłucie żalu. Znowu poczuł, że jest sam. Oparł głowę o ścianę, ale po chwili wyszedł po prostu z pomieszczenia i zwiał do swojego pokoju. Nagle ktoś gwałtownie wkroczył do środka. Władca Czasu podniósł na nią wzrok i przełknął ślinę, widząc przed sobą rozpromienioną twarz dziewczyny.
- Dlaczego uciekłeś? - zapytała z udawanym wyrzutem, ale wciąż się uśmiechała.
- Byłem zmęczony - spławił ją szybko Doctor, zdjął marynarkę, rzucił ją w kąt i wspiął na górne piętro swojego łóżka.
- Łóżko piętrowe? - zapytała Amy, unosząc nieco brwi.
- Są super!
Dziewczyna zaśmiała się.
- Przecież wiem, że nie jesteś zmęczony. Sam mi opowiadałeś, że rzadko się męczysz.
Szatyn speszył się i położył na łóżku wpatrując w sufit.
- Amy, idź już do swojego męża - odparł szybko, siląc się na przyjazny głos. Nie patrzył na nią, ale usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i szybko podniósł się do pozycji siedzącej. Złapał się rękoma za głowę. Źle to rozegrał, Ruda chyba się na niego obraziła. Siedział tak chwilę, dopóki nie usłyszał jej przeszywającego krzyku. Otworzył szeroko oczy i zeskoczył z łóżka, łapiąc niepewnie równowagę. Wybiegł na korytarz i zaczął rozglądać się wokół uważnie. Nigdzie jej nie było. Pobiegł przed siebie, szukając jej wszędzie. Nagle zobaczył przed sobą Rory'ego, który chwile patrzył na niego, ciężko łapiąc oddech, po czym nagle osunął się na ziemie. Doctor pobiegł do niego i zbadał go śrubokrętem dokładnie. Żył. Pobiegł prędko po pomoc. Parę osób przeniosło go do pokoju, a Doctor dalej biegał pomiędzy korytarzami, aż zobaczył na ziemi pewien przedmiot.
- Mądra dziewczyna - szepnął do siebie i podniósł z ziemi niewielki komunikator. Pewnie miała ukryty drugi. Przyjrzał mu się uważnie. - Cholera - obejrzał go jeszcze raz. Zepsuty... Nie mógł się z nią skontaktować. Musiał czekać, aż ona to zrobi. Oparł się o ścianę i zsunął ku podłodze. Siedział tam chwilę, myśląc gorączkowo po czym wrócił do pokoju, w którym położyli Rory'ego. Czekał, aż się obudzi, albo na jakiś znak od Amy. Jego myśli w końcu zajęły się czymś innym niż ślubem dziewczyny. Ściskał w ręku komunikator, zestresowany. Spoglądał co jakiś czas na Rory'ego. Co mu się mogło stać? Podejrzewał Cybermanów i te chipy. Doctor uderzył się w czoło. Zapomniał o nich całkowicie. Pobiegł prędko do TARDIS, witając się z nią pospiesznie. Już chciał sprawdzić co z chipem, ale zdał sobie sprawę, że ten zniknął. Potem poczuł ukłucie w kostkę i obejrzał się za siebie. Ostatnie co zobaczył to mały chip, który stojąc na niewielkich nóżkach jak u pająka, poruszał się prędko po podłodze.
- Nie... - szepnął Doctor, zdając sobie sprawę, że było ich, aż trzy. Potem zemdlał.

***

    Ku jego zdziwieniu obudził się w tym samym miejscu, gdzie zemdlał, a chipów nigdzie nie było. Od razu włączył proces skanowania samego siebie, przy pomocy TARDIS, a czekając na wyniki starał się znaleźć małe urządzenia. Mimo jego wszelkich prób, nigdzie ich nie było. Postanowił bardziej uważać i poczekać, aż same się znajdą. Usiadł koło panelu kontrolnego wehikułu czasu i sprawdził czy komunikator jest na swoim miejscu. Odetchnął z ulgom, gdy go wyczuł. Siedział tak, dopóki TARDIS go nie zeskanowała. Nic nie wykryła, ale Doctor wiedział, że może się z nim stać to co z Rory'm. Poszedł z powrotem do niego, a on już się obudził. 
- Co się stało? - zapytał szybko mężczyzna, a Doctor przygryzł wargę. 
- Amy zniknęła. Prawdopodobnie... Ktoś ją porwał. 
Rory patrzył na niego zdenerwowany, po czym wstał i podszedł do niego, patrząc mu w oczy. 
- Jesteś z siebie zadowolony? Gdyby nie ty, byłaby teraz bezpieczna w domu! 
Szatyn cierpliwie znosił jego pełne wyrzutów spojrzenie. Ich wewnętrzną bitwę przerwał dźwięk dochodzący z kieszeni spodni Doctora. Nierówny oddech. Władca Czasu wyciągnął go pospiesznie i przystawił do ucha. Rory próbował mu go wyrwać i krzyczał imię dziewczyny. 
- Ucisz się, idioto! Ona nas nie słyszy! - warknął Doctor i czekał, aż usłyszy coś więcej. 
Doctor... Proszę. Proszę, uratuj mnie! Nie wiem gdzie jestem. Jest tu ciemno, ale... Mam nadzieję, że znalazłeś ten głupi, zepsuty komunikator... Pamiętasz moją bransoletkę? Były na niej takie dwa. Jeden mój, drugi ten, który masz przy sobie, a przynajmniej mam taką nadzieję. Kiedyś mi opowiadałeś, że to może mi uratować życie... Potem przez jakiś czas było słychać tylko jej szybki oddech. Obaj mężczyźni zamknęli oczy nasłuchując. Ku ich zdziwieniu, dziewczyna zaśmiała się bardzo cicho. Tak, to było na wieży Eiffla, pamiętasz? Heh, jakie to zabawne - przecież to nie było tak dawno temu, a wydaje się tak odległe... Po tym Amy poruszyła się niespokojnie. Ani Rory, ani Doctor nie zdawali sobie sprawy jak bardzo się bała. Williams spoglądał na podłogę, próbując zmusić się, żeby nie myśleć o tym, dlaczego Amy prosiła o pomoc Doctora, a nie jego - jej męża. Opiekuj się Trzybitem... I Rory'm. Słysząc te słowa mężczyzna wyszedł z pomieszczenia, zostawiając Doctora i mówiąc na progu:
- Idę nakarmić kota.
Potem zniknął w korytarzu. Szatyn stał chwilę i czekał, aż dziewczyna powie coś o miejscu, w którym jest. Musiał ją jakoś odnaleźć.
Nie pamiętam drogi, zemdlałam. To znaczy, tak mi się wydaje. Nic nie widzę... Boże, mam nadzieję, że nie gadam sama do siebie! Amy znowu się zaśmiała.
- Moja dzielna Amelia Pond - szepnął cicho Doctor przystawiając komunikator do twarzy, chociaż wiedział, że go nie słyszy. - Wrócę po ciebie. Zawsze wracam, pamiętasz?
Ktoś tu idzie, odezwę się... Po tym sygnał się urwał i przez chwilę słychać było tylko cichy dźwięk, jakby wyłączonej komórki. Władca Czasu zamknął oczy i ścisnął mocniej komunikator. Pobiegł do TARDIS. Zobaczył jak Rory, zapłakany, głaszcze kota i pospiesznie wyciera twarz rękawem. Udał, że nic nie widział i oparł się o panel. Uśmiechnął się pocieszająco.
- Musimy przestać walczyć i współpracować - odparł poważnie i odwrócił wzrok. Rory zastanowił się chwilę, skinął głową i wyciągnął ku Doctorowi dłoń. Ten uściskał ją i zaczął bawić się przy wajchach.
- Uważaj na chipy, łażą gdzieś na pokładzie TARDIS i mają w sobie jakiś jad usypiający.
Rory poruszył się niespokojnie.
- To przez nie zemdlałem? - zapytał niepewnie.
- To bardzo prawdopodobne. Ja też zemdlałem, po ich jadzie - wytłumaczył Doctor i zaczął wpisywać coś do TARDIS.
- A co z gośćmi?
- Mamy wehikuł czasu, Rory! Uratujemy Amy, a potem wrócimy do tego momentu i odwieziemy wszystkich jakby nic się nie stało.
- Więc... Czemu nie cofniesz się do momentu kiedy ją porwali i temu nie zapobiegniesz?
- To zbyt niebezpieczne. Nie mogę spotkać samego siebie, a jak dodać do tego paradoksy, które mogłyby z tego wyniknąć... - tłumaczył Doctor po czym włożył komunikator do jednego z otworów w panelu maszyny. - Spróbuję wykryć sygnał za pomocą TARDIS. Może odnajdzie Amy.
Rory nic nie mówił, tylko słuchał uważnie każdego słowa Władcy Czasu. Postanowił w pełni mu zaufać.

***

    W tym czasie Amelia siedziała po turecku, czując za sobą ścianę i coś co trzymało ją za rękę i brzęczało, kiedy nią poruszyła, ale nie widziała nic poza okrągłym światełkiem od komunikatora. Nie miała na sobie już sukni ślubnej, a jakiś prosty strój, który ktoś kazał jej założyć. Miał zasłoniętą twarz, więc nie wiedziała kim jest. Oddychała nierówno przez usta i zdała sobie sprawę, że pojedyncze łzy spływają jej po policzkach. Starła je wolną ręką i postanowiła być twarda. Kroki, które usłyszała po 'rozmowie' z Doctorem, nasiliły się. Wyprostowała się i patrzyła w górę, licząc, że zobaczy cokolwiek. Nie czuła żadnego zapachu, ale słyszała niski, ochrypły głos. Nie potrafiła rozróżnić słów i mimowolnie przycisnęła plecy bliżej ściany. Poczuła jak osobnik stojący przed nią złapał ją mocno za ramię i pociągnął w swoją stronę. Oglądał je chwilę, po czym puścił i odszedł. Amy złapała swoje ramię drugą dłonią i poczuła jakąś ciepłą ciecz. Przez chwilę myślała, że to krew, ale było jej za dużo, żeby nie czuła bólu. Oparła głowę o ścianę i czekała, aż kroki całkiem ucichną, żeby bezpiecznie wyjąć swój komunikator. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz